niedziela, 2 lipca 2017

Romantyczność





Jeśli już wybieram jakiś wykrój, z Burdy czy tam innego źródła, pracowicie rozdzielam (lub sklejam) arkusze, kicam po podłodze, żeby odrysować części i dorysować do nich zapasy na szwy... to staram się wykorzystać go więcej niż raz. Tym bardziej, jeśli jest prosty i daje możliwości modyfikacji. Tym sposobem zielona sukienka z Papavero zyskała dwie siostry (jedną czarną, drugą szarą, każda inna - kiedyś je pokażę, gdy pogoda będzie bardziej adekwatna). Pstrokata sukienka z poprzedniego posta również poprosiła o rodzeństwo, więc mamusia stworzyła alternatywę. Tak romantyczną, że aż strach. :)




Materiał leżakował u mnie chyba z pięć lat (ale nie jest rekordzistą, o nie!). Wynalazłam go podczas pobytu w Szwecji, w jednym z ulubionych szmateksów. Jakoś nie zniechęcił mnie syntetyk w składzie, nadruk prezentował się uroczo, a dodatkowo była promocja na tekstylia -50%. Czekał na odpowiedni wykrój, odpowiedni moment. W zeszłym roku już prawie wpadł pod nożyczki, nawet zdekatyzowałam go, ale wtedy zrobiło się już zimno i znów szycie przesunęło się w czasie. W końcu przyszła kryska na Matyska. :) Okazało się, że choć to krepa szyfonowa, to jednak w obróbce nie sprawia zbyt wielu kłopotów i szycie szło szybko. Na konieczną tym razem podszewkę wynalazłam w zapasach coś w rodzaju bawełniano-poliestrowej kieszeniówki w kolorze ecru - uznałam że jakaś część z naturalnego włókna przyda się dla komfortu.




Tym razem, zamiast poprzecznego paska z tyłu, doszyłam troczki z cienkiej koronki. Tak naprawdę kolor koronki nie do końca pasuje do szyfonu, koronka jest w kolorze ecru a szyfon ma odcień czegoś ecru-zielonkawego. Uznałam jednak, że dobranie odcienia kosztowałoby mnie pewnie życie poszukiwań, więc lepiej nie wnikać w niuanse kolorystyczne i wykorzystać to, co się ma.





Oczywiście kieszenie też są. :)

Kiedy sukienka była gotowa i ją przymierzyłam, okazało się, że... jest nie do końca fajnie... szwy jakoś źle się układały... podszewka czepiała... i wszystko było jakieś kuse... Tylko że nic nie mogłam już nic z tym zrobić, musiałam ją włożyć, bo za dwie godziny szłam na ślub.




A na ślubie było pięknie! Panna młoda miała na sobie wspaniałą sukienkę Mility Nikonorov - projektantki z pierwszej edycji Project Runway. :) Pan młody zadawał szyku w świetnie skrojonym garniturze w kolorze głębokiego lazuru.  Miło było na nich popatrzeć. 
A po powrocie do domu spojrzałam  w lustro i stwierdziłam, że ta moja kiecka może nie jest aż taka zła i niewygodna. W sumie - nie przeszkadzała mi podczas uroczystości. A i pomarszczone szwy magicznie zniknęły! 

Jednakże - jeśli ktoś chce szyć tę sukienkę z tkaniny - niech rozważy taką z dodatkiem lycry lub elastanu. Dla przypomnienia, mówimy wciąż o modelu 115 z Burdy 4/2016.



środa, 21 czerwca 2017

Więcej koloru. Niech będzie pstrokato!





Wiecie... nie mam czasu. W wolnych chwilach mogę tylko przeglądać sobie internet, wpadam na grupy szyciowe, czytam. Tak trafiłam na link do nieznanego mi sklepu internetowego z dzianinami. Takich wyspecjalizowanych sklepów powstało ostatnio wiele, handlowanie dresówką, minky i bawełną patchworkową zdaje się być złotym interesem. Ja nie korzystam, bo mam ambiwalentne uczucia do takiego asortymentu. Ale tym razem coś mnie zainteresowało, jakiś oryginalny wzór, realistyczny nadruk, bardzo rzadko spotykany. Kliknęłam link, weszłam, rozejrzałam się... ech, dresówka, dresówka... czy ja bym umiała sobie coś z tego wybrać?
Nooo, dajcie mi kram ze szmatami, a Z PEWNOŚCIĄ coś wybiorę. :) 
Przepiękny, optymistyczny, ultrakolorowy nadruk i wcale nie ten, który mnie zwabił. Zupełnie inny. Tak bardzo dopasował się do moich podświadomych potrzeb, że cudem rozciągnęłam dobę i prędko uszyłam sukienkę. I szczerze mówiąc, nie wiem, jak to mi się udało!




Wykrój to model 115 z Burdy 4/2016. Miałam na niego ochotę od pierwszego spojrzenia i nawet planowałam go uszyć z dzianiny, ale innej, miękkiej i żakardowej. Moja pstrokata dresówka jest chyba trochę za sztywna dla takiego fasonu. Wykrój bardzo prosty, wymagał dorobienia miejsca na biust i zwężenia dołu o jakieś 3 cm (żeby podkreślić tyłek, a co!). Dekolt z tyłu intrygujący:




Taka feeria kolorów z wierzchu, a od spodu biała bieda z nędzą ;) Taka różnica między drukiem a splotem złożonym z wielokolorowych nitek - tylko jedna strona materiału cieszy oko.




Absolutny must have, czyli kieszenie w szwach. Postanowiłam skorzystać z tutoriala Ultramaszyny, żeby je zrobić. Polecam - działa :)




Całość uszyłam na maszynie. Owerlok tymczasem siedział sobie na podłodze za krzesłem i wpadał w depresję - wciąż nam razem nie po drodze. Aktualnie ma nawleczone czarne nici, więc chyba będzie musiał poczekać aż znów będę szyć coś ciemnego...



środa, 17 maja 2017

Kiedy nie wiadomo, co zrobić z życiem...



...najlepiej iść na zakupy.

Przyznaję bez bicia, że w ostatnich tygodniach, a nawet miesiącach, czułam okropną niechęć do pisania. Pod koniec zimy musiałam bowiem w krótkim czasie wyprodukować 60-stronicowe dzieło, które nie dość, że musiało mieć solidne podparcie w publikacjach naukowych, to jeszcze prezentować miliony wyników moich własnych badań. Ech, wesoło było. Do dziś na myśl o klikaniu w komputerze merytorycznie składnych zdań robi mi się słabo. Ogromnie brakuje mi odpoczynku.Wprawdzie udało mi się po całym zamieszaniu wyjechać na chwilę do wytęsknionej Szwecji, ale... no właśnie, to była tylko chwila, a powrót do Polski oznaczał, że zabawa zaczyna się na nowo, a człowiek jest nie tylko nadal zmęczony, ale jeszcze jakby mniej optymistycznie nastawiony do życia. Co dalej? Jak żyć, panie prezydencie? Oczywiście - trzeba być twardym nie miękkim, ciągnąć wózek do przodu, wszak świat sam się nie uratuje przed kiepskiej jakości tekstyliami... ;)

W ostatniej Burdzie zawiesiłam oko na spódnicy ołówkowej z bawełny o imponującym wzorze. Model z kieszeniami i za kolano, idealny dla nowej, lepszej Aire.




Zapragnęłam radosnej tkaniny na taką właśnie spódnicę. Choć zakupy szmatek też jakby straciły ostatnio blask i czar, to jakoś zebrałam się w sobie i poszłam do Jazz&Silk. Choć w Burdzie motyw na spódnicy to na 99% druk, szukałam raczej ładnego żakardu. Znalazłam, tylko po usłyszeniu ceny lekko zasłabłam. Ale popatrzcie na te wielobarwne niteczki wątku wystające z krajki. Tyle różnych kolorów skomponowanych w jednym wzorze! Każdy szczegół motywu to kilkadziesiąt ruchów mechanizmu podnoszącego odpowiednie nitki osnowy i drugiego wprowadzającego nitki wątku. Prawdziwe rzemiosło, tylko że przemysłowe.

 




Model B tej spódnicy, tym razem z tkaniny jednobarwnej, ukazał urocze zakładki z przodu. To oznacza, że być może kupiłam za mało materiału. :D Ech.





Gdyby jeszcze ktoś przyszedł i odrysował mi wykrój z arkusza... no dobrze, sama odrysuję. :)