Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szafiarka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szafiarka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 marca 2021

Tereny zielone w kącie przy lodówce

 


Ach, co to ja miałam napisać! Wielka inauguracja bloga po prawie roku nieobecności! Foty jak żyleta i sesja jak ze snu w romantycznym plenerze, tekst pełen dowcipu... 

No i tak. Cześć wszystkim, znów tu jestem, uszyłam sukienkę.

A co takiego robiłam, jak mnie nie było? Krótko mówiąc, dziecko. :) Mam przecudowną córę, której aktualnie najlepszą zabawką jest centymetr krawiecki. Genów nie oszukasz! :D

Ciąża była trudna, tyle miałam planów, tak się miałam lansować, szyć sobie ekstra sukienki, cieszyć się życiem. Nie wyszło, bo okazało się, że jedyną aktywnością, na jaką mnie stać, to pójście po bułki. Po tak szalonej wyprawie odpoczywałam resztę dnia. Czy się tego spodziewałam wcześniej? W życiu. Może nie byłam asem sportu, ale przed ciążą nawet na siłownię chodziłam, jeździłam na rowerze, spacerowałam. Ciąża wszystko zmiotła. Czy się poddałam? W życiu. Tydzień przed porodem malowałam ściany w kuchni. Ale po czerwcu udało mi się jedynie uszyć jeden kocyk dla małej. Mózg nie umiał ogarnąć planowania prac krawieckich. Nawet kolejności szycia prostego kocyka. 

Ale teraz moja maleńka skończy za chwilę 7 miesięcy i choć jest ciężko, to już można odzyskać czasem chwilę dla siebie.

No, to uszyłam sukienkę.


 
 
 
 
Materiał to dzianina interlokowa z Pinsoli, bardzo przyjemna w szyciu, ale niezbyt wybaczająca prucie. Leżakowała u mnie całkiem niedługo, bo od zeszłego maja. ;D Początkowo planowałam uszyć z niej sukienkę bez rękawów ze dołem z klinów, ale życie zweryfikowało plany, nie miałam ani sił, ani władz umysłowych ani ochoty, by kombinować z własną konstrukcją. W tym roku zapomniałam o ambicjach - wzięłam wykrój z Szycia Krok po Kroku na dopasowany golf, skróciłam go do talii i przyszyłam zwykłą marszczoną spódnicę. I nawet odpuściłam sobie kieszenie! No dobrze, żeby nie było, że już mi na wynikach nie zależy, wykrój tego golfa trochę do swoich wymiarów dopasowałam. :)
 
 


Włożyłam sukienkę i poszłam w niej na rodzinny spacer i byłam najzieleńszym punktem w całym parku. Liczyłam na jakieś fotki na blogaska, ale średnio były warunki. Więc sesja odbyła się po powrocie do domu, pod lodówką. No trudno, otoczenie w tle mało wyjściowe, ale chciałam w końcu coś pokazać. Do kompletu uszyłam pasek, ale w praktyce okazało się, że lepiej czuję się ze zwykłym, skórzanym. Też pstrokatym, więc wszystko się zgadza. ;)




No dobra, wrzucę jedno zdjęcie z tego spaceru. Przyznaję, wolałam posiedzieć z małą przylepką zamiast modelować. ;)




czwartek, 4 czerwca 2020

Noś dres, dres fajny jest



Okazało się ostatnio, że nie mam żadnej obszernej bluzy dresowej, takiej typu oversize. Kiedyś jakieś bluzy szyłam, nawet gdzieś wiszą na blogu, ale to było dawno i nieprawda, poszły sobie do szyciowego nieba, czy gdzie tam chodzą niechciane ciuchy DIY. W ogóle średnio bluzy lubię, a kiedyś gdyby ktoś mi zasugerował noszenie dresów, to możliwe, iż bym go zabiła perlistym śmiechem. 

No, ale czasy się zmieniają, więc uszyłam sobie bluzę. Wybrałam model okładkowy z Szycia Krok po Kroku 3/2019. Model prosty jak budowa cepa, a najpiękniejsze w nim było to, że nie musiałam wykroju odrysowywać z arkusza, ale wycięłam go po prostu. Co przy moim poziomie energii i tak trwało jakąś godzinę.




Zamówiłam sobie z netu czarną dresówkę z przydomkiem PREMIUM, no i przyszła w kolorze wyblakłej szmaty, aczkolwiek była również gruba i mięsista. Taka, powiedziałabym, bazarowa. Przy okazji okazało się, że przesyłkę mi okradziono z dedykowanego ściągacza, co zainteresowało jedynie InPost, zaś sprzedawcy w ogóle. Na szczęście miałam odpowiedni ściągacz w domu, choć ten ukradziony byłby fajniejszy, bo miał złoty pasek...
I uszyłam bluzę, o taką:




Przy okazji chciałabym pogadać o kolorach.

Otóż, jak wielu czytelników wie, jestem włókiennikiem i zajmuję się szmatami nie tylko hobbistycznie. Jednak moją specjalizacją nie jest tkactwo czy dziewiarstwo, ale wykańczalnictwo. Przez kilka ostatnich lat przerobiłam parę fajnych sposobów na barwienie i utrwalanie barwnika na powierzchni włókien, a także nauczyłam się, co można zrobić, by ten barwnik potrwał trochę dłużej na włóknie niż do pierwszego prania. Dlatego z pewną przykrością patrzę na materiał, który powinien być CZARNY, a jest czarny w tym spranym odcieniu czerni, który sugeruje, że:
  1. użyto taniego, popularnego barwnika, który nigdy nie złączy się trwale z włóknem bo nie tworzy z nim odpowiednio mocnych wiązań chemicznych;
  2. prawdopodobnie nie utrwalono barwnika odpowiednim środkiem powierzchniowo czynnym przed praniem.
I tak sobie myślę, że byłoby możliwe wyciągnięcie z tej dresówki o wiele głębszego koloru czerni. Ale wiem też, że jestem czepialska baba i najprawdopodobniej z ekonomicznego i praktycznego pinktu widzenia, ta dresówka pod względem koloru jest wystarczająco dobra. W końcu sama ją kupiłam i nie odesłałam (choć miałam ochotę). :)

A teraz kolejna ciekawostka. Czy widzicie, że kolor ściągacza różni się od koloru dzianiny?




No dobrze, na zdjęciu tego nie widać za bardzo. Dresówka jest bardziej zielona a ściągacz bardziej niebieski. :) 

W przemyśle ocenianie różnicy odcienia tego samego koloru, a także wypracowanie powtarzalności dokładnie tego samego wybarwienia na różnych materiałach ma ogromne znaczenie. Wyprodukowane kolejne partie danego koloru muszą być identyczne! Ale czasem trudno to osiągnąć po prostu z braku odpowiednich warunków i zaplecza laboratoryjnego, jednak nie jest to niemożliwe. Sama opracowywałam recepturę wybarwienia dla poliamidu na podstawie... kartonowego wzornika. I musiałam polegać tylko na własnym wyczuciu oraz własnym oku. :) Normalnie wstępną recepturę opracowuje program komputerowy, kolejne wybarwienia testowe też ocenia komputer i przy odrobinie szczęścia powtórzenie z koloru z wełny na poliestrze jest łatwe. Ale niezależnie od metody nie zawsze efekty są idealne. I teraz powstaje pytanie, na ile możemy odbiegać od pierwowzoru, żeby można było recepturę zaakceptować? Cóż, im lepszy klient, tym mniejsza tolerancja na odchyłki. ;) 

W mojej bluzie lekką odchyłkę odcienia między ściągaczem a dresówką akceptuję, zresztą nie jest widoczna w każdym oświetleniu. A gdybym była wielkim producentem bluz? Pewnie uszyłabym najpierw bluzy a potem dała gotowe do barwienia - tak jest bezpieczniej. :)

No dopszz, nagadałam się, a teraz fotki na deser. Hmm, legginsy też mają inny odcień czerni! Widać? He, he. :D








Na Facebooku też ostatnio gadałam sobie o kolorach, że lubię kolory, choć czerń jest podstawą, i do zilustrowania moich wywodów pokazałam zdjęcie bardzo, bardzo pstrokatych materiałów:




Spieszę donieść, że z tego lewego powstała już spódnica maxi i jest noszona. Zatem na deser fotka trochę mniej czarnej ale za to bardziej pstrokatej Aire:




Spódnica ma fason, jakie już wielokrotnie już pokazywałam (gładki karczek i doszyte marszczenie), więc o szyciu nie będę się rozpisywać. Na dziś koniec, trzymajcie się i nie chorujcie na żadne choroby wirusowe, pa!



piątek, 18 października 2019

Prawie jak milion dolarów





Ostatnio dokonałam rewolucji w swoim życiu, albowiem zachciało mi się nowych rzeczy,  a wśród nich nabyłam chęci zostania doktorem. Jest to dość niecodzienne, bo jeszcze pięć lat temu, kiedy od przemiłego profesora usłyszałam, że z taką motywacją do pracy to spokojnie pójdę na doktorat, to nawet brew mi nie drgnęła, za to w wyobraźni spadłam pod biurko, zemdlałam a potem umarłam ze śmiechu, że niby co, że ja??? Noo, dobry żart, ja jestem PRAKTYKIEM, ja nie uprawiam nauki tylko szukam praktycznych rozwiązań, dlatego chciałam być inżynierem, tytuł inżyniera kocham i łechtam się nim kiedy tylko mogę. No, ale robienie inżynierki było taką kozacką zabawą, że dałam się namówić na magisterkę, a ta okazała się jeszcze wspanialszym wyzwaniem, bo w sumie na napisanie dyplomu miałam 2 tygodnie, a w pewnej chwili istniało duże prawdopodobieństwo, że będę ją pisać w szpitalu. No i skończyło się tak, że magisterkę obroniłam i tego samego dnia był ostatni dzień na złożenie papierów do szkoły doktorskiej. I ja te papiery złożyłam.

A potem poszłam wypić porządnego drinka z adekwatną do sytuacji zawartością alkoholu.

I teraz poniekąd mogę się nazywać ofiarą pana ministra Gowina, albowiem jestem pierwszym rocznikiem, kiedy obowiązują nowe przepisy o szkolnictwie wyższym, czyli nie ma już starych studiów doktoranckich, tylko są szkoły doktorskie i niby wszystko jest zapisane w ustawie, ale nikt nie wie o co chodzi, a co gorsze, nie ma już dyscypliny naukowej włókiennictwo, jest za to inżynieria materiałowa. A drugą straszną rzeczą jest ucięcie godzin dydaktycznych dla doktorantów, a ja marzyłam, że będę wbijać studentom do głowy, że DO JASNEJ ANIELKI, POLIESTER NIE JEST WŁÓKNEM SZTUCZNYM TYLKO SYNTETYKIEM. 

Bo ustawa chce, żebym na doktoracie robiła jednak naukę a nie skupiała się na dręczeniu studentów. :D





Oczywiście, pierwsze co zrobiłam po ustabilizowaniu swojej sytuacji życiowej, to uszyłam sobie spódnicę z syntetycznego zamszu. 

Szycie to ta dziedzina mojego życia, gdzie rządzę. Mogę trzymać się zasad, albo mogę je łamać, od początku do końca sama decyduję o wszystkim. Nikt mi nie może niczego narzucić. Szycie to ogromna ulga po czasie, kiedy trzeba było się dostosować do surowych uczelnianych zasad tworzenia  dzieł. Po licznych stresach szycie zawsze uosabia dla mnie wolność.

Zamsz, który kupiłam, to w zasadzie dwustronna dzianina - od spodu jest jasnoszary dżersej, a z wierzchu zamsz i wiecie co - nie mam pojęcia, jak się taki materiał robi. :D Tzn coś tam można zauważyć, że to są dwie warstwy dżerseju, jedna gładka, druga drapana udaje zamsz, ale jak się je łączy... może klejem albo poprzez zgrzewanie, wszystko jedno, całość z pewnością nie jest hitem ekologii, ale technicznie jest godne pochwały. I z pewnością jest tanie w produkcji, bo inaczej nie byłoby czegoś podobnego w każdej sieciówce.

Spódnica powstała z mojego wykroju, który już wykorzystałam do produkcji czarnej spódnicy z tego posta, ponieważ wciąż odczuwam chorą fascynację spódnicami z godetami, czyli nie jest wykluczone, że ten blog niedługo zmieni nazwę na Blog o Spódnicach z Godetami. 




A szyło się standardowo, czyli:
  • najpierw fascynacja "mam zajedwabisty pomysł godny haute couture"!
  • potem krojenie i gratulowanie sobie, że dodało się zawczasu na papierowym wykroju zapasy na szwy;
  • potem pierwsze szwy konstrukcyjne, luz i bajka;
  • następnie tygodniowe dylematy, czy warto te szwy przestębnować i w ogóle jak to wykończyć;
  • następnie zorientowanie się, że nie ma się pojęcia, JAK TO WYKOŃCZYĆ, bo przecież nie można normalnie tego podwinąć, musi być lamówka;
  • awaryjny wypad po lamówkę, bo ta w domu się nie nadaje;
  • dół i depresja, bo pomysł na spódnicę to z pewnością porażka, no i kto to słyszał, żeby robić ją taką szeroką, normalnie kto ma siły podwijać te 30000000 metrów dołu? KTO SZYJE TAKIE DZIWACTWA??? a poza tym  nowo zakupiona lamówka jest brzydka;
  • wszycie brzydkiej lamówki;
  • deprecha, bo wszyło się brzydką lamówkę i ogólnie poziom tego ciucha jest poniżej poziomu akceptacji;
  • czekanie dwa tygodnie na wszycie zapięcia do paska i rozmyślanie, czy kiedykolwiek uwierzę, że suwak kryty można wszyć też do wysokości paska i wtedy żadne dodatkowe zapięcie nie jest potrzebne. No wiecie, jak w spódnicach ze sklepu. 
  • wszycie zapięcia do paska i poukrywanie wystających nitek;
  • tygodniowe patrzenie krzywym okiem i w końcu decyzja o założeniu. :)




No i okazuje się, że fajnie się nosi taką zamszową spódnicę i pozostaje podziękować pogodzie, że umożliwiła mi założenie jej w tym tygodniu i lanserkę na uczelnianym kampusie.  Przy okazji zauważyłam dziwną rzecz, bo kiedy tak łaziłam po uczelni, nagle niektórzy pierwsi powiedzieli mi dzień dobry. Pewnie się zagapili, albo byli w szoku. :D




Na zdjęciach zauważyłam, że trochę widać, że spódnica nie leży w talii, tylko poniżej, więc proporcje są ciut zepsute. Niestety przez kilka miesiący od powstania wykroju zdążyłam schudnąć, a dodatkowo zamsz jest rozciagliwy i mimo zwężania nie udało się właściwie go dopasować. No, najwyżej jak znów utyję, to przynajmniej jedna rzecz będzie rosła razem ze  mną :D A tymczasem, czy wy wiecie, jak ona furkocze podczas chodzenia??? Kiecka instytucja, najpierw ją słychać, a potem przychodzę ja. :D:D







No i, podsumowując, obecnie odczuwam niecodzienne zadowolenie z siebie, czuję się jak ten tytułowy milion dolarów albo James Cameron na rozdaniu Oscarów, ale spokojnie, jak tylko napiszę jakiś naukowy tekst i moi wspaniali mentorzy po nim pojadą (a pojadą na pewno, bo muszą i powinni), to mi poziom samooceny spadnie i znów będzie normalnie. 


Najwyżej znów coś sobie uszyję.



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Sukienka sierpniowa... a poza tym, czemu skręcają się szwy w ubraniach?



 


 Najlepiej, kiedy dużo się dzieje... taaak, ale najgorzej, jeśli się tak powie w złą godzinę! Na ten rok, pod względem "dziania się", zdecydowanie nie mogę narzekać. Jedno jest pewne - jeśli myślimy, że nic już się w życiu nie wydarzy, a przyszłość rysuje się jako prosta droga, to takim myśleniem kusimy los, żeby dał nam pstryczka. I wtedy robi się ciekawie. 

Ale w ogóle to miało być o wzorze na sukience. Dajcie mi coś pstrokatego, to zaraz będę uradowana jak sikorka na widok kawałka słoniny. Ta wiskozowa dzianina spełnia całkowicie potrzebę szaleństwa, dzieje się na niej duuużo. :) Kiedy wybierałam ją w Jazz&Silk, chłonęłam wzrokiem  barwne plamy i tak byłam nimi zaaferowana, że oczywiście nie zauważyłam, że deseń ma wyraźne pasy. Sprawa wyszła na jaw, kiedy podczas krojenia sukienki od razu okazało się, że mamy do czynienia z całkiem dużym raportem i niestety - albo wymyślony projekt pójdzie do zmiany, bo po prostu w oryginale nie zmieści się na kuponie, albo utnie się części byle jak, albo osoba odpowiedzialna za zakupy (.... no ja, niestety) wyskoczy z kasy na dodatkowy kawałek materiału. 

No i... osoba odpowiedzialna za zakupy (...tak, ja...) z tej kasy wyskoczyła. Bo opcja cięcia "jak leci" bez zachowania nieszczęsnego raportu groziła poważnym konfliktem moralnym a zmiana projektu zaburzeniem równowagi życiowej.




Wykrój częściowo pochodzi z Burdy Szycia Krok po Kroku. To ten sam model co niebieska sukienka z Rzymu., zmieniony jest tylko dół. Wykrój ten trzaskam już po raz siódmy, od miesięcy nic innego nie szyję, już zaczynam mieć mdłości na jego widok, ale co poradzę, że jest taki wdzięczny do szycia? I niewiele trzeba, żeby całkowicie zmienić jego charakter, a do tego dobrze wygląda zarówno w dzianinie, jak i w tkaninie. Wiskozowa dzianina daje najdelikatniejszy efekt, zresztą wystarczy spojrzeć na zdjęcia - falbana na dole ma obwód, bagatela, 3 metry, a w ogóle tego nie widać.









A teraz kilka słów o skręcaniu się szwów w ubraniach z jerseyu. Ogólnie wychodzi na to, że problem wygląda inaczej w zależności kogo się o niego spytamy. Dlaczego szwy się skręcają? Dziewiarz powie, że to wina szyjących. Wykończalnik powie, że wina dziewiarza. Czy ktoś nie powinien pociągnąć do odpowiedzialności także przędzalnika? 
Pytałam o to mnóstwo bardzo mądrych osób, ale także sama obserwowałam, jak się przędzie nici, jak się dzieje jersey, jak się wykańcza dzianiny, a na koniec sama takie dzianiny szyłam. I myślę, że krawcowe są tutaj najmniej odpowiedzialne za złą jakość odzieży. Popularne przekonanie, że szwy się skręcają, bo nie tnie się prosto wykrojów, to bujda na resorach. Przecież gdyby tak było, to żadna odzież z dzianiny nie trzymałaby prostych szwów! A przecież tak nie jest - moja pstrokata sukienka jest prosta jak archetyp linii prostej. A bywalcy Facebooka pamiętają, jak się zżymałam nad innymi dzianinami, które były krzywe jeszcze przed jakąkolwiek ingerencją nożyczek.
Dzianina to efekt wieloetapowej, włókienniczej pracy. Na każdym etapie coś może pójść nie tak, a kolejne mogą czasem (celowo lub nie) zakrywać błędy poprzedników. Może być kiepska przędza. Mogą wyjść błędy na dziewiarkach. W przypadku jerseyu są to zazwyczaj dziewiarki cylindryczne, dzianina z nich schodzi w formie rękawa. W takich dziewiarkach nitka zawsze ciągnie w jedną stronę, więc w sumie trudno się dziwić, że potem dzianina też się skrzywia w jedną stronę. Aczkolwiek nie powinno tak być, nie siedzę w temacie, ale jestem pewna, że są sposoby na zapobieżenie takim przeciągnięciom. A jeśli nie wyjdzie? No to mamy wykańczalnictwo, mechaniczne, termiczne, chemiczne. Stabilizuje się dzianinę na przeróżne sposoby. Tutaj też może coś pójść nie tak. Bo na przykład panowie na maszynie wykończalniczej "pracują od 30 lat i wiedzą lepiej jak coś dogrzać". Bo "tak się zawsze robiło". A czasem np. nie można po prostu dogrzać dzianiny, kiedy przędza za słaba. I wracamy do początku.
Czy wobec powyższego, krzywe szwy to na pewno wina krawcowej? Nie. Z mojego doświadczenia wynika, że można szyć wszystko, a dzianina się skręci, albo nie skręci. Zazwyczaj wychodzi to zaraz po dekatyzacji.Wyprana dzianina odsłania wiele swoich wad. Rządki i kolumienki przestają trzymać kąty proste względem siebie (czasem to widać jeszcze przed praniem!). Jeśli będziemy próbować ją prostować, to po kolejnym praniu i tak wróci do swojej zwichrowanej formy. Ja, kiedy trafiam na taką dzianinę, po prostu odpuszczam i kroję ją taką krzywą, decyduję tylko, czy trzymać się np. linii nadruku czy linii rządków. Oczywiście jest to nie do końca zgodne ze sztuką krawiecką, która każe się trzymać linii prostej kolumienek (czyli tej wzdłuż dzianiny).  Ale to działa i szwy po praniu pozostają już proste a ubranie trzyma fason.

Podsumowując, krzywe krojenie nie powoduje krzywych szwów. Odsłania tylko błędy producentów.

Nooo, wygadałam się. :D 



czwartek, 30 maja 2019

Blue flowering





Można powiedzieć, że ta sukienka ma geny podróżnika. Nie wiadomo, kiedy i gdzie się narodziła. Była wtedy zwykłym granulatem poliestrowym, takim białym, nieprzezroczystym i matowym, trochę kanciastym, bo powstał poprzez pocięcie zestalonej strugi włóknotwórczego polimeru. Być może stało się to gdzieś w Chinach. A może w Tajlandii? Być może w tym samym miejscu mały groszek uległ kolejnemu przeobrażeniu i po roztopieniu i bliskim spotkaniu z dyszą przędzalniczą rozdzielił się na kilkaset cieniutkich włókienek. Co było potem?  Jeszcze nie krosno. Przedtem trzeba było nowonarodzony surowiec włókienniczy odpowiednio przygotować. Popracować nad strukturą. Wzmocnić. Teksturować. Znów pociąć na jeszcze mniejsze odcinki. W końcu uprząść na przędzarkach, które pewnie ciągnęły się kilometrami w wielkiej, zupełnie zmechanizowanej przędzalni. Kiedy trafił do tkalni zupełnie już nie przypominał groszku. Kiedy nareszcie opuszczał fabrykę (po drodze zahaczył jeszcze o drukarnię), miał już nowe imię - stał się krepą.




Nie wiem, jak trafiła do kosza w szwedzkim sklepie tekstylnym, ale zaraz ją wypatrzyłam, bo strasznie mi się spodobał ten błękit. I kwiatuszki! I to, że jest krepą, bo nic nie układa się tak ładnie jak krepa. Wybaczyłam jej nawet syntetyczne pochodzenie, bo poliester nie jest taki zły, łatwo się pierze i ma trwałe kolory. Kupiłam ostatni wyhaczony kawałek i z dumą przywiozłam do Polski jako pamiątkę z podróży.

To było ładne kilka lat temu, śliczna tkanina leżakowała sobie w pudle, trochę zapomniana, bo jakoś ciężko było wybrać do niej odpowiedni wykrój pod względem fasonu i zużycia materiału. . Szkoda mi było jej ciąć na byle co. Ale w końcu pomyślałam sobie, że w pudle też nie ma z niej pożytku i jest przez to trochę zmarnowana. I dlatego powstała sukienka. I żeby było bardziej znacząco i wiekopomnie;) jej debiut przewidziałam na wakacje w Rzymie.




Gdybym wiedziała, że będzie taka trudna w szyciu, to pewnie nadal by zimowała wciśnięta gdzieś między inne szmatki! Rany - fastrygowanie każdego szwu to nie jest to, co najbardziej lubią tygryski. Trzeba wykazać się cierpliwością, na którą nigdy nie było wiele miejsca w światopoglądzie Aire. ;) Całe szczęście, że wykrój nie był skomplikowany, aczkolwiek trochę go skomplikowałam - wybrałam model 3C z Burdy Szycie Krok po Kroku 1/2019, zrezygnowałam z poziomego cięcia poniżej pasa i dodałam marszczenie z tyłu, jakie nieraz jest w niektórych obszernych bluzkach koszulowych. Ach, i dodałam oczywiście kieszenie. No i wyszła taka kiecka jak na zdjęciach. Bardzo jest wygodna. A traumy po szyciu praktycznie już nie ma, mogę tylko powiedzieć na przyszłość - nie szyjcie po północy elementów wymagających precyzji, to co się wydaje arcytrudne o 3 nad ranem, staje się zdecydowanie prostsze po 8 godzinach snu. :)








Wbrew pozorom wiosną we Włoszech może być zimno (szczególnie w maju), więc prawie do końca wyjazdu nie byłam pewna, czy sukienka opuści bagaż i wyjdzie na miasto. Udało się ostatniego dnia i muszę przyznać, że czułam się w niej bardzo dobrze. Poszłam w niej do centrum światowej mody w Rzymie, w okolice Schodów Hiszpańskich, bo przecież należała jej się sesja foto, a niby gdzie indziej wypada robić sobie słodziaste focie na bloga? Ale w poście są zdjęcia z innych miejsc, bo bohaterką ma być nie Rzym lecz ona. Tekstylna globtrotterka. :)



poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Czarny dzwon i spodnie do obierania kartofli



Kiedy już wymyślę sobie jakiś krój, nieważne czy spódnicy, sukienki czy innego stwora, drążę temat do znudzenia. Bo szkoda pracy poświęconej na opracowanie wykroju, wycięcie, dopasowanie do sylwetki, jeśli efektem ma być tylko jedna sztuka ubrania, prawda? Szczególnie jeśli przypadła nam do gustu. 

Szycie (i noszenie) ciągle tego samego można nazwać nudą. Albo stylem - zależy, którą nogą z łóżka wstaniemy. :D

Spódnica Zielony Dzwonek z poprzedniego posta mocno mi się spodobała. To dopasowanie na biodrach i falujący dół. Postanowiłam zrobić jeszcze jedną taką, ale z innego materiału. Mniej lejącego. Poszłam do ulubionego sklepu po tkaninę. A tam - szok, nie ma stałego pana sprzedawcy, który zawsze rozumie, czego potrzebuję i zawsze to znajduje. Jest inny pan! No nic, postanowiłam wytłumaczyć, co chcę kupić. A więc mówię, wie pan, to ma być spódnica z klinów i ma mieć godety, ale musi być trochę sztywna, ale nie za bardzo, ma uwydatniać konstrukcję, no rozumie pan, żeby było widać krój, nie za cienka, aha, i ma być CZARNA... i w duszy sobie myślę, czy ten miły sprzedawca nie zaciął się już na terminie godety... bo inne klientki w sklepie miały dziwne spojrzenie, albowiem ja tłumaczyć swoich myśli na język zrozumiały zupełnie nie umiem. Tymczasem pan niewiele myśląc podszedł do półki, zdjął z niej belkę czarnej tkaniny i mówi "no to chyba tylko to będzie dobre, widzi pani, jeszcze lekko się rozciąga w poprzek". A mnie zatkało, bo właśnie zapomniałam powiedzieć, że fajny byłby niewielki dodatek lajkry w tym poszukiwanym materiale, i gdyby nie była gniotliwa. Jednym słowem, dostałam tkaninę, która spełniła wszystkie moje życzenia, te wypowiedziane i te przemilczane. Takie rzeczy tylko w moim ulubionym łódzkim sklepie. :)




Przed krojeniem lekko zmodyfikowałam wykrój w stosunku do Zielonego Dzwonka - panele zrobiłam mniej rozłożyste, natomiast powiększyłam i wydłużyłam godety. Chciałam w ten sposób zoptymalizować zużycie tkaniny, bo przy takim fasonie serio zużywa się jej dużo. Dałam bardzo niewielki luz na biodrach, ok. półcentymetra, bo lycra miała zapewnić komfort i dopasowanie.

No i plan był dobry, prawda? Szkoda tylko, że podczas krojenia ułożyłam panele tak, że rozciągały się wdłuż a nie wszerz. :) Spuśćmy zasłonę milczenia na to, co robiłam potem, żeby spódnica mi nie ściskała moich tłuściutkich boczków :D




 


No i w sumie jestem zadowolona, założenia spełnione a jak schudnę z kilogram, to i obawa o pęknięcie suwaka zniknie. :)


No dobrze. W ostatnim poście wspomniałam, że uszyłam spodnie warte takich okazji, jak obieranie kartofli. Wykrój z Burdy "Szycie krok po kroku" 1/2019, sam w sobie całkiem fajny, uwzględnia kieszenie, marszczenie z tyłu (na gumkę) i gładki przód (nie podkreślający wypukłego brzucha). A do tego ma wielką zaletę, że można go po prostu wyciąć z arkusza bez odrysowywania. Szycie też nie jest wcale trudne. W moim przypadku część wymierzona na przedni pasek nie zgadzała się z szerokością spodni z przodu, choć trzymałam się wymiarów podanych przez Burdę. Musiałam kombinować, żeby szwy się zgadzały. Poza tym spodnie wyszły duuuże. Za duże. Nigdy nie miałam problemu ze spodniami z Burdy, wszystko zazwyczaj pasowało na długość, szerokość i objętość, ale tym razem w środku zmieściłby się kawałek drugiej Aire, a w talii nadal byłby luz. Tak, że ten. Owszem, mogłam skroić mniejszy rozmiar, więc nie ma tematu. 

Jak je porządnie podciągnę i zjem zestaw z McDonald'sa to są prawie ok. :D Nadadzą się na spacer, nie tylko do kuchni. :)





Z tej samej Burdy zdążyłam też wykorzystać wykrój na sukienkę i tu nie będę marudzić. Tzn. za bardzo marudzić.  Niedługo pokażę, co wyszło. ;)



piątek, 5 kwietnia 2019

Zielony dzwonek




Mam wrażenie, że im więcej szyję, tym bardziej nie mam się w co ubrać. Bo to jest tak: jeśli szyję, to nie kupuję w sklepach. Ale jeśli szycie mi nie wyjdzie, to nie mam ani uszytego ciucha, ani kupionego. :)

Tylko wciąż przybywa w domu materiałów, coś niesamowitego...

Ale do rzeczy. Ponieważ, jak wiadomo czytelnikom, przechodzę w życiu okres zielony, zaczęłam szyć zielone ubrania. Proces powstawania zielonej, koronkowej spódnicy, pokazywałam na Fejsiku, cały czas czeka na ładne fotki (jeszcze jej nie wkładałam). Po tej spódnicy powstały zieloniutkie spodnie wg wykroju z Burdy, ale one nie doznały zaszczytu udokumentowania, bo po prostu nie spodobały mi się i chyba będą używane jedynie podczas obierania kartofli. A trzecim zielonym tworem jest dzisiejsza bohaterka, spódnica - dzwoneczek.

Chciałam fason, który będzie gładko leżał na biodrach, ale będzie rozszerzał się na dole. Wymyśliłam krój złożony z sześciu mocno się rozszerzających paneli. Taki właśnie dzwonek. Zanim przystąpiłam do krojenia ślicznej dzianiny punto, dopadła mnie stara choroba, pt. "musi być na dole SZEROKO", zatem dorzuciłam godety. Ale takie malutkie. :)




Papierowy wykrój to był banał do wyrysowania, co nie oznacza, że obyło się bez poprawek. Otóż, wcale nie jest obojętne, w którym miejscu panel będzie się rozszerzał. Istotny jest także materiał, z którego powstanie spódnica. U mnie użycie stosunkowo ciężkiej dzianiny spowodowało, po pierwsze, że część karczkową muszę skrócić, a po drugie, zapasy na szwy są zbędne, bo wszystko ładnie się dopasuje.  Ale to wyszło podczas przymiarek. Nie wiem, czy wszyscy prawdziwi konstruktorzy potrafią przewidzieć z całą dokładnością wygląd gotowego ubrania zanim wyrysują pierwszą linię na papierze. Ja nie umiem i zawsze mam na koniec element zaskoczenia. I bardzo pracuję nad tym, żeby zaskoczenie nie wiązało się z rozczarowaniem.





Na wieszaku spódnica prezentuje się bardzo smętnie, jej dzwonkowatość znika, ale w sumie można było się tego spodziewać, punto przy całym swym ciężarze jest bardzo lejące i miękko się uklada. Godety właściwie nie robią różnicy, więc ewidentnie miały być jedynie wsparciem psychologicznym dla projektantki. ;)

A czy wiecie, jak trudno kupić zielony suwak? No, w Łodzi trochę za tym pochodziłam. Tutaj jest wszyty zwykły suwak (nie kryty), w sumie nawet chciałam, żeby był bardziej widoczny. Tak jakoś sobie uwidziłam.




Zdjęcia powstały w Piotrkowie Trybunalskim, który odwiedziłam ostatnio przejazdem. Trochę było chłodno, więc niestety nie czułam się na siłach pozbywać się kurtki, zresztą byłam tuż po okrutnym przeziębieniu. Wiem, trochę się powtarza stylówka z poprzedniego posta, ale ja zawsze robię zdjęcia "przy okazji", nigdy nie próbowałam bawić się w profesjonalne sesje i ostatnio właśnie tak się ubieram.









I patrzę sobie na te fotki i mrugam oczami, bo nie wiem - czy przypadkiem spódnica nie wymaga wyrównania na dole? :>  Jak sprawdzam na wieszaku, to raz wydaje się krzywa, a raz ułoży się tak, że żaden rąbek nie wystaje... Panele i godety mają różne promienie krzywizny i mogą różnie pracować, ale sama nie wiem. Chyba i tak to zostawię, jak jest, no, chyba że w gdzieś zrobi się ewidentny dziób.

A w ogóle, fason bardzo mi przypadł do gustu, więc już powstała kolejna panelowa spódniczka... Ale o tym następnym razem! :)