Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o niczym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o niczym. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 stycznia 2019

Pieskie życie





Aktualny sezon pod względem modowym ogromnie mi się podoba. W końcu pojawiły się w sklepach zielenie. Nic to, że ponad pół roku po tym, jak były nowym trendem. Teraz to już właściwie moda dla mas, ale cóż to znaczy dla prawdziwych wielbicieli. :) Kiedyś już miałam fazę na kolor zielony. Było to w okolicach matury, nie śmierdziałam groszem, ale udało mi się skompletować zieloną koszulkę, zieloną spódnicę i zielone buty. Wszystko w ukochanych odcieniach khaki i oliwki. Koszulka była niemożliwie syntetyczna i przeraźliwie ciasna, ale przy 47 kilogramach wagi to nie był problem. Spódnica była do ziemi, bo inne długości były niegodne mojej ahhhrttystycznej natury. Zielone mokasyny to był prawdziwy strzał - ciężko było znaleźć kolorowe buty, a buty mieszczące się do tego w budżecie to już był prawdziwy łut szczęścia. Mnie się udało, w dyskoncie wyhaczyłam piękne, lakierowane, groszkowe mokasyny. Kochałam je, choć nie nadawały się nawet na najlżejszy deszcz (przez szwy lała się woda litrami). A ubrana w  zielony outfit czułam się niemalże jak Picasso, choć on jest kojarzony raczej z okresem błękitnym. :)
Mój zielony okres skończył się wraz ze śmiercią mokasynków z rąk (łap? zębów?) mojej ówczesnej psiej rezydentki, George, która pozostawiona pewnego dnia sama w domu pogryzła je z tęsknoty.

No, a teraz znów mamy tę zieleń. Zauważyliście, jak się wkradała w nasze łaski? Zaczęło się od roślinnych motywów, realistycznych nadruków na materiałach. Dresówki w monstery święciły triumfy. Zaczęto wypuszczać tekstylia do domu, sama kupiłam obrus w liście i kwiaty. IKEA wypuściła komódkę w kolorze soczystej trawy. Trochę zielonego tu i tam, i w końcu przestano się bać pełnego wybarwienia na ubraniach i teraz można dostać nawet płaszcz puchowy w kolorze butelkowym.

Ja sobie sprawiłam dwie zielone koronki. Jedna ma wzór drobnych kwiatków i odcień ciepłej zieleni, druga to imitacja skóry krokodyla w kolorze ciemnoszmaragdowym. Szczerze mówiąc ten krokodyl mnie zachwyca! A dodatkową radość sprawia mi fakt, że zaprojektowała go moja koleżanka z pracy. :) Na zdjęciu tego nie widać, ale wzór jest bardzo plastyczny, przy odpowiedniej podszewce nabierze odpowiedniej głębi i zaplanowana sukienka, myślę, zrobi wrażenie.

Bo w ogóle zwierzęce motywy to drugi mocny trend w tym sezonie. Długo szukałam idealnej panterki i w końcu ją znalazłam w łódzkim sklepie. Aczkolwiek jest ideałem jedynie pod względem motywu, bo strukturalnie to niestety zwykła, nadrukowana dresówka. Nie cierpię białych spodów takich dzianin. Po pierwsze czasem wystają podczas noszenia i wygląda to kiepsko, po drugie, biel prześwituje na mocno eksploatowanych szwach (szczególnie gdy nadruk jest ciemny); po trzecie, niewybarwione włókna mogą w trakcie eksploatacji wydostawać się na wierzch (tak się stało w jednej mojej sukience i wygląda to słabo). No, ale dresówkę kupiłam. Na zdjęciu powyżej jest na samym dole. A na samej górze inna panterka, mniej idealna, ale za to welurowa. :)




Wygląda na to, że jakiś plan na szycie na sezon zimowy zrobiłam.

... ale faktem jest, że od 10 listopada nie dotknęłam nawet maszyny. Co więcej - pochowałam wszystkie akcesoria, wszystkie szmaty, rozpoczęte projekty. Bez ceregieli zgarnęłam wszystko, kawałki wykrojów, pojedyncze igły, gazety, nożyczki, do niebieskiej torby z Ikei i schowałam pod biurko. 
Zrobiłam sobie niechcący niezaplanowany detoks. Marzę o spódnicy w panterkę, ale na myśl o krojeniu czułam niemoc. Wolałabym, żeby ktoś mi ją podał gotową do założenia. Miałam konkretne plany na sukienki i bluzki i wszystkie wydały mi się zbyt trudne do zrealizowania. To oczywiście nieprawda. Wiem, że umiem szyć na przyzwoitym poziomie, choć pewnie nigdy nie będę profesjonalistką.  

Ale czasem, po prostu, szycie to tylko niewiele znacząca zabawa szmatami. 


HRABINA JAMES aka JIMBO, LADY DEMENTOR, spoczywająca na kocyku z minky, który jej pańcia uszyła.

 
Zaczęłam pisać ten post jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Zamierzałam troszkę pomarudzić, ponarzekać na swoje kompleksy i niechęć do szycia. Ale przerwałam pisanie, kiedy moja psica zachorowała.

Urodziła się w budzie. Jej właściciel był lokalnym pijakiem, któremu kiedyś zabrakło na wódkę i pod monopolowym zaczepił mojego brata z propozycją sprzedaży szczeniaka. Brat się zgodził i kupił małą suczkę specjalnie dla mnie jako pocieszenie po utracie George, o której wspomniałam wyżej. Nazwałam młodą James, bo fantazji nigdy mi nie brakowało :D ale na co dzień posługiwałam się zdrobnieniem - Jimbo. Możecie sobie wyobrazić, jakie trudności mieli ludzie, żeby ogarnąć takie imię w połączeniu z płcią żeńską! Mój tata nawet nie próbował, nazwał ją Muszką - a ona nie miała zupełnie problemu z reagowaniem na oba imiona, a później także na szereg zdrobnień - Jimbek, Jimbowata, Mucha, Misia, jak również Maszcośdobrego, Idziemynaspacer, Chodźnadwór (trzy ostatnie działały chyba nawet niewypowiedziane głośno). O dziwo, zupełnie nie reagowała na Przebrzydłegosierściucha. ;)
Jimbo była nieusłuchanym, samodzielnym, upartym dzikusem i długo myślałam, że nie da się z nią wyjść poza najbliższą okolicę, że genetycznie chyba uwarunkowana mentalność psa podwórkowego nigdy z niej nie wyjdzie. Myliłam się :) Nauka czystości trwała jakieś dwa tygodnie. Okazała się wspaniałą towarzyszką wycieczek, rzadko wymagającą smyczy, czystą i posłuszną. Nigdy nie była psem do przytulania, ale miała silnie rozwinięte poczucie przynależności do stada. Jeździła ze mną wszędzie, była wiele razy nad morzem, była w górach, pływała promem, mieszkała nawet w Szwecji i zawsze była obok. Kiedy robiłam zdjęcia na bloga, czasem właziła w kadr. Gdy kroiłam materiał na podłodze, to łapą pomagała go trzymać. Chętnie dzieliła się cudzym śniadaniem. 
Tresury nie uznawała, na komendę "siad" się kładła, na komendę "leżeć" uparcie stała, na komendę "daj łapę" zaczynała szczekać. :) Ale z drugiej strony - kiedy już była stara i niedołężna i kilka razy jej powiedziałam, że to trochę wstyd załatwiać się na chodniku (aczkolwiek sprzątaliśmy po niej), to później do końca próbowała wdrapać się na trawkę.
Długo była sprawna i niezależna. W zasadzie prawdziwa starość przyszła dopiero w tym roku, grubo po skończeniu przez nią 17 roku życia. Zaczęła chorować, ale była bardzo dzielna, patrzyłam na tę niesamowitą siłę charakteru, wolę życia i głupio mi było narzekać na własny katar. ;) Bardzo byłam z niej dumna. Im bardziej niedołężniała, tym więcej czułości we mnie budziła, tym mocniej chciałam być przy niej. Uparłam się, że pojedzie jeszcze z nami na wakacje, długo szukałam odpowiedniego pensjonatu, żeby mogła pojechać i nacieszyć się nowymi zapachami. Potem jeszcze pojechała na grilla za miasto i próbowała wychowywać młodego psa gospodarzy. Jeszcze udało się odwiedzić z nią nową kawiarnię na osiedlu, posiedzieć na osiedlowej ławce. Wiedziałam, że czas się nam kończy.
Zdążyła skończyć 18 lat. Odeszła tydzień później, 2 stycznia 2019 roku.

Spieszcie się kochać swoje psy, bo one zawsze żyją za krótko.

Ale życie się toczy dalej, chyba znów będę szyć, choć mam nieuzasadniony żal do świata, że już nie muszę sprzątać kudłów z podłogi, żeby w ogóle ruszyć z krojeniem.  Sezon nadal trwa, te zwierzęce wzory i zielenie są naprawdę upajające, a koronki takie romantyczne... Trzeba wrócić do myślenia o błahych rzeczach, już niedlugo wiosna, a blog nie może w nieskończoność porastać kurzem. :)

Trzymajcie się :)



środa, 12 lipca 2017

Migawki z Linköping





Znowu Szwecja!
A przecież mogłam siedzieć w Polsce. Na pewno znalazłoby się mnóstwo spraw, których należałoby dopilnować. O coś się jeszcze postarać. Porobić dobre wrażenie na dowolnie wybranych autorytetach. Ale kiedyś w końcu trzeba powiedzieć sobie dość, spakować walizkę i wynieść się do bardziej przyjaznego środowiska. 

Straciłam rachubę, który to już raz odwiedzam Linköping. Już dawno minął mi pierwszy i drugi zachwyt widokami. Czystością na ulicach. Designem i architekturą. Ogólnym uporządkowaniem przestrzeni. Ale i tak napawam się tym wszystkim  po raz kolejny. Idę osiedlem pastelowych domków wielorodzinnych i po chwili trafiam na zieleń, wodę, nenufary, przysiadam na ławce albo idę dalej do przybrzeżnej kafejki obok śluz na kanale Kinda. Ktoś z obsługi kafejki jednocześnie pracuje przy śluzach, otwiera je dla przepływających żaglówek. Kawa jest zwykła z ekspresu, ale dolewki są za darmo. Mogę też pójść w zupełnie inną stronę, bardziej w stronę centrum miasta, drogą koło budowy i blisko straszliwej wieży ciśnień, położonej na zalesionym wzgórzu. Koło ścieżki rosną jagody, ale małe i kwaśne. Za to kilkanaście metrów dalej dzika wiśnia częstuje zaskakująco słodkimi owocami. Idę dalej, wkraczam na kolejne osiedle, to chyba te, o którym pisał Mons Kallentoft w swoich kryminałach. Osiedle lekarzy, naukowców. Tutaj podobno zadzierają nosa. Idę bez onieśmielenia, znów kolejna rzeczka, przechodzę przez mostki, ktoś ma willę na zboczu, z ogródkiem kończącym się w wodzie. Po drugiej stronie zabudowania wydziału medycznego uniwersytetu i szpital. Skwer z łopianami o liściach kilkukrotnie większych niż jakiekolwiek łopiany w Polsce. Tuż za przejściem dla pieszych jest już ścisłe centrum. Kolejny park...





 







Siedziałam sobie w Espresso House na latte i cieście (mud cake z bitą śmietaną, to takie czekoladowe ciasto z zakalcem, serio ma zakalec :)). Nieopodal siedzieli, hmmm... można by użyć słowa wytrychu - imigranci. Obcojęzyczni, o śniadej skórze. Jeden z nich w pewnym momencie zapalił papierosa, dym był obrzydliwy, zakasłałam. Kątem oka dostrzegłam, że facet zauważył mój niesmak i chyba potem już pilnował, żeby zapach do mnie nie docierał. Miło było.



niedziela, 31 maja 2015

Czy można mieć za dużo wykrojów do szycia?



Kupowanie magazynów z wykrojami jest strasznie przyjemne. Poszłam sobie do miasta i wróciłam z naręczem archiwalnych Burd. I jedną aktualną. :)




Wracam dziś do pewnych rozważań z poprzedniej notki. Ile warto zapłacić za wykrój? Czy taki pojedynczy, pakowany w folię i gotowy do wycięcia jest tani czy drogi? Czy Burda z dziesięcioma wykrojami cudownie rozmnożonymi w dwadzieścia modeli jest tania? Trudno poza tym rozmawiać o tzw. opłacalności, kiedy wiadomo, że ani czas ani fizyczne możliwości nie pozwolą na ich pełne wykorzystanie. Czy ktokolwiek kiedykolwiek uszył WSZYSTKO z pojedynczego numeru Burdy? A jaki procent osób uszył więcej niż jeden model? Być może tylko promil szyjących odpowiedziałoby twierdząco. Niektórzy próbują z tym walczyć, ustalają, że każdego numeru coś uszyją i realizują zamiar, dopóki nie trafią na taką Burdę, w której nic nie odpowiada im gustom. Albo uszyją wtedy coś na siłę, albo złamią postanowienie. Tak czy siak kończą z wyrzutami sumienia.

Po co kupować tyle wykrojów? Wprawdzie nie zawsze płaci się za nie cenę regularną, można zdobyć je stosunkowo tanio na stoiskach z przecenioną prasą i w antykwariatach. Są też aukcje internetowe i portale z lokalnymi ogłoszeniowe, choć czasem oferty osób prywatnych mają niezbyt korzystne ceny. Kiedy byłam w Szwecji, tamtejsze secondhandy były prawdziwymi kopalniami skarbów - zawsze można było znaleźć w osobnym kąciku pudła z pojedynczymi wykrojami Burdy, Stil, Neue Mode, Simplicity, wszystko w doskonałym stanie, czasem nawet nieużywane. Jak tu się nie skusić, jeśli sztuka w przeliczeniu kosztowała 2-3zł? :)Po kilku wizytach miałam już niezłą kolekcję. Do dziś nieużywaną...




A może jednak lepiej nie próbować racjonalizować swojego hobby, jeśli tylko przynosi w ogólnych rozrachunku radość? Dziewczyny zza Wielkiej Wody nie mają dylematów. Powiększają swój szyciowy dobytek i wydaje się, że niezmiernie rzadko mają z tego powodu wyrzuty sumienia. Wyjaśniają to prosto - jeśli kupowanie przedmiotów związanych z hobby nie powoduje zapaści domowego budżetu, to czemu się ograniczać? Ekonomiczne podejście do życia nie zawsze jest właściwe. A granic własnego zdrowego rozsądku nie powinno się wyznaczać na podstawie opinii postronnych obserwatorów. Myślę, że każdy sam umie wyczuć ten moment, kiedy zebrane przedmioty zaczynają człowieka w jakiś sposób obezwładniać. Tak, opłacalność wykrojów kończy się, kiedy zaczynamy ową opłacalność rozważać przy każdej okazji. Na przykład późną nocą na blogu. ;)

Być może za jakiś czas wstanę rano i pomyślę, że wystarczy już gromadzenia. Ale póki co cieszy mnie moja kolekcja.


Koniec rozważań! Czy już wszyscy zauważyli, że spodnie typu dzwony znów stają się modne? Jesienią będzie ich zatrzęsienie, warto je uszyć, zanim zaczną w nim chodzić nawet dzieci w przedszkolu. ;)


Dzwony najlepsze w stylu retro, byle nie z bistoru* ;)

* - bistor - paskudna, poliestrowa tkanina z lat 70, która trwale popsuła poliestrowi opinię, choć swego czasu był na nią szał,o ile wiem. Nie gniotła się i to była jej jedyna zaleta. Moja mama miała kilka ubrań z bistoru, naprawdę nie ma czego wspominać... ;)))



piątek, 26 września 2014

O inspiracji





inspiracja
1. «natchnienie, zapał twórczy»
2. «wpływ wywierany na kogoś, sugestia»

inspirować się
1. «czerpać skądś natchnienie»
2. «inspirować jeden drugiego»

kreatywny
«tworzący coś nowego lub oryginalnego»

Internet jest fajny. Wiadomo, truizmem będzie stwierdzenie, że przy odrobinie wysiłku można znaleźć w nim wszystko. No, prawie wszystko. Bo szukanie natchnienia w sieci bywa zdradliwe. 

Po kilkunastu latach surfowania nabyłam lekkiego uczulenia na słowo inspiracja, szczególnie gdy po raz tysięczny czytam je na tzw. blogach kreatywnych. Ktoś się zainspirował i zrobił Coś, po czym w niezwykle twórczy sposób opisał swoje wiekopomne dzieło w krótkiej notce okraszonej obowiązkowo milionem zdjęć (najlepiej w efektem makro). "Zainspirowałem się Tym" czytam i klikam w link, a tam bliźniaczy pierwowzór Cosia i w tym momencie zaczynam się zastanawiać, czy nie uczciwiej byłoby napisać "Postanowiłem skopiować To i zrobić dla siebie Cosia, bo pomysł jest świetny"? I tak dobrze że jest podane źródło inspiracji, bo ludzie potrafią pokazywać swoje prace bez zająknięcia się, że wcześniej przestudiowali czyjś podobny w formie dorobek. ;)

Nie chcę zajmować się w tym poście plagiatami, bo to nie ma nic wspólnego z twórczością. My wszyscy wzajemnie na siebie wpływamy i ulegamy wpływom, bardziej lub mniej świadomie. Chodzi o to, że używając tylko i wyłącznie internetu do szukania natchnienia, wszyscy w pewnym momencie zaczynamy pisać podobne posty i pokazywać podobne rzeczy. Brakuje nam szerszego spojrzenia. Dawno temu dyskutowałam na pewnym forum właśnie o inspiracji i napisałam wtedy, że najlepiej, gdy przychodzi z miejsc najmniej oczywistych. To ćwiczenie umysłu i kojarzenie rzeczy z najróżniejszych dziedzin, oderwanie się od oczywistości. Krytyczne podejście. Solidna podstawa w postaci obejrzanych filmów, przeczytanych książek i odwiedzonych muzeów. Moją opinię podtrzymuję, szczególnie teraz gdy mam na co dzień kontakt z osobami zręcznie kopiującymi trendy w sytuacji, gdy powinny je wyznaczać (a przynajmniej się starać je wyznaczać). Ale czy to ich wina? Czy szkoły (nie tylko artystyczne) uczą kreatywności? Ponieważ sama studiowałam artystyczny kierunek, mogę stwierdzić, że bywa z tym ciężko. A internet i bogactwo jego zasobów pomaga ale w końcu odbije się czkawką.


No, ale przecież w internecie znalazłam listę "33 sposoby by pozostać kreatywnym", jest fajna i z pewnością wszyscy ją już znają, bo sieć to jedna, globalna wioska. :) A gdyby komuś było mało, to tutaj znajdzie 70-punktową listę autorstwa bardzo sympatycznego pastora.

Miłego weekendu!





wtorek, 4 marca 2014

Mały triumf





4,77 

Taką średnią udało mi się zdobyć na studiach w minionym semestrze. Jak na politechnikę to chyba całkiem nieźle? 
Ale ja mam włókiennictwo w sercu i genach - po rodzicach, babci... i teściach. ;)


Mam nadzieję, że to wystarczy za usprawiedliwienie, czemu na blogu było cicho jesienią i zimą...



piątek, 2 sierpnia 2013

Co nowego u Tfurczego cz.2



Nadrabiam zaległości. :)

1.
Eduszka jakiś czas temu zaprosiła mnie do zabawy pod tytułem "pokaż, co masz w torbie". A co mi tam, pokazuję:




Tak wygląda zawartość, kiedy wyruszam z domu. Zasadniczo potrzeba mi jedynie portfela, wizytownika, komórki i kluczy. Zamiast kosmetyczki najczęściej wystarcza mi sama pomadka lub błyszczyk, smyczy i obroży moja psica zazwyczaj nie potrzebuje (i dlatego całość oprzyrządowania zalega mi w torbie a nie na psie, ha, ha). Ostatnio rezyduje u mnie również ulotka z uczelni, którą złapałam żeby sprawdzić jak reklamują mój wydział (całkiem fajnie). 
Za to kiedy wracam, to często dźwigam jakieś łupy i wtedy robi się ciekawiej:




Dziś akurat napadłam na hurtownię pasmanteryjną, bo okrutnie brakuje mi różnokolorowych nici do maszynowego haftowania, a skoro już kupowałam nici, to i wzięłam paczkę szpilek (stare zrobiły się tępe) oraz kolorowe szydełka (bo były śliczne). Bardzo oszczędne zakupy zważywszy, ile rzeczy jeszcze wpadło mi w oko podczas przeglądania kilometrów regałów... :)))

Czasem bywają w torbie książki, gazety, czytnik, leki przeciwbólowe (właśnie kupiłam Ibum), chusteczki higieniczne... i to chyba wszystko. Ach, bywa też oczywiście aparat fotograficzny!


2.
 Od Iwony Dohrmann z blogu Ja, Szycie i Paragwaj dostałam znane wyróżnienie:




Tym razem nie ma żadnych pytań i nawet nie trzeba nikogo nominować, co mnie cieszy, bo mam z tym zwykle wielki problem. Niemniej jednak dziękuję ślicznie za na nagrodę i zapraszam do czytania bloga Iwonki - jest mnóstwo ciekawych opowieści o Paragwaju, są tutoriale szyciowe i śliczne rzeczy uszyte przez autorkę - polecam!


3.
Na koniec melduję, że skończyłam trzecią torbę z haftowanym motywem na przodzie (poprzednie można zobaczyć tu i tu). Niestety na dowód mam jedno kiepskie zdjęcie, albowiem nie było czasu na zwyczajną sesję; zaraz po zamocowaniu ostatniej nitki torebka pojechała w roli prezentu na imieniny - i wzbudziła radość! Może więc zweryfikuję pogląd, że własnoręcznie wykonane prezenty są kiepskim pomysłem?




Ten, kto zagląda na Tfurczy Instagram, wie już od kilku dni, że tworzą się kolejne wzory, a dziś i na Instagramie i na Facebooku pojawiły się kolejne szybkie fotki, więc z pewnością temat torebek nie jest zakończony i między innymi dlatego jechałam dziś do hurtowni po nici. :) Osobiście uwielbiam chodzić z moim egzemplarzem i mam nadzieję, że i kolejne modele znajdą zadowolone właścicielki (lub właścicieli, bo niby czemu nie?).

Miłego weekendu!



sobota, 6 lipca 2013

Sobota pracująca



Ostatni tydzień pełen był zdarzeń, przemierzyłam w interesach połowę Łodzi i chyba jedynie wygodnemu obuwiu (klapkom z Carrefoura za okrągłą dyszkę;)) zawdzięczam fakt, że dziś, w sobotnie popołudnie, nie leżę bezwładnie na kanapie, ale wciąż kręcę się po mieszkaniu i próbuję ogarniać większe i mniejsze sprawy. Lipiec okazuje się miesiącem kiełkowania nowych szalonych planów, które jeśli wejdą w życie, na pewno w pewien sposób odcisną swoje piętno na blogu. Ale na pewno w sposób pozytywny! Tymczasem jednak, w małej przerwie między poważnymi decyzjami, mam ogromną ochotę po prostu coś uszyć. Coś prostego, co będzie adekwatne do panujących upałów i niewymagające myślenia w szyciu - albowiem mój mózg uznał, że myśleć mu się nie chce, bo jeszcze się w życiu nagłówkuje. ;)))
Znów wzięłam na warsztat wykroje Anny Mody na Szycie, gdyż wydają się właśnie takie relaksujące - a poniższe sukienki wyglądają, że podczas ich szycia można nawet uciąć sobie drzemkę. Oczywiście żartuję, jednak kiedy przeczytałam w instrukcji, że z tył jest zmarszczony na gumce, wiedziałam, że jedyna potencjalna trudność - dopasowanie do figury - przestaje być zupełnie problemem.


Najciekawszy wydaje się model 14 ze względu na oryginalną  formę ramiączek.


Z czeluści szafy wyciągnęłam przejrzyste, wiskozowe żorżety. Pierwsza - półnagie panie wśród róż na czekoladowym tle - jest dosyć ekstrawagancka. Szczególnie jeśli człowiek planuje ubrać się w taką sukienkę na spotkanie z bardzo poważnym gronem naukowców. Z drugiej strony akurat oni powinni docenić takie ciut szalone wzornictwo! ;D Dodatkowym atutem jest fakt, że w czekoladowym brązie jest mi całkiem do twarzy. Minus - prawdopodobnie tkaniny jest za mało o 20cm.


Modelki wyglądają troszkę retro.


Druga wiskoza jest bombową mieszanką energetycznych barw i z pewnością nikt mnie w takiej sukience nie przeoczy. Czy to zaleta czy wada? Na pewno lepiej przed wyjściem z domu dopracować stylizację i dodatki, bo marne szanse na anonimowe przemknięcie w tłumie szaraków.
Tej tkaniny mam wystarczająca ilość.


Te kolory mają duuużo kalorii!





Którą wybrać?  A może uszyć dwie sukienki? Tak nieambitnie wykorzystać wykrój dwa razy i nie bawić się w przekraczanie kolejnych krawieckich granic w kolejnym modelu z miliardem szczypanek, zaszewek i baskinką na dodatek. :) Mój wewnętrzny leniwiec jest na tak!

Przy okazji - chciałam się pochwalić piękną ceratką z Jyska. Już leży na stole i pracuje jako tło do zdjęć. Szkoda, że nie mam podobnej tkaniny. :)





niedziela, 9 czerwca 2013

Zmagania z perfekcją



Prawie zawsze mam ambiwalentne odczucia względem projektów, które właśnie skończyłam, niezależnie czy chodzi o gotowanie zupy czy szycie ubrania. Rzeczywistość rzadko w stu procentach odpowiada początkowym wyobrażeniom, czasem w trakcie pracy trzeba zmienić założenia (bo zabrakło marchewki do zupy albo nie można znaleźć odpowiedniej podszewki) i spódnica musi mieć inne wykończenie), a czasem bierze górę niecierpliwość, zmęczenie, brak motywacji, znudzenie... wszelkie te powody, które mieszają w głowie odbierają pewność ręce i skutkujące czasem słabo przyprawionym daniem, a czasem krzywym szwem.

Bliscy najczęściej nie rozumieją moich uczuć. Zupa jest smaczna a spódnica śliczna. Nie słuchają moich tłumaczeń, że "miało być inaczej", albo "popatrz, przecież tu ewidentnie poszłam na łatwiznę i słabo to wygląda", kończąc na quasi błagalnym "NAPRAWDĘ TEGO NIE WIDZISZ???". Ano, okazuje się, że nie widzą a ja dowiaduję się, że przesadzam z samokrytyką i powinnam w końcu odpuścić. Ale czy na pewno?

Jesteśmy wszyscy przyzwyczajani do obniżania jakości. Gotujemy z łatwych w obróbce półproduktów i zapominamy, że istnieją świeże zioła i warzywa, które mogą się obejść bez vegety. Tysiące sieciówkowych marek osiąga olbrzymie dochody, choć oferują ubrania słabej jakości, zarówno jeśli chodzi o tkaniny, z których są szyte, jak i samą jakość szycia.  Z jednej strony, to nie jest całkiem złe zjawisko, bo kiedy widzimy, że coś możemy osiągnąć stosunkowo niskim kosztem - wydziergać szalik, upiec francuskie rogaliki z gotowego ciasta - to chętniej to robimy a łatwość pokonania pierwszej poprzeczki podtrzymuje zainteresowanie samodzielnym robótkowaniem. Z drugiej strony - czy istotą rękodzieła nie jest staranność wykonania, jakość nieporównywalna z fabryczną i pewna unikalność wywodząca się z charakterystycznych cech naszej osobowości? Dążenie do ideału jest chyba wpisane w image twórcy.

Wysoko postawione cele mogą demotywować i często cierpię z tego powodu ;)  ale ulgę przynosi zmiana podejścia. Twórczość (tfu! rczość;)) powinna być swoistą ścieżką rozwoju. To  wyimaginowane dzieło, które zrobimy za rok, na pewno będzie lepsze niż to, które tworzymy dziś. Natomiast dziś jesteśmy lepsi niż wczoraj a nasze dzieło jest po prostu dokument z chwili obecnej. Nie musi być lepsze, bo jest wystarczająco dobre. :) Z biegiem czasu będziemy coraz bogatsi w wiedzę i doświadczenie. Ułóżmy własny, prywatny system ISO, którym będziemy oceniać jakość naszych prac, ale bez nadmiernej presji. W końcu, jak mawiał Bernard Shaw, ideały są jak gwiazdy - jeśli nie można ich dosięgnąć, trzeba się przynajmniej według nich kierować. :)

A tymczasem zdjęcia spódnicy kloszowej w trakcie szycia. Kupiłam jakiś czas temu w internecie kupon wiskozowego szantungu, który  na żywo okazał się inny, niż się spodziewałam. To znaczy - szukałam tkaniny identycznej do szantungu, który już posiadałam, ale mój miał w składzie wiskozę z lnem i lajkrą a ten miał wiskozę i lajkrę bez lnu... Przeoczyłam ten drobiazg i po obejrzeniu nabytku na żywo musiałam zarzucić pomysł na spódnicę z zakładkami - bez lnu tkanina nie ma ciężaru i zakładki nie spływałyby po figurze wystarczająco gładko (choć generalnie szantung i zakładki nie wykluczają się wzajemnie, jednak moja wizja miała swoje założenia). Tkanina poszła na półkę aż po dwóch miesiącach wróciła, by stać się spódnicą z pełnego klosza - tu jej lekkość nie będzie przeszkadzać, bo klosze mogą mieć pewną objętość i nie dodają tym kilogramów.

Jednym słowem, moje standardy ISO bardzo surowo określają dobór tkaniny do projektu. ;) A spódnica zapowiada się niezwykle prosto i zwyczajnie, choć postanowiłam nie wykańczać jej zygzakiem w żadnym miejscu - używam tylko ściegu stębnowego, stosuję szwy francuskie i inne sposoby ukrycia ciętego brzegu.
Oczywiście już teraz marudzę, bo coś poszło nie całkiem prosto...








Przy okazji prezentuję nowe tło zdjęć, czyli świeżo złożoną szafę z wyszukanym w necie gałkami ceramicznymi wymalowanymi w pastelowe kropki. Sama takie gałki wymyśliłam i wyjątkowo zrealizowany pomysł mi się podoba! 


czwartek, 21 marca 2013

Urodzinowo czyli LIEBSTER BLOG



Uważam się za wyjątkową szczęściarę, bo mam wyjątkową datę urodzin, która przypada dziś czyli w pierwszy dzień wiosny. :) Częściej dostaję życzenia właśnie z powodu zmiany pory roku niż ukończenia kolejnego roku życia - to nasz rodzinny standardowy żarcik, choć każdy wie doskonale, ile mam  lat.  
Dziś również złożono mi gratulacje z okazji wiosny i zupełnie nie przeszkadza nikomu  fakt, że w Łodzi szaleje śnieżyca! :D

A skoro już świętuję, to jest chyba dobra okazja, żeby w końcu odpowiedzieć na wyróżnienie Liebster Blog, którym niezwykłą przyjemność sprawiła mi Choco.

Zasady:
"Nominację otrzymuje się od innej osoby blogującej za "dobrze wykonaną robotę". Otrzymują ją osoby, które na swoim blogu nie mają zbyt dużej liczby obserwatorów. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez nominującego. Następnie ty nominujesz 11 osób i zadajesz 11 pytań. Koniecznie poinformuj nowe osoby nominowane. Warunek: nie wolno nominować osoby od, której otrzymało się wyróżnienie."


No to odpowiadamy:


  1. Co lubisz najbardziej szyć?
    Ostatnio śmiałam się do męża, że powinnam zatrudnić się w zakładzie szycia firanek. Lubię szyć długie szwy, lubię w trakcie słuchać silnika maszyny, terkot igły działa na mnie relaksująco. Płynna praca mechanizmu jest jednym z argumentów przy wyborze nowej maszyny!
    A poza tym lubię szyć poszewki i spódnice. A niedługo mam nadzieję zacząć zgłębiać tajniki patchworku, bo spróbowałam  free motion quilting i szalenie mi się spodobało.

  2. Jak nauczyłaś się szyć? 
    Pojęcia nie mam! To przyszło całkowicie naturalnie, bo wiele osób w rodzinie szyło. Moja babcia Helena (mama mojej mamy) była dobrą krawcową, mama wiele opowiadała o sukienkach, jakie dzięki niej nosiła. Ja niestety babci nie zdążyłam poznać, bo zmarła przed moimi narodzinami, ale w czeluściach szafy trzymam jedną z tych sukienek, granatową princeskę z kołnierzykiem obszytym białą koronką. Oprócz sukienki odziedziczyłam też geny, bo w rodzinie jestem pod względem urody porównywana do babci Heleny.
    Kiedy babci zabrakło za szycie wziął się mój tato - tak, to ojciec (nie mama) był czołowym krawcem w czasach mojego dzieciństwa. :) Do szycia nie potrzebował Burdy tudzież innych żurnali - albo kopiował gotowe ciuchy albo tworzył je od zera. Był REWELACYJNY! Moja kuzynka (też krawcowa, a co!) zawsze chwaliła jego dzieła, bo były po prostu perfekcyjne. Równiutkie szwy, staranne wykończenie, piękne tkaniny wyciągane nie wiadomo skąd - nie znam nikogo, kto by szył jak tato i pamiętam, że wiele osób zazdrościło mamie, siostrze i mnie naszych ubrań. Pamiętam też, że kiedy szył, ja sterczałam obok i gapiłam mu się na ręce a czasem kiedy wstawał, siadałam na jego miejscu i udawałam, że nie ruszam niczego (ale ruszałam, oj, ruszałam :)). Aż w końcu kiedyś tato pozwolił mi coś uszyć. A ja siadłam i uszyłam - ku zdumieniu rodziców wyprodukowałam dość prosty szew i nie przeszyłam sobie przy tym palca (czego ponoć przy podobnej próbie dokonała wcześniej moja starsza siostra). I tak szycie zagościło w moim życiu na stałe. To, czego wypatrzyłam u taty, procentuje do dziś, choć nie jestem tak dobra jak on. Jedno wiem, żaden podręcznik i żaden tutorial w internecie nie zastąpią nauki na żywo i prawdziwego mistrza,  nawet jeśli polegała ona na zwykłej obserwacji.

    Kilka tygodni temu tato zmarł po krótkiej lecz ciężkiej chorobie...
     
  3. Co najbardziej irytuje cię w szyciu?
    Ho, ho, a co mnie nie irytuje? ;) Najbardziej nie znoszę kopiować wykrojów i wycinać części z tkaniny. Irytuje mnie też własna niecierpliwość, kiedy jestem głodna i kiedy szwy nie stykają się w jednym punkcie.
    Kiedy maszyna nie jest potulna jak owieczka i pracowita jak osiołek... mój sprzęt musi być zwarty i gotowy na każde wyzwanie. :) I jest!

  4. Jaka jest twoja pierwsza myśl po przebudzeniu?
    Ha, ha... "Ciekawe, czy znów zaspałam?..."

  5. Psy, czy koty?
    Koty są fajne, ale moje serce oddałam psiakom. A szczególnie mojej rozpieszczonej gwieździe:





    Jimbo niedawno skończyła 12 lat i wciąż szaleje jak szczeniak! Jest jedynym stworzeniem, któremu dziś zupełnie nie przeszkadzał śnieg. Wręcz przeciwnie, wytarzała się w nim trzykrotnie! Kiedy na nią patrzyłam, to i mnie śnieg zaczął się podobać. ;)
    Nazywanie jej męskimi imionami również nie stanowi dla niej problemu, więc ostatnio nazywam ją Pimpek.

  6. Czy lubisz czytać książki?
    Kocham i ubóstwiam! Czytałam już zanim poszłam do szkoły i bez książek nie wyobrażam sobie życia. Mój mąż dziś podarował mi czytnik ebooków - w trosce o moje oczy (jestem okularnicą)... i pewnie też o miejsce w mieszkaniu (książki zajmują już całą ścianę w pokoju i wciąż ich przybywa!).

  7.  Twoje hobby (oprócz szycia)?
    Ojej, dużo tego jest. :)
    - moja psica;
    - dziergam i szydełkuję równie długo, jak szyję, ale tych rzeczy  uczyła mnie siostra i mama ;)
    - interesuję się szeroko pojętym designem i sztuką, to niezwykle ubogaca każdą część mojego życia i rozszerza horyzonty;
    - kocham muzykę - popularną i klasyczną a kiedyś pisałam piosenki i śpiewałam :)
    - namiętnie oglądam serial CSI Las Vegas :)
    - ostatnio pochłaniam wiadomości na temat Holocaustu i eksperymentów pseudomedycznych przeprowadzanych w obozach koncentracyjnych;
    - ... i o torturach ostatnio czytuję i o kwalifikowanych karach świerci z dawnych czasów...
    - wprost pochłaniam Viasat History, szczególnie nocami (a rano... "znów zaspałam"... ;))
    - kiedyś interesowałam się mitologią grecką i rzymską a ostatnio kupiłam książkę o życiu codziennym ludzi w czasach antycznych (i widziałam kilka świetnych programów na Viasat)
    - grywam w gry komputerowe, najczęściej cRPG, moim ideałem jest gra z 2002 roku - Elder Scrolls III Morrowind, grywałam również w gry przeglądarkowe (Ogame) i nie byłam pokojowo nastawionym graczem ;) Simsy nie są dla mnie, ja muszę ratować świat i machać mieczykiem albo strzelać plazmą...
    - maszyny do szycia! mam ich 5 sztuk i wszystkie są fantastyczne;
    - czytanie oczywiście;
    - latem uprawiam roślinki na balkonie;
    - czasem odnawiam meble;
    - czasem produkuję własne kosmetyki, głównie do włosów
    - kocham Łódź i jej historię, to wyjątkowe miasto:)
    - fascynuje mnie ludowość, nie tylko polska
    - lubię podróżować i mam to szczęście, że dość często wyjeżdżam
    - no i oczywiście kocham włókiennictwo i wszelkiego rodzaju tekstylia - fascynacja obejmuje wszystko, od budowy włókna do rodzajów maszyn włókienniczych.

    Na pewno o czymś zapomniałam!

  8. Opisz siebie w kilku zdaniach.
    Hmmm, właściwie wiele już o sobie napisałam w poprzednich punktach. :) Jestem żoną mojego męża, opiekunką mojego psa, synową, ciotką, przedsiębiorcą i człowiekiem przywiązanym do własnej niezależności.

  9. Czego nie lubisz robić?
    Wcześnie wstawać. Chować suchego prania do szaf. Odbierać telefonów ;(

  10. Grasz w jakieś gry komputerowe?
    Mam całą kolekcję gier dzieloną z mężem. Obecnie mam zainstalowane Elder Scrolls IV Skyrim. Dawno nie odpalałam. Kiedyś grałam w Heroes of Might & Magic, Fallouta, Baldur's Gate'a, Gothica, jakieś przygodówki (Syberia). Najlepszy jest Morrowind. :)

  11. Gdzie lubisz jeździć na wakacje?
    Wszędzie! Ostatnio miałam wiele stresów i najchętniej spędzałam czas leżąc plackiem na plaży, ale to nie reguła. Bywały wakacje spędzane bardziej aktywnie. Oboje z mężem lubimy odwiedzać nowe miejsca i poznawać świat z różnych stron. A nic tak nie edukuje człowieka jak podróże.

 Nie wiem kogo nominować, bo rzadko zwracam uwagę na liczbę obserwatorów, skupiam się na zawartości merytorycznej bloga. :)


 A swoją drogą... Jestem szczęśliwa, że mam tylu obserwatorów, ilu mam. Wydawało mi się, że to dużo. :) Nigdy też nie starałam się promować bloga, właściwie jedyne, co robię, to wrzucanie linku do podpisu na forach - jeśli ktoś skorzysta, bardzo się z tego powodu cieszę. A jeszcze bardziej, gdy moje posty okażą się w jakimś stopniu przydatne! Jeśli są, to zadanie bloga jest spełnione. Dziękuję wszystkim obserwującym i wszystkim, którzy wchodzą jedynie poczytać, wszystkim, którzy piszą do mnie maile i wiadomości na Facebooku.

Ta dam, koniec posta!





wtorek, 11 grudnia 2012

Co nowego u Tfurczego



Takie tam pogaduszki do poduszki.*

1.
W poprzednim poście chichotałam nad pomysłem własnych metek, tymczasem już od kilku miesięcy (od kwietnia?) noszę w torbie prawdziwe, papierowe wizytówki bloga. :D

Ponieważ regularnie zbieram od najbliższych cięgi za niepokazywanie swojej tfurczości, więc co mi tam - pokazuję: 




Często zdarza mi się tak, że planuję wykonać jakąś rzecz i nawet ją robię... i NAWET w pewnym momencie uznaję, w przypływie ciepłych uczuć do siebie, że nieźle mi wyszło... Ale zanim dochodzi do sesji zdjęciowej mija trochę czasu i nagle okazuje się, że dziełko nie jest takie świetne. Że zmieniłabym kilka szczegółów a czasem i trzy czwarte. W końcu dochodzę do wniosku, że wyprodukowałam crapa nienadającego się do publikacji. ;) 
Ale przynajmniej mam uczucie, że nie stoję w miejscu. Tkwię w wiecznym, niekończącym się procesie. Ruch zmiana i ciągła nauka, ciągłe eksperymentowanie. Te wizytówki rozdam, a potem zrobię nowe. Lepsze! 


2.
Z Allegro przyszła haftowana bawełna z wiskozą: 




Będzie z niej spódnica z fartuchem. I może z kieszeniami. Cały czas chodzą mi po głowie ludowe klimaty, ale nie chcę kopiować tradycyjnych strojów, to ma być dość luźna interpretacja. 

I chyba moje zabawy z tradycją wiejskich tekstyliów się podobają, bo ludzie chcą też oglądać moje haftowane poduszki.. Już dawno na Facebooku obiecywałam kolejne w stylu takim jak poduszka z tego posta. Mam je na półce, od dawna są gotowe. I jeszcze ich nie znielubiłam, więc będą na blogu na pewno. ;)


3.
W poprzednim poście wspominałam, że podoba mi się ikeowska tkanina Malin Sten? Sprawiłam sobie na Mikołajki 6 metrów i w dwa wieczory uszyłam zasłony. Najdalej jutro powinny zawisnąć w salonie a potem... rozpocznie się bitwa o dobre zdjęcie w zimowym świetle. A nuż wyjdzie słońce? 
Czego i sobie i czytelnikom życzę. :)


Dobranoc, pchły na noc! **


* wierszokletka też poetka ;)
** post sponsorowany przez Rym Częstochowski  spółka z o.o.!

wtorek, 10 lipca 2012

Hälsningar från Sverige



Pamiętam pierwszą podróż za Bałtyk. Zjechałam z mężem z promu w świetle dogasającego, kwietniowego dnia i ruszyliśmy w głąb Szwecji nie do końca pewni, co nas czeka. Czy nam się tutaj spodoba? Skandynawia nigdy nie zaprzątała moich myśli, marzyłam raczej o podróżach w zupełnie innym kierunku, do Hiszpanii, USA, Kanady, Meksyku... Nie wiedziałam nic o naszych zamorskich sąsiadach, kiedy nagle zapadła decyzja o wyjeździe. Owszem, czytałam w dzieciństwie Astrid Lindgren i "Dzieci z Bullerbyn", oglądałam "Emila ze Smålandii", bawiłam się świetnie, ale ta prawdziwa Szwecja, rzeczywista nie literacka, wydawała się bardzo obca.

Pierwsze zauroczenie dopadło mnie po godzinie pobytu, w drodze do Linköping, tajemniczego (wtedy) miasta położonego 200km na południowy zachód od Sztokholmu. Zapadł zmrok i nagle w oknach mijanych domów zapaliły się lampki. Mnóstwo lampek! Oto Szwedzi, zgodnie z legendą, zapalili światła dla zagubionych wędrowców. Fantastyczny  (i całkiem zrozumiały) zwyczaj w kraju, który przez większą część roku cierpi na niedostatek słońca a nawet normalnego światła dziennego. I jaki miły dla podróżnika (nawet jeśli ma mapę i nie grozi mu atak dzikich zwierząt;)).
Podczas tych pierwszych, dziewiczych chwil na szwedzkiej ziemi, nie rozumiałam jeszcze czym jest światło dla Szweda*, ale zachwycona zapamiętałam tę niespodziewaną iluminację i skopiowałam we wszystkich kolejnych mieszkaniach, w jakich przyszło mi żyć. I szwedzkich i polskich.

Potem było jeszcze wiele podróży, wiele zaskoczeń. 

Tyle wspomnień, bo tymczasem znów opuściłam Polskę i w tej chwili stukam w klawisze w moim Linköping.
Tym razem wypadłam nieco z rutyny planowania i pakowania manatków, bo zaszło kilka zmian: po raz pierwszy w podróż wybierałam się z Jimbo i ją również musiałam spakować. Ta gwiazda nie rusza się bez własnych misek i własnego ręcznika! A na dodatek wymaga wygodnego miejsca w samochodzie, co automatycznie ogranicza miejsce na mój bagaż. ;O
Po drugie, wymyśliliśmy z małżonkiem, że tuż przed podróżą do Szwecji spędzimy tydzień urlopu na polskich plażach i ruszymy na prom bez zawracania do Łodzi, co wiązało się z podwójnym pakowaniem - potrzebny był dodatkowy, mały bagaż na wakacje. Wybór ciuchów okazał się średni, bo oczywiście było chłodniej niż oczekiwaliśmy, ale niektórzy nieźle wypoczęli:





Moja psica pogodzona z myślą, że morze musi być mokre a piasek włazić w ślepia.


 Po trzecie i chyba najważniejsze: dwa miesiące temu uparłam się, że muszę mieć nową maszynę do szycia, bo stara ma za mało bajerów, zatem przez szereg tygodni  95% zasobów umysłowych zajmowało mi wybieranie odpowiedniego modelu; okazało się, że nic nie jest proste i nawet jeśli człowiek ma większą swobodę finansową i może wybierać wśród szeregu różnych marek, to nie znajdzie maszyny idealnej a na koniec i tak najlepsza okaże się ta zbyt droga. ;D  Oczywiście maszyna miała mi towarzyszyć w podróży i tu sprawa dodatkowo się komplikowała - głównie ze względu na wyżej wspomniane ograniczenie miejsca w aucie odpadały wielkie kolubryny z długim ramieniem (dziękuję ci, podła psico ;)). Koniec końców zamiast jednej kupiłam dwie maszyny (hmmm:)) a historia z nimi związana jest zbyt długa, by zamieszczać w jednym poście; tak czy siak zamiast pakować manatki głowę miałam pochłoniętą janomkami, pfaffami, berninami, etcetera i kiedy nadszedł dzień wyjazdu okazało się, że nie mam zielonego pojęcia, co z resztą bagażu, bo ciężko wyjeżdżać z planem, że "wszystko sobie uszyję na miejscu". Mąż złośliwie podpytywał "a wiesz chociaż, którą maszynę zabierasz?' Owszem, tego jednego byłam dość pewna. ;P

W końcu jednak udało się wszytko pozapinać na ostatni guzik i ruszyliśmy w drogę; wakacje były świetne, plaża tuż przed sezonem świeciła pustkani i dawała poczucie intymności, Bałtyk podarował maleńkiego bursztynka! a potem przyszła pora na przekroczenie granicy i Szwecja powitała jak zwykle ogromem spokoju i zrównoważenia (tylko czy kraj może być zrównoważony?;)).
I to był pierwszy raz, kiedy mieliśmy dziwne poczucie, że z domu (w Łodzi) wracamy do domu (w Linköping). Miłe. Tylko pies był lekko zdezorientowany...

Oto osiedle, gdzie obecnie przebywam, centrum miasta:




Moja prywatna tradycja polega na tym, że podczas każdego pobytu kupuję sobie kubek na kawę. Za każdym razem inny, ale zawsze w tym samym markecie (ICA Maxi). Potem kubek zabieram do Polski i używam do następnej wizyty w Szwecji. Poprzedni kubek pokazywałam już na blogu - wystąpił w poście "Babcia będzie dumna!' Tym razem mam taki:




Kawa smakuje dobrze. Jestem w domu.
Pozdrowienia ze Szwecji!

*Zrozumiałam rok później, w lutym, kiedy dzień trwał dwie godziny a brak słońca spowodował u mnie dosyć dużą depresję. Od tamtej pory KOCHAM światło. Bez niego nie ma życia.


wtorek, 8 listopada 2011

Mmm, herbatka!



Kto by przypuszczał, że mogę mieć szczęście w losowaniu?
Okazuje się, że szczęście sprzyja tym, co grają, a ja w niedawno zakończonej na blogu YarnAndArt candy wygrałam kubek z Bolesławca. :)




Drugie zaskoczenie przeżyłam, gdy okazało się, że w paczce kubkowi towarzyszą saszetki owocowych herbat i słodkości na deser. Ach, jak przyjemnie. :)




Ceramikę bolesławiecką zna chyba każdy, nawet jeśli nie kojarzy nazwy. Nie jest to wzornictwo uniwersalne i dla każdego, bywa ładniejsze i brzydsze, ale ma swój urok i warto je doceniać. Swoją drogą kiedy bywałam w Szwecji, w tamtejszych galeriach niejednokrotnie widziałam o wiele gorszą ceramikę. Różnica polegała na tym, że za granicą tradycja, nawet jeśli wywodzi się ze wsi, nie stanowi powodu do wstydu. ;) My też powinniśmy doceniać i chwalić się naszymi wyrobami.
Mój wygrany kubek szalenie mi się podoba a herbata pita z niego smakuje wybornie. :) DZIĘKUJĘ!




Linki:

Historia candy:
Garść informacji o ceramice bolesławieckiej:



piątek, 20 maja 2011

Pofejsbukujemy?

Post czysto informacyjny. Dziś powstała na Facebooku strona "Tfurczy blog". Posłuży przekazywaniu drobnych treści, linków, newsów, zdjęć, luźnych refleksji i materiałów, które z różnych przyczyn nie trafiły na bloga. Będzie miło i przyjemnie i obiecuję, że i tam czytelnik zainteresowany szeroko pojętą sztuką tekstylną znajdzie coś interesującego. :) Zapraszam.

Link: Tfurczy blog na Facebooku

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Dzień dobry



Co można robić mieszkając w mieście Łodzi? Zajmować się nićmi, jakby inaczej. ;)