Wymyśliłam torbę patchworkową zaraz po tym, jak uszyłam swoją pierwszą patchworkową poduchę. Chodziła mi po głowie dwa miesiące i wciąż jakoś brakowało ochoty na realizację projektu. Pomysł był prosty - powtórzyć sposób cięcia tkanin z poduszki, doszyć ucha i gotowe. I, oczywiście, skoro sposób był tak prosty, musiało się wszystko skomplikować. :)
Przede wszystkim podszewka. Torba, której wierzchnia warstwa składa się z kilkudziesięciu zszytych ze sobą kawałków, nie może obyć się bez warstwy spodniej, kryjącej mnogość patchworkowych szwów. To akurat nie był wielki problem, bo od paru lat (ha, ha) w szafie trzymam "na wszelki wypadek" (ha, ha) czarną bawełnę typu kieszeniówka, idealną do takich zastosowań, miękką i gładką. Kłopot pojawił się, gdy na scenę wpadł mój szanowny małżonek, szczerze przeze mnie uwielbiany za zdrową krytykę, którą proszony i nieproszony hojnie mnie obdarowuje, i oznajmił, że torba będzie na pewno bardzo fajna, ale gdyby miała wewnętrzną kieszonkę i zapięcie na suwak, to już w ogóle byłaby cool. I cóż - jak widać na poniższych obrazkach wizję męża spełniłam i nawet jakoś to wygląda, choć to mój pierwszy w życiu wszywany do torby suwak i kosztowało mnie to dodatkowy wieczór pracy. :) A skoro już i tak musiałam tyrać nad maszyną, to wewnętrzną kieszonkę z własnej inicjatywy wykończyłam lamówką. I uchwyty uszyłam wzmocnione w środku taśmą, bo rozmiar torby wybrałam taki, żeby w razie czego można było przynieść z rynku dwa kilo kartofli i mieć miejsce na schłodzonego radlera. I wyszła bardzo wygodna torebunia (ha, ha):
Po kliknięciu na zdjęcie pojawi się jego duża wersja.
Mąż, ojciec torbowego sukcesu:P, przekonał mnie, żebym wzięła ją na obiad do teściowej i znów miał rację, bo mama Krysia podarowała mi dwie tkaniny w tym jedną kilkudziesięcioletnią (prawie vintage) a ja miałam je gdzie spakować i jeszcze zostało przestrzeni w środku. :) Dostałam też kilka torebek zakupowych, bo mama Krysia również szyje proste torebki - nie ma jak wspólne zainteresowania teściowej i synowej!
Na koniec fotki torby z właścicielką. Najpierw jest torba, potem długo, długo nic, a potem jest Aire. :D Jimbo również załapała się na zdjęcie, choć łapy do szycia nie przyłożyła, A nie, przepraszam - przyłożyła łapę a nawet całe cielsko - w pewnym momencie uwaliła się na ciętych właśnie tkaninach i była wielce zdziwiona, że krzywo na nią patrzę...
Ach, ci paparazzi...
Tak przy okazji - czy ktoś poznaje spódnicę z tego posta? To chyba mój ulubiony ciuch i noszę ją bardzo często, bo jakoś do wszystkiego pasuje. Choćby dla takiej uniwersalnej garderoby warto nauczyć się szyć!





