Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2020

Noś dres, dres fajny jest



Okazało się ostatnio, że nie mam żadnej obszernej bluzy dresowej, takiej typu oversize. Kiedyś jakieś bluzy szyłam, nawet gdzieś wiszą na blogu, ale to było dawno i nieprawda, poszły sobie do szyciowego nieba, czy gdzie tam chodzą niechciane ciuchy DIY. W ogóle średnio bluzy lubię, a kiedyś gdyby ktoś mi zasugerował noszenie dresów, to możliwe, iż bym go zabiła perlistym śmiechem. 

No, ale czasy się zmieniają, więc uszyłam sobie bluzę. Wybrałam model okładkowy z Szycia Krok po Kroku 3/2019. Model prosty jak budowa cepa, a najpiękniejsze w nim było to, że nie musiałam wykroju odrysowywać z arkusza, ale wycięłam go po prostu. Co przy moim poziomie energii i tak trwało jakąś godzinę.




Zamówiłam sobie z netu czarną dresówkę z przydomkiem PREMIUM, no i przyszła w kolorze wyblakłej szmaty, aczkolwiek była również gruba i mięsista. Taka, powiedziałabym, bazarowa. Przy okazji okazało się, że przesyłkę mi okradziono z dedykowanego ściągacza, co zainteresowało jedynie InPost, zaś sprzedawcy w ogóle. Na szczęście miałam odpowiedni ściągacz w domu, choć ten ukradziony byłby fajniejszy, bo miał złoty pasek...
I uszyłam bluzę, o taką:




Przy okazji chciałabym pogadać o kolorach.

Otóż, jak wielu czytelników wie, jestem włókiennikiem i zajmuję się szmatami nie tylko hobbistycznie. Jednak moją specjalizacją nie jest tkactwo czy dziewiarstwo, ale wykańczalnictwo. Przez kilka ostatnich lat przerobiłam parę fajnych sposobów na barwienie i utrwalanie barwnika na powierzchni włókien, a także nauczyłam się, co można zrobić, by ten barwnik potrwał trochę dłużej na włóknie niż do pierwszego prania. Dlatego z pewną przykrością patrzę na materiał, który powinien być CZARNY, a jest czarny w tym spranym odcieniu czerni, który sugeruje, że:
  1. użyto taniego, popularnego barwnika, który nigdy nie złączy się trwale z włóknem bo nie tworzy z nim odpowiednio mocnych wiązań chemicznych;
  2. prawdopodobnie nie utrwalono barwnika odpowiednim środkiem powierzchniowo czynnym przed praniem.
I tak sobie myślę, że byłoby możliwe wyciągnięcie z tej dresówki o wiele głębszego koloru czerni. Ale wiem też, że jestem czepialska baba i najprawdopodobniej z ekonomicznego i praktycznego pinktu widzenia, ta dresówka pod względem koloru jest wystarczająco dobra. W końcu sama ją kupiłam i nie odesłałam (choć miałam ochotę). :)

A teraz kolejna ciekawostka. Czy widzicie, że kolor ściągacza różni się od koloru dzianiny?




No dobrze, na zdjęciu tego nie widać za bardzo. Dresówka jest bardziej zielona a ściągacz bardziej niebieski. :) 

W przemyśle ocenianie różnicy odcienia tego samego koloru, a także wypracowanie powtarzalności dokładnie tego samego wybarwienia na różnych materiałach ma ogromne znaczenie. Wyprodukowane kolejne partie danego koloru muszą być identyczne! Ale czasem trudno to osiągnąć po prostu z braku odpowiednich warunków i zaplecza laboratoryjnego, jednak nie jest to niemożliwe. Sama opracowywałam recepturę wybarwienia dla poliamidu na podstawie... kartonowego wzornika. I musiałam polegać tylko na własnym wyczuciu oraz własnym oku. :) Normalnie wstępną recepturę opracowuje program komputerowy, kolejne wybarwienia testowe też ocenia komputer i przy odrobinie szczęścia powtórzenie z koloru z wełny na poliestrze jest łatwe. Ale niezależnie od metody nie zawsze efekty są idealne. I teraz powstaje pytanie, na ile możemy odbiegać od pierwowzoru, żeby można było recepturę zaakceptować? Cóż, im lepszy klient, tym mniejsza tolerancja na odchyłki. ;) 

W mojej bluzie lekką odchyłkę odcienia między ściągaczem a dresówką akceptuję, zresztą nie jest widoczna w każdym oświetleniu. A gdybym była wielkim producentem bluz? Pewnie uszyłabym najpierw bluzy a potem dała gotowe do barwienia - tak jest bezpieczniej. :)

No dopszz, nagadałam się, a teraz fotki na deser. Hmm, legginsy też mają inny odcień czerni! Widać? He, he. :D








Na Facebooku też ostatnio gadałam sobie o kolorach, że lubię kolory, choć czerń jest podstawą, i do zilustrowania moich wywodów pokazałam zdjęcie bardzo, bardzo pstrokatych materiałów:




Spieszę donieść, że z tego lewego powstała już spódnica maxi i jest noszona. Zatem na deser fotka trochę mniej czarnej ale za to bardziej pstrokatej Aire:




Spódnica ma fason, jakie już wielokrotnie już pokazywałam (gładki karczek i doszyte marszczenie), więc o szyciu nie będę się rozpisywać. Na dziś koniec, trzymajcie się i nie chorujcie na żadne choroby wirusowe, pa!



poniedziałek, 29 stycznia 2018

Koronkowy początek roku





Wszyscy już pewnie zrobili podsumowanie starego roku i listę postanowień na nowy rok, a u mnie pustki. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Tylko często przychodzi mi na myśl, że brakuje tu, w internecie, miejsca dla mnie. Nie szukam taniej popularności. Nie mam zamiaru sprzedawać bloga za lajki i zmieniać się pod dyktando trendów. Blogerzy stali się niewolnikami cyferek. Ilości wyświetleń, komentarzy, polubień na Fejsiku. A gdzie się podziała bezpretensjonalna radość tworzenia? Każdy chce uchodzić za eksperta, produkując porady, tutoriale, marząc o współpracy z jakąś znaną firmą. Bloger-człowiek zmienia się w blogera-tubę sponsorów. 
Nie lubię też na blogach takiego lukrowanego dobrego humoru i optymizmu kojarzącego mi się z sesjami u coacha, który każe być zawsze kreatywnym, widzieć szklanki do połowy pełne i absolutnie każdy błąd pokazywać jako szansę nauki na przyszłość. Chciałoby się zapytać, czy przypadkiem bloger nie zażył przed pisaniem posta środków poprawiających nastrój.  Ale może to ja mam problem z nieustającą dysforią, nie wiem. :)




Miniony rok był ciężki i bardzo intensywny. Chyba jestem z niego zadowolona. Uszyłam zaskakująco dużo rzeczy, zważywszy że wcale nie miałam na szycie dużo czasu, a nieraz nawet maszyny pod ręką zabrakło (na wyjazdach, zaplanowanych i nie). Nie wszystko jest udokumentowane na blogu. Tworzę ubrania i chodzę w nich, ale jakoś umykam zdjęciom. :) 

Za to kupowanie tkanin i dzianin idzie mi fantastycznie! Ze Szwecji przywiozłam zbiory zahaczające o granice zdrowego rozsądku, ale i tak potem dołożyłam do nich pamiątkę z Mariboru i mnóstwo zdobyczy z polskich sklepów. Myślę, że większość osób po zobaczeniu rozmiarów mojej kolekcji zemdleje. :D Możliwe, że i jak w końcu poczułam lekki przesyt. Do czasu, gdy odkryłam łódzkie koronki.




Jak na obdarzoną uczuciem lokalnego patriotyzmu łodziankę, wykazałam się niezłą ignorancją nie znając wcześniej firmy Fako. Chociaż nie, kojarzyłam nazwę, ale bardziej z klasycznymi firankami, których obecność w moim życiu skończyła się wraz z pożegnaniem mojego domu rodzinnego. :)  A zakład tymczasem istnieje  od kilkudziesięciu lat i produkuje nie tylko firanki, ale także niesamowite koronki odzieżowe, które są tak fajne, że  ponoć można je nawet zobaczyć na wielu naszych celebrytkach, a także podejrzeć w modowych pismidłach. I ja o tym do grudnia nie miałam zielonego pojęcia! Ale jak już nabrałam pojęcia, to natychmiast zaopatrzyłam się w kilka wzorów (a jest ich setki, życia by nie starczyło, żeby je wszystkie przeszyć). I te oto koronki są prawdziwymi bohaterkami pierwszego posta w 2018 roku. Czy nie są ładne? Choć puryści surowcowi będą kręcić nosem, bo to czysty poliester. Zawsze można dodać naturalną podszewkę, a przynajmniej kolor nie będzie zbyt szybko płowieć. :)




Postanowień noworocznych nie robię, aczkolwiek z tych koronek chcę coś uszyć, nie mogą zalegać w nieskończoność w pudłach. Muszę tylko znaleźć odpowiedni fason i coś pod spód - może w tym samym odcieniu, a może kontrastowym? Zobaczymy. :)

A inne postanowienie, z którym noszę się od dawna, więc trudno je podciągnąć pod styczniowe rezolucje, to zmiana nazwy bloga. "Tfurczy" pisany z błędem przestał już dawno mnie bawić, zresztą czasem wbrew intencjom był brany na poważnie i to było zupełnie bez sensu. Bo co za twórczość tu prezentuję, żeby o TWÓrczości gadać? To jest taka "tfu" tfurczość, eee twórczość. Ale dowcip się przejadł i pojawi się nowa nazwa. Nie wiem jaka. Nie mogę się zdecydować. :) Ale jak się pojawi, to się nie zdziwcie, to będę nadal ja. :)



poniedziałek, 6 lipca 2015

O żakardach



Mam słabość do żakardów. Kiedyś kojarzyły mi się źle, nie wiem, możliwe, że spotykałam same paskudne. :) Wydawały się też bardzo zobowiązujące, zbyt poważne i eleganckie. I takie.. obrusowate. ;)))  Ale kiedy odkryłam w sobie wewnętrzną sroczkę (ach, mogłabym zaśpiewać z krasnoludami... złoto, złoto, złoto, zło...) i jednocześnie mocne zamiłowanie do pstrokacizny, żakardy przeżywają w moim świecie renesans.

Teoretycznie żakard odnosi się do tkaniny powstałej na krośnie Jacquarda, a dokładnie mówiąc, na krośnie z mechanizmem przesmykowym Jacquarda. Mechanizm ten, w dużym skrócie, zarządza nitkami osnowy podnosząc je w określonej kolejności tak,  aby nitka wątku tworzyła na tkaninie określony przeplot. Każda nitka osnowy jest sterowana osobno, dzięki czemu liczba możliwych wzorów do wykonania staje się praktycznie nieograniczona. Wspaniała sprawa, prawda? Teraz - na pewno tak, kiedy osnową możemy sterować komputerowo. ;) Ale początkowo zarządzanie nitkami odbywało się za pomocą kart perforowanych, a przygotowanie takiej karty nie było najlżejszym zajęciem pod słońcem. Wymagało dużej koncentracji, bo każda pomyłka w wybijaniu wzoru skutkowała pracą od samego początku. Istniało nawet osobne stanowisko, patroniarz (patronami nazywano właśnie te karty perforowane), co jest dowodem, że  wzorowania nie można było zrobić w przysłowiowym "międzyczasie". Na szczęście pojawił się Polak, Jan Szczepanik, który udoskonalił sposób nanoszenia wzoru i to dzięki jego wynalazkowi właśnie wzory żakardowe zdobyły popularność.




W tkaninach z krosien Jacquarda raport (czyli powtarzalna część wzoru) może być (jest) bardzo duży. Ale w sklepach są tkaniny o drobnym raporcie, takim jak poniżej:


Żakard bawełniany z florystycznym nadrukiem. 

Być może do wytworzenia powyższego wzoru wcale nie potrzeba maszyny żakardowej, wystarczyłby klasyczny mechanizm nicielnicowy. Mimo wszystko tkanina nazywana jest żakardem. Bo gdyby sprzedawca nazwał ją po prostu tkaniną wzorzystą (lub drobnowzorzystą), to nikt by się nie domyślił, że nie chodzi o barwny nadruk tylko o fakturę splotów. :) Dlatego dystrybutorzy nie komplikują sobie życia i często stosują nazwy - wytrychy. i nie ma się czemu dziwić, bo identyfikacja tkanin to zło wcielone a wiem o tym, bo sama tej wiosny nad tym pracowałam i dużych sukcesów nie odniosłam... Zresztą nawet tzw autorytety mają odmienne zdania.


Jeszcze jeden drukowany żakard. Groszki na bordowym tle są tak wyraziste, że splot jest prawie niewidoczny, ale po powiększeni zdjęcia zobaczycie roślinne zawijasy. Czemu drukuje się tkaniny żakardowe? Pewnie dlatego, że jest to tani sposób wzbogacenia wzoru w przeciwieństwie do skomplikowanych maszyn tkackich.


Na koniec adamaszek. Przygotowując tekst na bloga, przekopałam podręczniki akademickie i inne książki a na koniec zahaczyłam o źródła internetowe. Jak brzmi prawidłowa definicja? A więc: na pewno jest to tkanina wzorzysta. Czyli żakardowa (prawdziwa żakardowa;)). Zbudowana jest ze splotu atłasowego a tło "ma splot przeciwstawny w stosunku do motywu" (cyt. Janusz Szosland "Podstawy budowy i technologii tkanin"). Aha, i jeszcze kontury wzoru muszą mieć schodkowy kształt! Inne źródło ("Leksykon włókiennictwa") dodaje, że adamaszek może być broszowany dodatkową nitką osnowy lub wątku, co brzmi już bardzo poważnie, ale nie rozwódźmy się nad tym, bo od mętliku w głowie uratuje nas Alison Smith w "The sewing book": adamaszek to tkana bawełna żakardowa z motywem kwiatowym, wykonana z jednobarwnej przędzy. Pasuje? Pewnie tak, bo użytkownika zwykle niewiele obchodzą niuanse wzornicze (czy ktoś mierzy gęstości upakowania osnowy i wątku, żeby odróżnić batyst od fulardu?)




Najpiękniejsze żakardy są niestety bardzo drogie, szczególnie gdy zależy nam na dobrym surowcu (dobry nie oznacza z włókien naturalnych, czasem dodatek syntetyku jest potrzebny dla stabilizacji wzoru). Trzeba liczyć na promocje. :) Na szczęście zdarzają się takie w sklepach, więc raz na jakiś czas możemy zaszaleć. :)



niedziela, 31 maja 2015

Czy można mieć za dużo wykrojów do szycia?



Kupowanie magazynów z wykrojami jest strasznie przyjemne. Poszłam sobie do miasta i wróciłam z naręczem archiwalnych Burd. I jedną aktualną. :)




Wracam dziś do pewnych rozważań z poprzedniej notki. Ile warto zapłacić za wykrój? Czy taki pojedynczy, pakowany w folię i gotowy do wycięcia jest tani czy drogi? Czy Burda z dziesięcioma wykrojami cudownie rozmnożonymi w dwadzieścia modeli jest tania? Trudno poza tym rozmawiać o tzw. opłacalności, kiedy wiadomo, że ani czas ani fizyczne możliwości nie pozwolą na ich pełne wykorzystanie. Czy ktokolwiek kiedykolwiek uszył WSZYSTKO z pojedynczego numeru Burdy? A jaki procent osób uszył więcej niż jeden model? Być może tylko promil szyjących odpowiedziałoby twierdząco. Niektórzy próbują z tym walczyć, ustalają, że każdego numeru coś uszyją i realizują zamiar, dopóki nie trafią na taką Burdę, w której nic nie odpowiada im gustom. Albo uszyją wtedy coś na siłę, albo złamią postanowienie. Tak czy siak kończą z wyrzutami sumienia.

Po co kupować tyle wykrojów? Wprawdzie nie zawsze płaci się za nie cenę regularną, można zdobyć je stosunkowo tanio na stoiskach z przecenioną prasą i w antykwariatach. Są też aukcje internetowe i portale z lokalnymi ogłoszeniowe, choć czasem oferty osób prywatnych mają niezbyt korzystne ceny. Kiedy byłam w Szwecji, tamtejsze secondhandy były prawdziwymi kopalniami skarbów - zawsze można było znaleźć w osobnym kąciku pudła z pojedynczymi wykrojami Burdy, Stil, Neue Mode, Simplicity, wszystko w doskonałym stanie, czasem nawet nieużywane. Jak tu się nie skusić, jeśli sztuka w przeliczeniu kosztowała 2-3zł? :)Po kilku wizytach miałam już niezłą kolekcję. Do dziś nieużywaną...




A może jednak lepiej nie próbować racjonalizować swojego hobby, jeśli tylko przynosi w ogólnych rozrachunku radość? Dziewczyny zza Wielkiej Wody nie mają dylematów. Powiększają swój szyciowy dobytek i wydaje się, że niezmiernie rzadko mają z tego powodu wyrzuty sumienia. Wyjaśniają to prosto - jeśli kupowanie przedmiotów związanych z hobby nie powoduje zapaści domowego budżetu, to czemu się ograniczać? Ekonomiczne podejście do życia nie zawsze jest właściwe. A granic własnego zdrowego rozsądku nie powinno się wyznaczać na podstawie opinii postronnych obserwatorów. Myślę, że każdy sam umie wyczuć ten moment, kiedy zebrane przedmioty zaczynają człowieka w jakiś sposób obezwładniać. Tak, opłacalność wykrojów kończy się, kiedy zaczynamy ową opłacalność rozważać przy każdej okazji. Na przykład późną nocą na blogu. ;)

Być może za jakiś czas wstanę rano i pomyślę, że wystarczy już gromadzenia. Ale póki co cieszy mnie moja kolekcja.


Koniec rozważań! Czy już wszyscy zauważyli, że spodnie typu dzwony znów stają się modne? Jesienią będzie ich zatrzęsienie, warto je uszyć, zanim zaczną w nim chodzić nawet dzieci w przedszkolu. ;)


Dzwony najlepsze w stylu retro, byle nie z bistoru* ;)

* - bistor - paskudna, poliestrowa tkanina z lat 70, która trwale popsuła poliestrowi opinię, choć swego czasu był na nią szał,o ile wiem. Nie gniotła się i to była jej jedyna zaleta. Moja mama miała kilka ubrań z bistoru, naprawdę nie ma czego wspominać... ;)))



niedziela, 23 marca 2014

Herbata z Teslą na urodziny





W piątek miałam urodziny. Ciężko już zliczyć które z kolei, bo dawno zabrakło mi paluszków. ;) Ale urodziny są fajne. A w tym roku były wyjątkowo fajne, bo dostałam w prezencie porcelanowy kubek z Teslą. :)

Seria "Great Inventors" z (polskiej) fabryki porcelany Kristoff zauroczyła mnie od pierwszego wejrzenia. Klasyczne kształty o wzornictwie mającym kilkudziesięcioletnią historię i bardzo, bardzo nowoczesna, czarno-biała grafika. I złote ucho! Oraz temat przewodni, wprost idealny dla dziewczyny z polibudy. ;) Nie musiałam wiedzieć, że kolekcja zdobyła nagrodę Must Have na zeszłorocznym Łódź Design Festiwal. Musisztomieć było oczywiste.

Oto Nikola Tesla taplający się w herbacie z cytryną:


Autorką projektu jest Kaja Kusztra


Nikola Tesla to był gość! Nie dostrzegamy na co dzień, ile mu zawdzięczamy, a tak naprawdę z efektami jego pracy stykamy się w praktycznie każdym momencie życia.To Tesla przyczynił się do rozpowszechnienia prądu przemiennego, a nikt chyba nie zaprzeczy, że bez elektryczności ciężko obecnie funkcjonować. Ile przedmiotów w domu wymaga podłączenia wtyczki do gniazdka? No właśnie. :)

Ale Nikola nie miał wcale łatwo. Musiał stoczyć ciężkie boje z Edisonem (tym od żarówki... i krzesła elektrycznego), który chciał produkować prąd stały. Edison miał mocny argument w garści - prąd stały jest bezpieczniejszy dla człowieka. Argument tak istotny, że pomijał fakt, iż dystrybucja prądu wymagałaby mini elektrowni na każdym rogu ulicy. To przecież nawet lepiej dla przedsiębiorcy, prawda? ;) Ale jak wyglądałoby miasto? 
Na szczęście Tesla w końcu wygrał. Aby pokazać, że prąd przemienny nie jest taki straszny, zorganizował pokaz, na którym sam wystąpił i pozwolił, by prąd przepłynął przez jego ciało. Przy okazji spektakularnie postrzelał błyskawicami, dzięki czemu do dziś jest znany jako władca piorunów. 

Z Edisonem nigdy się nie polubili... ;D



Krótka ściąga z biografii Tesli z tyłu kubka.


Świętowałam urodziny przy butelce advocata - znalazła się okazja, żeby wypróbować kieliszki wypatrzone w jednym ze szwedzkich secondhandów. :) Truskawki okazały się niezbyt smaczne (ale czy o tej porze roku mogą być dobre?), jednak ogólnie impreza się udała. 

No i wiosna w końcu przyszła! 




Linki:



czwartek, 5 września 2013

Maszyna na ścianie :)





Przedwczoraj dom mój ogarnął strach i panika, gdy rankiem okazało się, że na dworze panuje paskudna pogoda. Jesień przyszła! Zimno, paskudnie i bez słońca - jak tu żyć? 
Na szczęście to był falstart i znów pogoda dopisuje, choć lepiej mieć się na baczności i powoli szykować się do niższych temperatur. Moja maszyna do szycia szalała z tej okazji i wczoraj, i dziś, ale na efekty szaleństw trzeba jeszcze poczekać - jednak w pseudo atelier fotograficznym, którym dysponuję (czyli w kącie sypialni) zaczyna już popołudniami brakować światła i nie ma szans na dobre zdjęcie, gdy dzień zbliża się ku wieczorowi. Dlatego sesję nowego dzieła odłożyłam na któryś poranek, a dziś kolejna migawka z włókienniczej Łodzi. :)


 

Tak, tak, mamy tutaj mural z maszyną do szycia w jednej z głównych ról. Wypatrzył ją mój niezastąpiony mąż, kiedy włóczyliśmy się ulicą Zachodnią. "O, patrz! Maszyna do szycia!" - rzekł. "O, faktycznie!" - odpowiedziała gapa Aire, która jeździ Zachodnią dość często, ale mural przegapiała za każdym razem.

Oprócz maszyny do szycia na muralu namalowany jest Człowiek - Szafa i ludzka kamera filmowa. Wszystkie trzy elementy mają symbolizować Łódź. Jest też kameleon, bo miasto wciąż się zmienia. :)







Autorami dzieła są Cyber aka Czaplino ze Stowarzyszenia Pracownia Sztuki Żywej oraz Gregor aka Bombalino. Mural znajduje się po wschodniej stronie ulicy Zachodniej, blisko placu Wolności. Fajny? :)

Strona domowa Gregora - http://www.gregorgonsior.com/


wtorek, 13 sierpnia 2013

Pomnik cewki





Skończyły mi się nici. To znaczy, nie że w ogóle, nie - tak straszna rzecz nie zdarzy się zapewne w ciągu kilku najbliższych lat, nawet jeśli nie będę uzupełniać ubywających zapasów. :) Nici skończyły się na jednej szpuleczce mojej ulubionej Mary Gütermanna, tysiąc metrów pracuje wszyte w kilkanaście tekstylnych produktów a mnie została na pamiątkę mała tulejeczka.

Czyli, inaczej mówiąc, cewka. :)

Cewka to rurka lub stożek, z kołnierzem lub bez, służąca do nawijania przędzy lub nici. Wykonywana jest z różnych materiałów - może być plastikowa, ale także papierowa lub drewniana, choć te ostatnie już chyba zniknęły z rynku i można je zobaczyć jedynie w muzeach i dziale antyków na Allegro. Ma różne rozmiary, w zależności od ilości przędzy na nią nawiniętej.

W domu, gdzie większość rodziny pracowała we włókiennictwie, widywałam różne cewki i sama nazwa była mi znana od wczesnego dzieciństwa, ale u nas miała jeszcze jedno znaczenie. Na ulicy Pabianickiej w Łodzi istnieje zakład, który owe cewki produkował; pracował tam mój wuj chrzestny i zwyczajowo mówiło się, że "chodzi do roboty do Cewki, od rana albo na popołudnie", co oznaczało, że pracuje tam na dwie zmiany (dzienną i popołudniową), w odróżnieniu od sąsiednich fabryk, gdzie tryb był trzyzmianowy z nielubianą zmianą nocną. W każdym razie zakład istniał jako "Cewka" i dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że jego prawdziwa nazwa to Cetech.




Wujek już tam nie pracuje; jak wiele łódzkich przedsiębiorstw Cetech uległ przekształceniom, zredukował powierzchnię i załogę i obecnie jeśli nadal produkuje cewki dla włókiennictwa, to na pewno już nie w takiej skali, co niegdyś. Z dawnej historii pozostał symbol, który przez wiele lat mijałam w drodze do szkoły i też dopiero stosunkowo niedawno zorientowałam się, co oznacza. Proszę państwa, oto pomnik cewki!




Niestety nie wiem, kiedy powstał i kto go zaprojektował. W latach osiemdziesiątych był dumnie wyeksponowany przed głównym wejściem do fabryki i prowadził do niego zadbany chodnik. Potem, po poszerzeniu ulicy Pabianickiej, przestrzeń wokół niego skurczyła się, a obecnie pomnik stoi w zaroślach i nie ma do niego żadnej ścieżki. Trochę smutny widok:


Cewki na pomniku miejscami pogięte, ale nadal krzepko się trzymają.:)


Ot, cała historia. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł usunięcia pomnika - w końcu to kawałeczek włókienniczej tożsamości Łodzi. A poza tym niezła ciekawostka: kto by pomyślał, że zwykła cewka może mieć swój monument? :)


środa, 16 listopada 2011

W potrzebie ciepła






Jeśli nawet wydaje nam się, że wszystko wiemy o wełnie, to owszem, wydaje nam się. ;) Kto wie, że wełna ma również duży udział w pielęgnacji skóry i włosów? Keratyna włókna owczego poddana hydrolizie wykazuje duże powinowactwo do ludzkiego włosa i stosowana w odżywkach odbudowuje go, uelastycznia i wzmacnia. Także lanolina - składnik owczego tłuszczopotu, substancji ochraniającej włos - może, jak się okazuje, równie dobrze ochraniać naszą skórę i włosy. Zatem warto sprawdzać składy kosmetyków; można również kupić keratynę i lanolinę w sklepach z półproduktami kosmetycznymi i samodzielnie sprawdzić ich działanie. Ryzyko niewielkie a efekty mogą zaskoczyć.

Tyle ciekawostek, bo dziś chcę pokazać efekt tradycyjnego wykorzystania wełny, czyli nowy ciuch własnoręcznie uszyty - płaszcz z dzianinowej wełny parzonej na podstawie wykroju 126 z Burdy 1/2011.



Garść informacji dla zainteresowanych szyciem tego modelu:
  • Wykrój jest olbrzymi - przy moim teoretycznym burdowym rozmiarze 38 wykroiłam 36 a mogłam spokojnie wykroić nawet rozmiar 34 a i tak ramiona były zbyt szerokie.
  • Dobra wiadomość jest taka, że szalenie łatwo płaszcz dopasować - wystarczy zwęzić tył na środkowym szwie tyłu, ramiona, podkrój pachy i rękawy od razu wskakują na swoje miejsce i leżą bardzo dobrze :) Nic więcej nie trzeba ruszać, nawet podkroju szyi!
  • jeśli ktoś chce dopasować wykrój do niskiego wzrostu, w celu dopasowania wysokości pasa wystarczy skrócić wykrój między pachą a talią. Teoretycznie drugi punkt skracania jest między ramieniem a pachą, ale w tym przypadku znów odradzam - nie będzie żadnej szkody dla proporcji. Można oczywiście skracać również dowolnie dół płaszcza, ale dopiero wtedy gdy talia jest na swoim miejscu.
Kiedy już przebrniemy przez etap dopasowywania do sylwetki, szycie jest już szybkie, łatwe i przyjemne. Wełna parzona dzięki fabrycznemu spilśnieniu nie wymaga obrzucania a szwy warto wykonać podwójną stębnówką (tzw. wzmocnioną, nie mylić ze stębnowaniem dwiema igłami!), która może w pewnym zakresie naciągać się i pracować razem z dzianiną.
Ja oczywiście musiałam trochę utrudnić pracę i dodatkowo wszyłam do płaszcza kieszenie oraz wszelkie szwy wewnętrzne podszyłam ręcznie. I teraz nie moge się nimi pochwalić, bo słabo je widać. ;P



A teraz uwaga, ta dam! Aire pozuje w płaszczu do zdjęcia:







Do kompletu jest pasek, ale bez paska jest wygodniej. ;) Poły można też spiąć ozdobną broszką. Albo doszyć troczki. Albo...?

I jeszcze linki:


Wpis dedykuję wspaniałym dziewczynom z pewnego zakręconego forum, dzięki któremu wiem o nieznanych dotąd zaletach lanoliny i keratyny. :)


piątek, 17 czerwca 2011

Tajniki fabryki. ;) część 1



Zorganizowanie pracy w fabryce włókienniczej wymagało zachodu. Choć uprzemysłowienie procesów przędzenia i tkania przyspieszyło produkcję gotowych wyrobów i obniżyło koszty, jednak obsługa maszyn nadal wymagała pracy ludzkich rąk.

Łatwo się domyślić, że prządka pracowała przy przędzarkach. Z przewijaczką być może byłby już większy problem, bo mniej osób kojarzy maszynę zwaną cewiarką.

Dzięki tacie szybko dowiedziałam się, czym w fabryce zajmuje się apreter. Apreter pracuje przy maszynie nakładającej apreturę - czyli różnego rodzaju środki uszlachetniające gotowy produkt włókienniczy, niwelujące na przykład gniotliwość, poprawiające kolor, zmniejszające podatność na brudzenie. Na marginesie, popularny krochmal to też apretura. :)

A kto pracował przy krosnach? Oczywiście tkacz. :) Ale nie tylko - było osobne stanowisko do nawlekania nici osnowy na nicielnicę. Zajmowała się tym osoba na stanowisku przewlekarki. Wbrew pozorom była to bardzo odpowiedzialna praca i wcale nie najłatwiejsza.

Patroniarz? Wprowadzał odpowiednio przygotowany rysunek wzoru na maszynę Jacquarda. Wyobraźmy sobie motyw o wymiarach metr na metr, złożony z maleńkich punktów. Każdy punkt odpowiada jednej igle na bębnie maszyny, która odpowiada za uniesienie nitki osnowy. Patroniarz przenosi wzór punkt po punkcie. Żmudna robota i oczywiście obciążona ryzykiem pomyłki.

A kim jest czyściarz? W łódzkim Dywilanie nie sprzątał zakładu, ale owszem, zajmował się czyszczeniem - uiglenia zgrzeblarek. Ostrzył również zgrzeblarkowe igły. Istniało również stanowisko starszego czyściarza, który zajmował się ustawianiem parametrów zgrzeblarek. Obie nazwy rzadko były używane - panowie nazywali byli o wiele wdzięczniej: był pucer i starszy pucer. :D

Tak, życie fabryki kryje wiele ciekawostek. ;)


P.S. Gorące podziękowania dla teścia za dzielenie się ogromna wiedzą... i plotkami z Dywilanu. :)




środa, 2 marca 2011

Psy i włóczki



Dziś chciałabym przedstawić państwu Jimbo. :)




Jimbo to wielce charakterna, dziesięcioletnia sunia. Jest bardzo niezależnym psem, ma własne zdanie na wiele tematów i nie bierze niczego na wiarę (nowości należy obwąchiwać przed oddaniem w ręce państwa!). Lubi towarzyszyć mi we wszelkich poczynaniach - swego czasu pomagała segregować włóczki (rozwłóczenie 400-metrowego motka zajmuje dokładnie sześćdziesiąt sekund), obecnie przy krojeniu tkaniny na podłodze służy jako swoisty przycisk (nieco chybotliwy...) oraz testuje nowe dzieła (np. nurkuje w świeżo wydzierganym swetrze lub sprawdza użyteczność nowej poduszki).
W tej chwili ułożyła się wdzięcznie na nowo zakupionych Burdach. :)

Kiedy zbliża się wiosna i szanowna Jimbo zaczyna gubić sierść, wtedy, chcąc nie chcąc, przypominam sobie o włóczkach przędzonych z psiego podszerstka. :)


Kilka lat temu pojechałam pierwszy raz do Szwecji. Pierwsze, co postanowiłam zrobić, to znaleźć i kupić włóczki, które w Polsce nie były dostępne w ogóle, lub dostęp był bardzo utrudniony. Szczególnie zależało mi na jedwabnej - ale o perypetiach z tym związanych napiszę kiedy indziej. ;)
W szale poszukiwań (i męcząc się w dżungli obcego, szwedzkojęzycznego Google.se ;)) natknęłam się na małą, skromną stronę anglojęzyczną. Właścicielka owej strony reklamowała swoje usługi w przędzeniu nici z sierści ulubionego, domowego zwierzaka.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czy chciałabym mieć sweter z własnego psa? Czy ktokolwiek by chciał? Pomysł nie przypadł mi do gustu i uznałam, że trafiłam najwidoczniej na jakąś lokalną ciekawostkę.
Jednakże psie i kocie włóczki nie są aż tak rzadkim zjawiskiem. :) W 1983 roku Stanisława Czyżkowska w książce "Tkactwo ręczne" wspomina o przędzeniu wełny z sierści pudla. Dziś w internecie roi się od witryn, na których można zamówić włóczkę z ukochanego pieska. Zasada jest prosta. Najpierw ulubieńca wyczesujemy, następnie wysyłamy zebrany podszerstek pod podany adres... i za jakiś czas otrzymujemy przesyłkę zwrotną z włóczką gotową do przerobu na sweterek lub szaliczek. Możemy również zamówić gotowy ciuszek.
Włóczka z psa ma nawet własną nazwę: "chiengora", czyli "psia angora".

Jakie zalety ma psia angora?

Daje ciepło, ponoć o wiele większe niż wełna z owcy. Nawet nietrudno w to uwierzyć, jeśli kiedykolwiek zdarzyło się nam być ogrzewanym przez psiaka. ;) Sweter z czystej chiengory nie daje się nosić zbyt długo - za bardzo grzeje! Szwedzka producentka psiej wełny Ingrid Spetz pisze:
"Vantarna kan i början kännas som om de inte värmer, men efter ett tag blir det så varmt att man måste ta av dem för att händerna är svettiga."

"Rękawiczki początkowo nie wydają się ciepłe, jednak po pewnym czasie stają się tak gorące, że trzeba je zdjąć, bo ręce są spocone"


Przy szwedzkich temperaturach spadających nierzadko grubo poniżej zera i porywistym, mroźnym wietrze, jest to mocny argument za zainwestowaniem w bardzo kudłatego psa. ;D

Inna właściwością psiej wełny jest jej puszenie. Gotowy wyrób po pewnym czasie zaczyna jakby zwiększać puszystość - miniaturowe włókienka tworzą na powierzchni delikatną warstwę niby futerka. Owo futerko dodatkowo wpływa na trzymanie ciepła.
Psia wełna jest również odporna na wilgoć, może mieć również połysk i miękkość kaszmiru. Charakteryzuje się dużą trwałością.
Do wad należy zaliczyć brak elastyczności, dlatego do wyrobów wymagających dopasowania do ciała (jak skarpetki) warto łączyć chiengorę z wełna owczą. Choć niektórzy piszą, że wystarczy dobrać odpowiedni splot dziewiarski (ściągacz?).

Oczywiście dla wielu najważniejsza będzie wartość sentymentalna. ;) Włóczka lub czapka będzie dla nich drogą i wyjątkową pamiątką po zwierzaku.

Jimbo ma bardzo gęste i miękkie futro. Choć jest małym psem, porze linienia gubi zatrważające ilości podszerstka - bywa, że trzeba odkurzać dwa razy dziennie, prócz tego dokładnie ją wyczesywać. Swetra jednak nie planuję i nie tylko dlatego, że nie umiem prząść. ;) Zainteresowani na pewno znajdą instrukcje w necie do samodzielnego wykonania.
Miłej zabawy! ;)