Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla domu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla domu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 marca 2014

Oczopląs





Wróciłam ze Szwecji do Polski i jak zawsze zapragnęłam zmian. Niewielkich, bo czasu mam jeszcze mniej niż jesienią.
To, że tkanina może być obrazem, jest oczywiste nie od dziś. Na świecie projektanci dawno uznali, że tekstylia to idealne płaszczyzny na barwne obrazy i nie szkodzi, że mogą zostać pocięte. Czemu nie? Przecież może w ten sposób powstać nowa, interesująca kompozycja, może czasem nie do końca idealna, ale czy w dzisiejszych czasach nie jesteśmy już zmęczeni szukaniem ideałów?


 


Dwa lata temu włożyłam w ramki tkaninę Svena Fristedta i długo jej pozycja nie była zagrożona, jednakże od chwili kiedy ujrzałam ÄLGÖRT (projekt N Aalto/E Hagman/P Laine), wiedziałam, że ten różowo-żółty las z pokracznymi łosiami musi jakoś zaistnieć w moim domu.

Dziesięć minut roboty i pokój zrobił się weselszy. W sam raz na wiosnę. :)






Połączenie pomarańczów, różów i żółcieni darzę grzesznym uczuciem. Grzesznym, bo dla niektórych takie combo jest nieakceptowalne, trąci kiczem i powoduje niezdrowy oczopląs. Uwielbiam też moją żółtą komodę, którą wyciągnęłam z komisu za gorsze i sprowadziłam do domu nie zwracając uwagi na wymowne spojrzenia rodziny. :) Trudno, nie sprostam gustom wszystkich, ale za to Chopinowi chyba się podoba:




Czyż tkanina nie jest najbardziej wszechstronnym środkiem do upiększania życia codziennego? Po prostu - nie ma jak włókno. ;)


piątek, 27 września 2013

Poducha nr3 czyli koniec szwedzkiej serii





Minął rok, odkąd wróciłam ze Szwecji, i ponad rok od uszycia trzech haftowanych poszewek, które były początkiem moich badań nad haftem przy użyciu zwykłej maszyny do szycia. Dwie z tych poszewek już pokazywałam na blogu - tutaj jest pierwsza, a tutaj druga - natomiast trzeciej długi czas nie mogłam odnaleźć w zakamarkach szafy. Znalazła się oczywiście przypadkiem i oczywiście była tam, gdzie powinna, czyli w szufladzie z bielizną pościelową. Kto by pomyślał!
A zatem końcu mam przyjemność zaprezentować Państwo ostatnią z trojaczek. Oto ona:




Technika identyczna jak w przypadku dwóch pozostałych sióstr, surówka bawełniana, zwykłe nici maszynowe i ten sam schemat, czyli podwójna ramka z okrągłym motywem w środku. Samo wnętrze okręgu postanowiłam jednak wypełnić inaczej, zbudować ze ściegów coś bardzo delikatnego, co będzie dopełnieniem zdecydowanych linii obramowań. Skorzystałam, że maszyna posiada prosty moduł programowania sekwencji ściegów i wymyśliłam coś własnego. Wygląda jak wydruk z badania encefalograficznego, zatem specjalista na pewno bezproblemowo oceni, czy projekt sprawił mi trudności. ;)




Poszewka jest chyba moją ulubioną i, jak już wiemy, ideę podobnego motywu rozwijam w innych haftowanych tworach - gdyby nie ona, możliwe, że haftowane kółeczko na torbę powstałoby o wiele później, a może nie powstałoby wcale. I chyba sama bym nie spostrzegła związku między nimi, gdybym zamieszczała prace w porządku chronologicznym - a tak widać jakiś rozwój (inna sprawa, czy w dobrą stronę). Czyli nie ma tego złego, czasem warto coś zgubić, żeby potem znaleźć i dostrzec różnicę. 

A skoro odkopuję dziś starocie, dwa zdjęcia z jednego z ostatnich, zeszłorocznych, szwedzkich spacerów. Miałam już uszyte poszewki i wybrałam się z psicą, żeby je sfotografować w plenerze. Nie wiem, czemu je potem odrzuciłam i nie zdecydowałam się na publikację.




Szwedzka jesień przychodzi wcześniej niż polska i bardzo prędko robi się zimno, mokro a ciemność kradnie dni w zastraszającym tempie. Ale do surowej pogody można się przyzwyczaić. Pamiętam mój pierwszy w życiu dzień w Szwecji. Było około 15 stopni, a ja miałam na sobie dwa swetry i wciąż czułam, jak wiatr chłoszcze mnie po plecach. Od razu widać było, że jestem obcokrajowcem, bo tymczasem Szwedzi w krótkich spodenkach opalali się w parku. :) Przeżyłam mały szok kulturowy, ale po latach sama się zahartowałam i generalnie ubieram się zdecydowanie lżej niż kiedyś, co często wywołuje komentarze u znajomych. A czasem nawet strofują mnie zupełnie obcy ludzie. ;D
Jedynie do braku światła nie mogę się przyzwyczaić. Zima na północy jest straszna nie dlatego, że jest mróz, lecz dlatego, że ogromnie brakuje słońca. I naprawdę bardzo łatwo wpaść wtedy w depresję. Szwedzi radzą sobie jakoś, są popularne lampy solarne, które imitują światło słoneczne, poza tym siła przyzwyczajenia robi swoje. Przyjezdnym jednak radzę uważać. 

Ech, chyba nie będzie już lata w tym roku, nawet i tutaj na blogu zawitała jesień...




czwartek, 23 maja 2013

Powrót haftowanej poduchy





W zeszłym roku pokazywałam poduszkę haftowaną maszynowo jako alternatywę dla leniwych, którym nie chce się haftować ręcznie. :) Efekt spodobał mi się na tyle, że powstały jeszcze dwie. Oto jedna z nich, uszyta z surówki bawełnianej, z haftami żółto-brązowymi:


Nie chce się prasować, hę?


Motyw umieszczony w centralnym miejscu i obwiedziony podwójną ramką nawet po kilku miesiącach od zakończenia szycia nadal mi się podoba, choć pewnie szczegóły rozwiązałabym inaczej. Traktuję jednak tę poduszkę jako poligon doświadczalny - zrobiłam ją, żeby naocznie się przekonać o wartości moich pomysłów. Mimo jej wad lubię zawiesić na niej oko, więc często jest w użytku, czy na kanapie, czy w łóżku. :)


Wzory wypełniające okrąg mają kilka odcieni brązu, ale niepotrzebnie niektóre z nich są szyte z podwójnej nici.
Nie powinny odwracać uwagi od konturów koła.



Żółta nić to Metrosene marki Metler - bardzo dobra jakość i równy haft, ale trzeba po niej częściej czyścić okolice chwytacza.


Wyszywanie ściegami ozdobnymi z jednej strony jest proste, choć prędkość szycia bywa tak wolna, że można uciąć sobie niechcący drzemkę w trakcie. ;) Z drugie strony żeby uzyskać przyzwoite rezultaty, trzeba poświęcić czas na dobranie odpowiednio zwięzłej tkaniny (luźno tkana może jeszcze przed praniem zwichrować ścieg) i odpowiednich nici. Dużo zależy od jakości maszyny (niestety!) i od tego, czy potrafi precyzyjnie wyszyć wzór przy długości ściegu oscylującej wokół części milimetra. Nie każda maszyna jest w stanie zrobić tak maleńki skok do przodu bez plątania nici lub wciągania tkaniny w płytkę ściegową. Na szczęście można temu częściowo zaradzić podklejając materiał flizeliną lub po prostu unikając trudnych ściegów na rzecz tych mniej wymagających.

Moje poduchy były szyte na Janome TXL607. Jeśli ktoś planuje zakup tej maszyny, to może zobaczyć na zdjęciach na co ją stać. Muszę przyznać, że uzyskanie ładnego ściegu na niej jest nieco trudniejsze niż na jej mniej wyposażonej siostrze - Janome DXL603. Ale nie niemożliwe. :)




Polecam haftowanie maszyną. Bardzo relaksująca zabawa ;)


wtorek, 21 maja 2013

Sztuka spontaniczności





Crazy patchwork czyli zszywanie szmatek bez ładu i składu. Można mieć plan przed rozpoczęciem pracy, ale nie trzeba. Można wycinać przeróżne kształty i łączyć je niekoniecznie pod kątem prostym. Można w chwili kaprysu rozciąć dopiero co zszyty blok i na nowo go połączyć, ale do góry nogami. Czy może być coś bardziej spontanicznego?

Na warsztaty z crazy patchworku, które odbyły się w zeszłym tygodniu w łódzkim Strima Atelier, wpadłam tak jak należy, czyli również zupełnie bez planu i bez jakichkolwiek oczekiwań, licząc jedynie na dobrą zabawę. Warsztaty prowadziła pani Julita Pierzchała z pracowni Jupienter, wiedząca o patchworkach zapewne wszystko i, co istotne, w bardzo przystępny sposób przekazująca swoją wiedzę. Dzięki niej już po piętnastu minutach każda uczestniczka szyła własny szalony patchwork, mając do dyspozycji maty do cięcia, noże krążkowe, różnokolorowe tkaniny i oczywiście maszyny do szycia. I ja również szyłam, a jakże! I okazało się, że do szaleństwa trzeba przełamać granice i zejść z utartej ścieżki upodobań i przyzwyczajeń. Odejść od wewnętrznego przekonania, że użyta szmatka po prostu musi mieć jakąś oś symetrii. Nie musi! To niby takie oczywiste, ale dopiero nad stołem krojczym człowiek postawiony przed sugestią "a może utnij to TAK?" zaczyna z innej strony sięgać do zasobów własnej fantazji.

Crazy patchwork to jakby terapia uśpionej kreatywności. Bo zasady (szycia) są po to, żeby je łamać. :)

Bogatsza o nowe doświadczenia wróciłam do domu i po kilku dniach stworzyłam crazypatchworkową poduchę:




Jedyne założenie, jaki przyjęłam, to zużyć zalegające tkaniny z IKEA, przy czym wybrałam te o podobnej temperaturze i nasyceniu kolorów oraz z domieszką czerni i bieli. I tyle. Rewelacyjna zabawa! 

Poduchę szyłam na maszynie Janome Horizon MC 8900QCP. Od momentu zakupu w lutym wciąż poddaję ją różnych testom i sprawdzam, czy sobie poradzi. Bardzo mi się podoba janomowski górny transport (AccuFeed), jest trochę inny niż IDT Pfaffa i o wiele bardziej masywny, ale w przeszywaniu licznych warstw tkanin sprawdza się doskonale. Bardzo szybko można się do niego przyzwyczaić i nawet uzależnić. ;)
Tutaj załączony był praktycznie cały czas, bo wybrane ikeowskie tkaniny należały do tych najbardziej masywnych i miejscami razem z wypełnieniem z cienkiego polaru mogły stanowić wyzwanie. Ale wszystko poszło gładko.


Spód poduchy całkowicie zwyczajny z tkaniny autorstwa Svena Fristedta (kolekcja z 2005 r.).


Jako, że sesję zdjęciową urządziłam na balkonie, nie mogło zabraknąć mojej psicy, która jak wiadomo chętnie pozuje do zdjęć i w pozowaniu jest tak wyluzowana, że nawet zdarza jej się zapaść w drzemkę.
I muszę przyznać, że Jimbo jest absolutną fanką moich poduszek. Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, żeby nie chciała się do jakiejś przytulić. :)







To na pewno nie jest mój ostatni szalony patchwork. Ciekawe, jaki będzie następny? Kto wie? Wszystko się może zdarzyć. A może postawię na regularne kształty? Czy symetria może być inspirująca? :) Zobaczymy...


środa, 12 grudnia 2012

Na święta trzeba posprzątać





Oto ściereczka do mycia naczyń. "Jag gillar dig ännu mer om du diskar!" czyli "lubię cię jeszcze bardziej, jeśli zmywasz naczynia!". Skład celuloza i bawełna. 
Motywacyjna dla niechętnych walce z garnkami. Kupiłam mężowi. :D 

Ściereczka dostępna w szwedzkiej sieci sklepów Lagerhaus. Mają też sklep internetowy dostępny pod adresem www.lagerhaus.se. Raczej nie wysyłają do Polski, ale zawsze można popatrzeć. 

 P.S. Małżonek przeczytał mój komentarz pod ostatnim wpisem - że za miesiąc być może będę chciała szyć nowe zasłony. Żebyście widzieli jego minę. :D Ponoć mam za dużo tkanin w domu. Nie może być!


poniedziałek, 26 listopada 2012

W łóżku



... z (tkaniną) Malin Åkerblom. ;)




Zdążyłam kupić kawałek Gullan Frukt, zanim ją wycofali ze sklepów. Ponieważ wzór jednak lepiej wygląda na dużych powierzchniach, więc przeznaczenie na pościel wydało mi się dosyć oczywiste.

Dwie poszewki z małym mankietem, bez guzików czy suwaków. Arbuzy, banany i morskie zwierzaki mogą swobodnie lewitować na płaszczyźnie białego tła.




Staram się zawsze zostawić pasek z nazwiskiem autora tkaniny - ku pamięci. Nie jest widoczny z wierzchu. Swoją drogą, skoro już mowa o podpisach - od jakiegoś czasu jestem usilnie namawiana do stworzenia własnej metki. Opieram się, bo metkomania mnie troszkę śmieszy. ;) Z drugiej strony zawsze się podpisywałam na grafikach. Może zatem będę haftować na podszewce lub zapasie szwu AIRE? AIRE FRESCO? 






Jakiś czas temu pojawiły się w IKEA nowe tkaniny od Malin - Evalotta i Evalena. Jeszcze ich nie mam. ;P W jesiennej kolekcji mam innych faworytów - Malin Sten i Malin Cirkel autorstwa duńskiego duetu, Barbary Bendix Becker i Mette Bache. Słodkie lata sześćdziesiąte znów są w modzie, nie tylko ubraniowej. :)


wtorek, 31 lipca 2012

Pieskie spanie



Moja psica Jimbo delektuje się Szwecją tak intensywnie, jak tylko potrafi swoim prawie dwunastoletnim sercem. Pierwsze dwa tygodnie były ciężkie - całkiem obce zapachy, obce mieszkanie, obcy ludzie, konieczność częstszego chodzenia na smyczy sprawiły, że kudłata była całkowicie zbita z tropu i niepewna siebie. Jednakże powoli oswoiła się z otoczeniem i dziś znów zachowuje się jak władca całej dzielni. Raz pozwoliła sobie nawet pogonić zająca! (Swoją drogą, zając chyba nawet nie zauważył, że jest ścigany, nie ta prędkość.)

Żeby czuła się jeszcze lepiej, postanowiłam uszyć jej nowe, eleganckie posłanie. Prostą, pikowaną matę w kolorze czarnym, wygodną do przenoszenia, pasującą i do auta, i na trawę. Łatwą do prania i podkreślającą mroczny charakter użytkowniczki... ;)




Projekt prosty, jak wszystkie moje wytwory: wierzch to gruba bawełna, środek składa się z sześciu warstw cienkiego polaru. Ciekawa byłam, jak sprawdzi się w takim "heavy-duty" szyciu maszyna elektroniczna, bo w internecie (raczej na polskich stronach niż zagranicznych) wciąż pokutuje przekonanie, że do ciężkich zadań elektroniki się nie nadają. Cóż, pikowanie zajęło mi 5 minut i nie wygląda, żeby maszyny zgubiła choć jeden ścieg; jedyne, na co mogę narzekać, to brak stopki z górnym transportem.. Choć najlepszy byłby pewnie i tak jakiś pfaff z IDT* ;)

Oto mata w całej krasie. Wykończenie nie jest hiper dokładne, ale Jimbo nie ma zastrzeżeń.




 Wzięłam dziś matę na nasz zwykły, codzienny spacer z nadzieją, że w dobrych warunkach oświetleniowych uda się zrobić kilka zdjęć dla publiczności. ;) Niestety - o ile w domu Jimbo leży na nowym posłaniu kiedy tylko się da (dziś rano nie próbowała nawet przemocą wedrzeć się do łóżka, kiedy Pan wyszedł do pracy i zostawił swoją połowę pustą i ogrzaną, po południu z kolei zignorowała miejsce pod biurkiem i w końcu miałam miejsce na nogi), tak na zewnątrz preferuje sjestę na świeżej trawie - siedziałam na ławce dłuższy czas i myślałam, że głupio fotografować psie wyrko bez psa, psa, który na domiar złego uważa, że dźwięk aparatu to sygnał przywołania i przyzwolenia na wylizanie obiektywu.

Myślę, że mogłabym wynajmować Jimbo na treningi papparazzich - końcowy egzamin polegałby na zrobieniu jej nieporuszonego zdjęcia!

 Z pewnymi trudnościami udało się pstryknąć fotkę:




A potem opuściłyśmy ławkę i poszłyśmy na łono natury; tam psica pozbyła się smyczy, pogoniła kilka owadów, obwąchała krzaczki i w końcu, uszczęśliwiona,  na ułamek sekundy rzuciła się na matę:




Zdjęcie się udało :) 


* Jedna z dwóch maszyn, które kupiłam przed wyjazdem, to właśnie pfaff z IDT.** Jednakowoż jest to akurat ta maszyna, która została w Polsce, bo jechał z nami pies i nie było miejsca na nic więcej niż wymagana konieczność.
** IDT - Integrated Dual Transportation system - wbudowany górny transport w maszynie do szycia, patent Pfaffa.

sobota, 28 lipca 2012

Nowoczesne haftowanie




Mam słabość do haftów. Mam też słabość do ludowych tekstyliów. :) Chusta ręcznie haftowana w czerwone róże jest moim marzeniem, odkąd kilka lat temu zobaczyłam to cudo na Kiermaszu Sztuki Ludowej i Rękodzieła w Łódzkim Domu Kultury. Ostatnio jednak prawdziwe rękodzieło zastępują maszyny haftujące; na ostatniej imprezie w ŁDK razem z siostrą nie znalazłyśmy ani jednego, ręcznie wykonanego haftu! Rozczarowana, nic nie kupiłam, bo doszłam do wniosku, że na maszynie mogę haftować sama. Bo czemu nie?


Tuż przed wyjazdem do Szwecji sprawiłam sobie maszynę z dużym wyborem ściegów dekoracyjnych i oto pierwsze efekty: poszewka na poduszkę - trochę retro, trochę ludowa, ciut babcina, ale za to uszyta w całkowicie nowoczesny sposób przy pomocy najnowszej technologii. ;)



Użyłam bawełnianej surówki i nici w trzech grupach kolorystycznych:
  • różowej - do surówki pasują sprane odcienie różu, poza tm róż sprawia wrażenie przytulności, pościel od razu wydaje się bardziej miękka ;)
  • turkusowej - bo turkusy z różem wypadają słodko i kiczowato - kicz jest swojski a kontrolowany święci ostatnio triumfy we wnętrzarstwie (różowa lodówka i turkusowa zmywarka w białej kuchni - to jest to!)
  • czarnej - bo kolorystyczne szaleństwo potrzebuje "poważnego" akcentu :)
Nici pochodzą od różnych producentów - Mettler, Gütermann, Ariadna, Amman, szwedzki Falk - trochę różnią się między sobą, ale to nie ma znaczenia, to nawet wygląda ciekawiej. Jednakowoż pod względem technicznym najładniejszy haft dały nici Gütermann. Można obejrzeć na zdjęciach - to te czarne. Lubię ich gładkość i delikatny połysk, nie tylko w szyciu zdobniczym są niezawodne, w zwykłym też.

W poszewkę wszyłam kryty zamek - lubię niewidoczne zapięcia, na takie ozdobne jeszcze przyjdzie kiedyś czas.





Sam motyw jest prosty, nawet dość surowy - i zastanawia mnie, czy byłby taki sam, gdybym pracowała w Polsce? Chyba nie. Nie wiem czemu, ale poszewka wydaje mi się bardzo szwedzka, jest biała, ekologiczna (surowa bawełna!), ma hafty w topowych kolorach (turkus i róż opanowały tutejsze hipermarkety, nawet grille są w tych barwach) i do tego oszczędna w wyrazie. A może po prostu wyraża to, czym Szwecja jest DLA MNIE. Swobodną fantazją o tradycji, ekologii, prosto spod igły nowoczesnej maszyny do szycia. Szwedzi umieją łączyć nowoczesne i staromodne.

Zabrałam poszewkę do skansenu na sesję. Ładnie skomponowała się ze starym szyldem reklamującym czekoladę.




A tak przy okazji - oto szyld reklamujący proszek do prania o wdzięcznej nazwie "Skrzat" :





Praca nad poszewką na tyle mi się spodobała, że już powstają kolejne jej wersje. Chyba ściegi ozdobne nie znudzą mi się zbyt szybko! Oczywiście moja maszyna narzuca ograniczenia, maksymalna szerokość szlaczków to jedynie 7mm, liczba wzorów też nie jest fenomenalna, ale na początek może być. A co dalej? Zobaczymy, plany dopiero się krystalizują :)


niedziela, 25 grudnia 2011

Bomb-kowo!






Myślicie, że Polska nie ma żadnej dziedziny, w której przoduje na świecie i którą można się pochwalić przed znajomymi obcokrajowcami?
Mylicie się. :)
Polska jest znana z przepięknych, szklanych, wyrabianych ręcznie(!), bombek choinkowych. Gdy w większości polskich mieszkań rodacy zadowalają się (jak zwykle) plastikową chińszczyzną, gdzieś w świecie szklane bombki z Polski osiągają ceny, które niejednych wprawiłyby w zadziwienie; za najdroższe trzeba zapłacić nawet kilkaset dolarów. Kupują je sławni i bogaci - ponoć nawet Michael Jackson miał je na choince. :) Bombki doceniają również politycy - w zeszłym roku nasz prezydent Komorowski podarował bombkę samemu Barackowi Obamie. :P

Na szczęście polskie bombki są i u nas dostępne, pojawiają się nawet w hipermarketach, choć często nie są to najciekawsze modele. Zazwyczaj mamy do czynienia z okrągłymi, klasycznymi kulami, na których poziom zdobień nie jest najwyższych lotów, odwzorowania pejzażu i postaci trącą kiczem (w złym tego słowa znaczeniu). Ale zdarzają się niespodzianki, ale o tym później.

W poszukiwaniu pięknych bombek warto zatem wyjść poza molochy sklepowe i zacząć szukać Na jednym z takich kiermaszów udało mi się upolować przepiękną bombkę z wymalowaną Świętą Rodziną. Jestem nią niezmiennie zauroczona od kilku ładnych lat i drżę na myśl, że mogłaby się stłuc.



Najsłynniejszą firmą z branży ozdób choinkowych jest Komozja. Mam akurat jedną z ich bombek, udało mi się dokonać zakupu po całkiem przyzwoitej cenie i w całkiem nieoczekiwanym miejscu - na stoisku świątecznym Castoramy. :)






Prawda, jaka piękna papużka? :)

Mam nadzieję, że nie skończy się na jednej sztuce, choć rok temu budziły niepokój doniesienia o upadłości układowej firmy. Szkoda by było, gdyby zniknęli - ich produkty to prawdziwe dzieła sztuki. Póki co, nadal można upolować ich cuda.

Alternatywą do gotowych bombek są oczywiście bombki ręcznie robione - ozdabiane techniką decoupage, malowane, wyszydełkowane lub frywolitkowe. Jak zwykle, ogranicza nas w tej dziedzinie tylko wyobraźnia. :) Ja już się w to nie bawię, ale chętnie podziwiam cudze dzieła.


Linki:

Wesołych Świąt!



czwartek, 26 maja 2011

Kazuyo Nomura czyli o prostocie szwedzko-japońskiej




... oraz jak twórczo wykorzystywać kawałek szmatki...
... oraz o niekończeniu dzieła.

Istnieje w ludziach przekonanie, że prostota - rozumiana jako, że tak powiem, styl twórczości - jest, jak sama nazwa wskazuje, prosta. Do osiągnięcia. Jednakże moje doświadczenie uczy, że to niekoniecznie tak jest, czasem droga do celu to skomplikowany proces myślowy, pełen rozważań nad coraz bardziej klarownym wyrażaniem swojej idei. Prostota często idzie też w parze z minimalizmem. Polega to na tym, żeby osiągnąć efekt, przy użyciu jak najmniejszej ilości środków. Coś w rodzaju "narysujmy tęczę, ale użyjmy tylko jednej kredki". ;) Polecam spróbować! Im mniej narzędzi, tym bardziej trzeba popracować głową a rezultat może zaskoczyć.

Kazuyo Nomura w pewnością tworzy tekstylia bardzo oszczędne w wyrazie. Urodziła się w Tokyo i tam skończyła pierwszy kurs tkactwa. Traf chciał, że jej nauczycielem okazał się artysta, który wcześniej studiował w Szwecji i dzięki temu nie tylko zaszczepił w niej miłość do tkania, ale także do skandynawskiego wzornictwa. Miłość ewoluowała i po latach Nomura ukończyła najpierw kurs na (dość znaczącym) uniwersytecie w Borås a następnie otrzymała tytuł magistra w HDK (Högskolan för Design och Konsthantverk - Wyższa Szkoła Designu i Rzemiosła Artystycznego) w Göteborgu. Dziś mieszka nadal w Göteborgu, jest znaną i uznaną projektantką tekstyliów, o czym może choćby zaświadczyć otrzymana w 2006 roku The Nordic Award in Textiles.

W Polsce jest znana chyba jedynie ze wieloletniej współpracy z IKEA; również w tym roku pojawiły się jej nowe projekty (np. tkanina GRÖNSKA BLOM)

U mnie zagościły hurtowe wręcz ilości paneli zasłonowych PS Batik z poprzedniej kolekcji, obecnie mocno wyprzedawane. Czysta bawełna ze wzorem fal wzdłuż dłuższych boków, w kolorze niebieskim lub zielonym, projekt bardzo "nomurowy", maksymalnie prosty, nawet banalny, inspiracja techniką batiku oczywista, chyba nie tylko ze względu na nazwę. ;) Brzegi niewykończone - po prostu kawał tkaniny cięty i pakowany w osobne kartoniki. Zdjęcie poglądowe na początku posta. :)

Można oczywiście potraktować je w zgodzie z przeznaczeniem i zawiesić na oknie:




...ale żeby nie było zbyt grzecznie, fajnie pozostawić brzegi takimi, jakie były - z wyłażącymi nitkami. Aha, i jeszcze można zapomnieć całość wyprasować.
To nie lenistwo - tylko niechęć do dopinania wszystkiego na przysłowiowy ostatni guzik. Niedokończoność wszelka bardziej fascynuje niż skończoność, bo po skończoności nie ma już za wiele miejsca dla wyobraźni. Zasłony wiszą już drugi miesiąc i wciąż mnie zaciekawiają, bo nie wiadomo, czy ich historia nie będzie ewoluować dalej - w kierunku powolnego niszczenia lub przeciwnie - "uratowania" przez podwinięcie gołych brzegów na maszynie. Czas pokaże.

Można też zupełnie zapomnieć o tym, że kupiliśmy zasłony i stworzyć coś zupełnie nowego.
To niby też banalny pomysł, ale pomyślmy - ile razy pozwalaliśmy, żeby nazwa przedmiotu determinowała jego przeznaczenie? Ile pytań zadano w internecie (i nie tylko), czy można coś wykorzystać zupełnie inaczej niż przewidywał producent. Tak, można - na pewno w przypadku tekstyliów. :)
I wykorzystałam, a ponieważ jest już bardzo ciepło i myśli generalnie ulatają ku latu i wakacjom, skończyło się na uszyciu spódnicy maxi.




Tak, tu też nie zaszalałam z żelazkiem i nie wykończyłam dołu. ;) Droga do przekształceń nadal otwarta.




Sam projekt jest bardzo łatwy do uszycia - prosty kawałek tkaniny został zmarszczony i przyszyty do karczka, w pas wciągnięta jest cienka gumka. To wszystko. Latem szkoda czasu na komplikowanie szycia. ;)


Linki i fakty dla ciekawych:
  • Very Purple Person uszyła z PS Batik koszule dla męża i syna - tutaj można poczytać i obejrzeć jej dzieło
  • Kazuyo Nomura dla Polaków nieznana - w kolekcji dla Ljungbergs oraz Almedahls - warto popatrzeć
  • do strony domowej Kazuyo Nomury nie dotarłam, ale powyżej napisałam streszczenie informacji, które można znaleźć o niej w internecie; jako ciekawostkę jeszcze dodam, że Numura uczestniczyła w projekcie rekonstrukcji tkanin z grobowca Tutanchamona, efekty pokazywano w muzeach w Szwecji i poza Szwecją (niestety nie wiem, gdzie dokładnie)
  • Kazuyo Nomura uczestniczyła w 12 Międzynarodowym Triennale Tkaniny w Łodzi w 2007 roku :)

niedziela, 8 maja 2011

Kristine Mandsberg i poszewek pięć

Kontynuuję temat projektantów IKEA. Pojawiły się nowe tkaniny w ofercie sklepu, udało mi się również dotrzeć do starszych źródeł, więc w kolejnych postach będę systematycznie uzupełniać listę nazwisk. Warto je znać, bo przy okazji poznaje się szerzej skandynawskie wzornictwo, nie tylko tekstylne.

W domowych zasobach odkopałam kawałek tkaniny projektu Kristine Mandsberg, z aktualnej jej kolekcji dla szwedzkiej sieci. Trzy najnowsze wzory noszą wspólną nazwę Monalis.

Zdjęcia tkanin MONALIS pochodzą ze strony IKEA.pl


Styl Katrine w przeciwieństwie do ascetyzmu Kazuyo Nomury charakteryzuje się bogactwem kreski, kształty często wyglądają jak wycięte z siatki konstrukcyjnej, inne wydają się narysowane od niechcenia i pozostawione bez wykończenia i poprawek.

Tkaniny duńskiej artystki to właściwie gotowe grafiki, które równie dobrze mogłyby pozostać na papierze i zdobić ściany. I tak się już stało - tkanina Varmt Hund z wcześniejszej serii zdobyła popularność m.in. dzięki traktowaniu jej jak obraz do zawieszenia. Jako ciekawostkę dodam, że pewne zamieszanie wywołała także jej nazwa - pisana z błędem (pewien szwedzki bloger pisał "Det är ju inget svenskt språk" - "to nie jest szwedzki język"; jednakże wybaczył błąd i tkaninę kupił i powiesił... ;))


Ja swoją różową Monalis postanowiłam jednak potraktować tradycyjnie i oto wczorajszym popołudniem powstało pięć poszewek na poduszki.



Ikeowskie bawełny nigdy nie sprawiają kłopotów w obróbce, więc szyło się prosto i szybko, otwór na poduszkę zrobiłam na zakład, więc odpadło wszywanie suwaka i zabawa z guzikami i dziurkami. Efekt zdecydowanie mnie zadowolił. To jest właśnie piękne w dobrych tkaninach (dobrych jakościowo i przede wszystkim wzorniczo) - wystarczy minimum umiejętności i najprostszy wzór by gotowe dzieło cieszyło oko. Oprócz tego, dzięki dość dużemu raportowi Monalis, w zależności gdzie przytniemy tkaninę, mamy inny deseń. Każda poszewka się różni i w sumie daje całkiem nową jakość.

Zachęcam do zabawy i szycia i na wszelki wypadek przypominam - bawełnę należy zdekatyzować przed skrojeniem, lub uwzględnić to, że po pierwszym praniu się skurczy (w przypadku Monalis kurczliwość wynosi 4% i moje doświadczenie to potwierdza). Po drugie poszewki lepiej się układają, gdy są trochę większe niż wkład (u mnie wystarczyło dodać po 1,5cm na szerokości i długości). No i oczywiście nie zapominajmy o dodatkach na szwy. ;)

A po skończonej pracy można spokojnie relaksować się na balkonie przy nieśmiertelnej kawie z mlekiem. :)





Tradycyjnie linki dla zainteresowanych:
  • oczywiście strona domowa Katrine Mandsberg, z dość pokaźną galerią prac
  • Varmt Hund na ścianie szwedzkiego domu (zaczynam zazdrościć, że nie kupiłam go kiedy był na wyprzedaży, gdzie można równie łatwo znaleźć tak tanią i dobrą grafikę na ścianę?)

środa, 13 kwietnia 2011

Babcia będzie dumna!

Kiedyś na jednym z rodzinnych wesel ucięłam sobie pogawędkę z seniorką rodu - Babcią. Stałyśmy obok bufetu zastawionego swojskimi wędlinami i smalczykiem z kiszonymi ogórkami a ja zachwycałam się jakże pięknie jest owa wystawka udekorowana. Z tyłu wisiał ręcznie tkany kilim a blat zdobiły szydełkowe serwetki. Babci chyba się spodobały moje słowa, bo rozmowę zapamiętała i za jakiś czas podarowała mi wszystkie tekstylia plus jeszcze kilka serwetek. Nie mogły trafić w lepsze ręce. :) Przyjęłam je z wdzięcznością jako cenną pamiątkę.

Lubię szydełkowe serwety. Najbardziej lubię, gdy zbudowane są z powtarzalnych elementów, wielokątów lub form kolistych. Taki właśnie jest obrus, który po trzyletnim zaleganiu w szufladzie wyciagnęłam i dokończyłam kilka dni temu.








Wzór zaczerpnęłam z czasopisma "Moje Robótki" nr 9/2006. Nie obyło się bez kilku modyfikacji. Niestety często w gazetowych wzorach na szydełko zdarzają się błędy. Ilość oczek w kolejnych rzędach bywa źle przeliczana - tutaj na przykład identyczna odległość w niższym rzędzie miała 12 a dwa rzędy wyżej już 11 oczek, zupełnie bezsensownie. (Niby drobiazg, ale gdy drobiazgów się nazbiera, to gdy przychodzi potem do rozprasowywania całość może się źle układać. Nie wszystkie błędy przeliczeniowe i wykonawcze można zlikwidować przez napinanie i blokowanie dzianiny. Tutaj poszło świetnie, jednak mam na stanie inną serwetkę, która niestety wymaga chyba pisania wzoru od nowa, bo korzystanie z oryginału skutkuje produkcją nienaprawialnego bubla).
Po drugie sam projekt - o ile pojedynczy kwadrat sam w sobie był bardzo ładnie skomponowany, o tyle koronka wykańczająca obrus była zupełnie nieciekawa, bez logicznego nawiązania (czy przez analogię czy przez kontrast) do całości. Dlatego u mnie jest skrócona o dwa rzędy i zwija się na pół tworząc subtelny i lekko wypukły rąbek.

Całość ma wymiary 130x130cm, zastosowane nici to Eldorado od Coats a używałam szydełka nr2.



Robota przeciągnęła się na 3 lata - oczywiście nie siedziałam nad nią codziennie, miałam długie przerwy. Gdyby je wyeliminować, zakończyłabym pracę w jakieś 8 tygodni. Tak czy siak, chyba jest powód do pewnego zadowolenia i kawa w nagrodę się należy. ;)





Gazetkę z obrusem można pewnie dostać na Allegro lub udać się na stronę wydawnictwa - jest dostępny cały rocznik jak również pojedyncze egzemplarze.


P.S. Prezenty od Babci zaprezentuję następnym razem. :)