Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hafty maszynowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hafty maszynowe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 września 2013

Poducha nr3 czyli koniec szwedzkiej serii





Minął rok, odkąd wróciłam ze Szwecji, i ponad rok od uszycia trzech haftowanych poszewek, które były początkiem moich badań nad haftem przy użyciu zwykłej maszyny do szycia. Dwie z tych poszewek już pokazywałam na blogu - tutaj jest pierwsza, a tutaj druga - natomiast trzeciej długi czas nie mogłam odnaleźć w zakamarkach szafy. Znalazła się oczywiście przypadkiem i oczywiście była tam, gdzie powinna, czyli w szufladzie z bielizną pościelową. Kto by pomyślał!
A zatem końcu mam przyjemność zaprezentować Państwo ostatnią z trojaczek. Oto ona:




Technika identyczna jak w przypadku dwóch pozostałych sióstr, surówka bawełniana, zwykłe nici maszynowe i ten sam schemat, czyli podwójna ramka z okrągłym motywem w środku. Samo wnętrze okręgu postanowiłam jednak wypełnić inaczej, zbudować ze ściegów coś bardzo delikatnego, co będzie dopełnieniem zdecydowanych linii obramowań. Skorzystałam, że maszyna posiada prosty moduł programowania sekwencji ściegów i wymyśliłam coś własnego. Wygląda jak wydruk z badania encefalograficznego, zatem specjalista na pewno bezproblemowo oceni, czy projekt sprawił mi trudności. ;)




Poszewka jest chyba moją ulubioną i, jak już wiemy, ideę podobnego motywu rozwijam w innych haftowanych tworach - gdyby nie ona, możliwe, że haftowane kółeczko na torbę powstałoby o wiele później, a może nie powstałoby wcale. I chyba sama bym nie spostrzegła związku między nimi, gdybym zamieszczała prace w porządku chronologicznym - a tak widać jakiś rozwój (inna sprawa, czy w dobrą stronę). Czyli nie ma tego złego, czasem warto coś zgubić, żeby potem znaleźć i dostrzec różnicę. 

A skoro odkopuję dziś starocie, dwa zdjęcia z jednego z ostatnich, zeszłorocznych, szwedzkich spacerów. Miałam już uszyte poszewki i wybrałam się z psicą, żeby je sfotografować w plenerze. Nie wiem, czemu je potem odrzuciłam i nie zdecydowałam się na publikację.




Szwedzka jesień przychodzi wcześniej niż polska i bardzo prędko robi się zimno, mokro a ciemność kradnie dni w zastraszającym tempie. Ale do surowej pogody można się przyzwyczaić. Pamiętam mój pierwszy w życiu dzień w Szwecji. Było około 15 stopni, a ja miałam na sobie dwa swetry i wciąż czułam, jak wiatr chłoszcze mnie po plecach. Od razu widać było, że jestem obcokrajowcem, bo tymczasem Szwedzi w krótkich spodenkach opalali się w parku. :) Przeżyłam mały szok kulturowy, ale po latach sama się zahartowałam i generalnie ubieram się zdecydowanie lżej niż kiedyś, co często wywołuje komentarze u znajomych. A czasem nawet strofują mnie zupełnie obcy ludzie. ;D
Jedynie do braku światła nie mogę się przyzwyczaić. Zima na północy jest straszna nie dlatego, że jest mróz, lecz dlatego, że ogromnie brakuje słońca. I naprawdę bardzo łatwo wpaść wtedy w depresję. Szwedzi radzą sobie jakoś, są popularne lampy solarne, które imitują światło słoneczne, poza tym siła przyzwyczajenia robi swoje. Przyjezdnym jednak radzę uważać. 

Ech, chyba nie będzie już lata w tym roku, nawet i tutaj na blogu zawitała jesień...




poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Nowe kółka





Uszyłam nowe motywy na torby. Technika cały czas ta sama - tkanina podklejona flizeliną, barwne nici i odrobina fantazji. :) Miałam mnóstwo zabawy w wybieraniu wzorów i łączeniu je w barwne kompozycje, choć nie zawsze decyzja przychodziła z łatwością - kompozycja to trudna dziedzina i trzeba do niej trochę praktyki i wyczucia. Czasem dopiero na gotowym wzorze widać błędy, brak zbalansowania, toporność motywu. Jednakże nie ma innej drogi do doskonałości poza drogą prób i ciągłych ćwiczeń.
Nie wszystko udaje się od razu a wrażliwość i wyczucie estetyki rozwija się z czasem.

Wykroiłam większą ilość kółeczek, żeby podczas przypływu natchnienia nie zajmować się przygotowywaniem bazy, tylko natychmiast realizować pomysł. Szyłam w międzyczasie, wieczorami, kiedy nie miałam ochoty na skomplikowane projekty. Polecam podobne ćwiczenia - niewiele się różnią od rozwiązywania krzyżówki (choć do pracy zaprzęgnięte są inne rejony mózgu), a potrafią zrelaksować. :) Ostatnie wykończyłam wczoraj, więc nadszedł chyba dobry czas, żeby je oficjalnie zaprezentować.


 Seria Pierwsza - Jestem Skrycie Romatyczna

Powiela schemat z pierwszych torebek, ale jest mniej graficzna. Wystarczyło dodać po jednym "koronkowym" ściegu w kolorze naturalnym. Kwiatki kojarzą się odrobinę z frywolitkami, do tego ściegi, które przy dużej dozie dobrej woli można uznać za dalekich krewnych szydełkowych łańcuszków i koronek. Nie planowałam wprawdzie imitować szydełka, ale jest w tych motywach coś na podobnym poziomie subtelności.






Seria Druga - Idę Krętą Ścieżką

Wyszywanie kółek zamienione na wyszywanie fal.




Seria Trzecia - Szukam Dopasowania

 To pomysły z minionego weekendu. Poszły w ruch nici z ostatnich zakupów. Jak widać na jednym z motywów, wcale nie trzeba mieć ściegów ozdobnych, żeby haftować. :)





 I to wszystko na razie. Teraz czeka mnie mozolny i mało inspirujący etap szycia toreb, ale motywuje mnie pewność, że dopiero wtedy kółeczka pokażą swoją jakość, gdy zostaną umieszczone na swoich docelowych miejscach. Zniknie fastryga i tło we właściwym kolorze doda smaku.Ważny jest przecież odpowiedni kontekst... Na razie jestem nie do końca zadowolona (jak zwykle zresztą;)).





piątek, 2 sierpnia 2013

Co nowego u Tfurczego cz.2



Nadrabiam zaległości. :)

1.
Eduszka jakiś czas temu zaprosiła mnie do zabawy pod tytułem "pokaż, co masz w torbie". A co mi tam, pokazuję:




Tak wygląda zawartość, kiedy wyruszam z domu. Zasadniczo potrzeba mi jedynie portfela, wizytownika, komórki i kluczy. Zamiast kosmetyczki najczęściej wystarcza mi sama pomadka lub błyszczyk, smyczy i obroży moja psica zazwyczaj nie potrzebuje (i dlatego całość oprzyrządowania zalega mi w torbie a nie na psie, ha, ha). Ostatnio rezyduje u mnie również ulotka z uczelni, którą złapałam żeby sprawdzić jak reklamują mój wydział (całkiem fajnie). 
Za to kiedy wracam, to często dźwigam jakieś łupy i wtedy robi się ciekawiej:




Dziś akurat napadłam na hurtownię pasmanteryjną, bo okrutnie brakuje mi różnokolorowych nici do maszynowego haftowania, a skoro już kupowałam nici, to i wzięłam paczkę szpilek (stare zrobiły się tępe) oraz kolorowe szydełka (bo były śliczne). Bardzo oszczędne zakupy zważywszy, ile rzeczy jeszcze wpadło mi w oko podczas przeglądania kilometrów regałów... :)))

Czasem bywają w torbie książki, gazety, czytnik, leki przeciwbólowe (właśnie kupiłam Ibum), chusteczki higieniczne... i to chyba wszystko. Ach, bywa też oczywiście aparat fotograficzny!


2.
 Od Iwony Dohrmann z blogu Ja, Szycie i Paragwaj dostałam znane wyróżnienie:




Tym razem nie ma żadnych pytań i nawet nie trzeba nikogo nominować, co mnie cieszy, bo mam z tym zwykle wielki problem. Niemniej jednak dziękuję ślicznie za na nagrodę i zapraszam do czytania bloga Iwonki - jest mnóstwo ciekawych opowieści o Paragwaju, są tutoriale szyciowe i śliczne rzeczy uszyte przez autorkę - polecam!


3.
Na koniec melduję, że skończyłam trzecią torbę z haftowanym motywem na przodzie (poprzednie można zobaczyć tu i tu). Niestety na dowód mam jedno kiepskie zdjęcie, albowiem nie było czasu na zwyczajną sesję; zaraz po zamocowaniu ostatniej nitki torebka pojechała w roli prezentu na imieniny - i wzbudziła radość! Może więc zweryfikuję pogląd, że własnoręcznie wykonane prezenty są kiepskim pomysłem?




Ten, kto zagląda na Tfurczy Instagram, wie już od kilku dni, że tworzą się kolejne wzory, a dziś i na Instagramie i na Facebooku pojawiły się kolejne szybkie fotki, więc z pewnością temat torebek nie jest zakończony i między innymi dlatego jechałam dziś do hurtowni po nici. :) Osobiście uwielbiam chodzić z moim egzemplarzem i mam nadzieję, że i kolejne modele znajdą zadowolone właścicielki (lub właścicieli, bo niby czemu nie?).

Miłego weekendu!



poniedziałek, 1 lipca 2013

Była sobie torebunia





Pierwsza torebka z serii z okrągłymi emblematami dostała wykończenie w ciągu jednej niedzielnej godziny, albowiem zapadła decyzja, że pojedzie w roli prezentu na imieniny Emilki. Emilka to siostra mojego męża i bardzo fajna dziewczyna, więc pomyślałam, że nie wyrzuci mnie z imprezy na widok takiego daru. ;) Skądinad wiem, że choć stereotyp jest taki, że własnoręcznie wykonany prezent jest najlepszy, to jednak nie każdy tak samo zachwyca się rękodziełem, a czasem wręcz go nie znosi. Być może jest to wina samych rękodzielniczek - choć o gustach podobno się nie dyskutuje, bo każdemu podoba się co innego, to już o staranności wykonania tak. Ostatnio na kiermaszu widziałam torby z tak paskudnymi, krzywymi stębnowaniami, że zastanawia mnie, jakim cudem ktokolwiek wypuścił je z pracowni, nie mówiąc już o żądaniu za nie pieniędzy... Czy chciałabym używać takich toreb? Nie. I nie chodzi o to, żeby odległości mają być mierzone suwmiarką z czujnikiem laserowym, pewnie wystarczyłoby częściej zaprzyjaźniać się z żelazkiem i szpilkami lub zainwestować w stopkę krawędziową (stopkę, która dzięki prowadnikowi umożliwia szycie w równej odległości od brzegu lub innej linii odniesienia). To wspaniałe, że rękodzielnictwo się rozwija i kibicuję każdemu, kto chce tworzyć coś samodzielnie. Ale szycie dla innych to już większa odpowiedzialność i wymaga skupienia na drobiazgach.

Dlatego, nie chcąc wyjść na hipokrytkę, starałam się bardzo, żeby moja torba była jak najlepiej wykonana. Większość widocznych szwów szyłam na sposób francuski ze względu na brak podszewki, podobnie hafty powstały jako aplikacja, żeby w środku nie było widocznego wyklejenia flizeliną. Uchwyty zrobiłam z bawełnianej taśmy - na zdjęciu widać inny odcień czerni, w rzeczywistości różnicy nie widać.

Całość uszyłam na Janome Horizon MC8900QCP, cały czas sprawdzam, ile wart był ten zakup. 


Odszycie brzegu dwukrotnie przestębnowane.


Prostokątne dno.





Bardzo lubię zaokrąglone motywy, lubię też symetrię. Koło naszyte centralnie na torbę spełnia moje estetyczne wymagania całkowicie. Pstrokate kolory mocno wybijają się z czarnego tła.Teoretycznie nie pasują do siebie, ale jednak pasują. ;) I tworzą ciut folkowy nastrój.


Uchwyty przeszyte na krzyż w celu wzmocnienia i dla ozdoby. Ekhem, tak, wyszły troszeczkę nierówno. :D





Prezent się spodobał. Druga z mężowskich sióstr przypomniała, że w lipcu też ma imieniny. ;) I że przyda jej się torba do pracy. Hmmm. :)


wtorek, 18 czerwca 2013

Nitko, kręć się wkoło...





Kolejna odsłona haftów maszynowych w wykonaniu Aire. Wzięłam na warsztat ściegi satynowe (czyli takie, których bazą jest bardzo gęsty zygzak) i postanowiłam wyszyć okrągłe emblematy z przeznaczeniem na płócienne torby zakupowe. Spód wygląda bardzo nieciekawie, jest wzmocniony flizeliną i widać na nim garść powiązanych końców nitek, a ponieważ torby nie będą mieć podszewki, emblemat jest wykonany osobno i będzie naszyty w formie aplikacji tak, by środek torby nie straszył.
Tkanina to nieśmiertelna Minna z Ikei, dość sztywny, grafitowy ryps.

Istnieją specjalne przystawki do maszyn umożliwiające szycie po okręgu, ale ja szyłam tradycyjną metodą "na oko" i wszelkie nierówności świat będzie musiał mi wybaczyć. ;)








Emblematy są już przygotowane do naszywania, ale jakoś nie chce mi się kroić toreb. Jest za gorąco! Tymczasem lista rzeczy do zrobienia jest dłuuuga... i ma tendencje do wydłużania. :)




czwartek, 23 maja 2013

Powrót haftowanej poduchy





W zeszłym roku pokazywałam poduszkę haftowaną maszynowo jako alternatywę dla leniwych, którym nie chce się haftować ręcznie. :) Efekt spodobał mi się na tyle, że powstały jeszcze dwie. Oto jedna z nich, uszyta z surówki bawełnianej, z haftami żółto-brązowymi:


Nie chce się prasować, hę?


Motyw umieszczony w centralnym miejscu i obwiedziony podwójną ramką nawet po kilku miesiącach od zakończenia szycia nadal mi się podoba, choć pewnie szczegóły rozwiązałabym inaczej. Traktuję jednak tę poduszkę jako poligon doświadczalny - zrobiłam ją, żeby naocznie się przekonać o wartości moich pomysłów. Mimo jej wad lubię zawiesić na niej oko, więc często jest w użytku, czy na kanapie, czy w łóżku. :)


Wzory wypełniające okrąg mają kilka odcieni brązu, ale niepotrzebnie niektóre z nich są szyte z podwójnej nici.
Nie powinny odwracać uwagi od konturów koła.



Żółta nić to Metrosene marki Metler - bardzo dobra jakość i równy haft, ale trzeba po niej częściej czyścić okolice chwytacza.


Wyszywanie ściegami ozdobnymi z jednej strony jest proste, choć prędkość szycia bywa tak wolna, że można uciąć sobie niechcący drzemkę w trakcie. ;) Z drugie strony żeby uzyskać przyzwoite rezultaty, trzeba poświęcić czas na dobranie odpowiednio zwięzłej tkaniny (luźno tkana może jeszcze przed praniem zwichrować ścieg) i odpowiednich nici. Dużo zależy od jakości maszyny (niestety!) i od tego, czy potrafi precyzyjnie wyszyć wzór przy długości ściegu oscylującej wokół części milimetra. Nie każda maszyna jest w stanie zrobić tak maleńki skok do przodu bez plątania nici lub wciągania tkaniny w płytkę ściegową. Na szczęście można temu częściowo zaradzić podklejając materiał flizeliną lub po prostu unikając trudnych ściegów na rzecz tych mniej wymagających.

Moje poduchy były szyte na Janome TXL607. Jeśli ktoś planuje zakup tej maszyny, to może zobaczyć na zdjęciach na co ją stać. Muszę przyznać, że uzyskanie ładnego ściegu na niej jest nieco trudniejsze niż na jej mniej wyposażonej siostrze - Janome DXL603. Ale nie niemożliwe. :)




Polecam haftowanie maszyną. Bardzo relaksująca zabawa ;)


środa, 8 maja 2013

Marszczenia i hafciki czyli Anna Moda na Szycie podsumowanie





Odyseja skończona, czyli sukienka z okładki Anny Mody na Szycie wisi na manekinie gotowa do włożenia.
Dziękuję wszystkim za kibicowanie i tutaj, i na Facebooku, gdzie zamieszczałam zdjęcia z procesu szycia z myślą, że chętni na uszycie tego samego modelu będą mogli od razu zobaczyć, czym grozi produkcja tej sukienki. ;) Końcowe prace trwały dłużej niż planowałam, bo dokonałam rzutem na taśmę kilka zmian. A efekt widać poniżej. Dla przypomnienia - jest to model 35 z pierwszego numeru Anny.




Wrażenia i wnioski:
  • Kopiowanie z arkusza wykroju jest superłatwe, choć niektórych linii trzeba się doszukiwać a zaznaczenie kontrafałdy w rękawie zauważyłam dopiero po przeczytaniu w instrukcji szycia, że w ogóle jest ;)
  • Dodane z góry dodatki na szwy szalenie ułatwiają pracę i pozwalają precyzyjniej łączyć elementy.
  • Szyje się łatwo i przyjemnie, ani razu nie zaklęłam ;)
  • Dokonane modyfikacje były niewielkie, lekkie zwężenie ramion, zwężenie tyłu o 3cm i dodanie tyle samo na przód, żeby obwód się zgadzał. Rozmiar 38 to rozmiar 38.
  •  Rękawy nie wymagały żadnych poprawek, leżą bardzo dobrze, choć kwestią dyskusyjną może być rozmiar bufek (ale o stronie wizualnej niżej).
  • Na koniec szycia wyszedł na światło dzienne duży błąd, którego nie wyłapałam w trakcie dopasowywania muslinu - linia dekoltu okazała się za długa i musiałam ją skracać w okolicach karczku na prawie gotowej, żywej sukience. Zastanawiałam się skąd ten feler i przypuszczałam, że być może powstał z powodu moich modyfikacji na obwodach i długości przodu, jednak podejrzewam, że jednak wykrój źródłowy był źle skonstruowany. Na szczęście łatwo go poprawić. Uczulam na ten punkt, zanim zaczniecie wszywać obłożenie, sprawdźcie, czy wszystko gładko leży.
  • Poza tym luzik. :D





A co do strony wizualnej, zmieniłam dół spódnicy, bo oryginalna gładka zupełnie nie równoważyła rozbudowanej góry. Bufki w rękawach są duże i zwracają uwagę, uznałam, że musi zaistnieć coś, co odciągnie od nich część uwagi. Stąd pomysł na falbanę zdobioną haftowaną krajką.Wszystko inne pozostało bez zmian.




Czy sukienka mi się podoba? Nie. Najchętniej przemodelowałabym ją od nowa, zlikwidowała marszczenia przy karczku, zmniejszyła lub zlikwidowała bufki w rękawach, przedłużyła do samej pas łączący górę i dół oraz doszyła spódnicę kloszową, bo taka by najbardziej pasowała do góry kojarzącej się z retro. Może wtedy nabrałaby jednolitego charakteru, bo w obecnej postaci jest zbyt eklektyczna. Ale ładnie leży. ;)

Podsumowując - polecam wykrój do szycia, bo łatwy. Reszta jest kwestią gustu ;)



P.S. Oto bardzo fajna wersja Susanny - prawda, że kropki są idealne do tego modelu? :)
P.S.2. A to wersja Julii - klasyczna :)



wtorek, 2 kwietnia 2013

Kieca wiejska kieca miejska...



 


Niezależnie od pogody za oknem i od wskaźnika wzrostu liczby bałwanów w mojej okolicy (całe osiedle wyległo w święta bawić się na śniegu) jestem przekonana, że wiosna przyjdzie. Być może dopiero w lecie. ;)
Póki co, skoro nie można liczyć na kwiaty za oknem, wzięłam się za kwiaty haftowane - czyli pokazywaną już wcześniej bawełnę z wiskozą w kolorze popielatym. I uszyłam zaplanowaną spódnicę:


  


Dawne spódnice ludowe były szyte z prostokątów, suto marszczone w pasie i składały się z wielu warstw. Miały nie tylko spełniać rolę ocieplającą, ale także... utrzymać kobietę w równowadze podczas tańca. A tak - chłopy potrafili okręcić babą tak, że fruwałaby w powietrzu bez odpowiedniego obciążenia! Gdybyście zobaczyli, jak mój tato tańcował z mamą oberka, od razu zrozumielibyście o czym mowa. ;) Ja sama na własnym weselu padłam na ziemię, kiedy kuzyn poprowadził mnie tak, że straciłam rozeznanie, gdzie ziemia a gdzie sufit...
 Tańce ludowe to prawdziwe szaleństwo i lepiej nie wchodzić na parkiet bez odpowiedniego zabezpieczenia. ;)

Ale dziś, kiedy:
- nie planuje się tańcować;
- nie ma się ochoty ani potrzeby nosić wielu warstw, bądź co bądź pogrubiających talię;
- jest się mieszczuchem i potrzebuje ubrań dostosowanych do miejskiego życia;
trzeba pójść na kompromis i przeprojektować dawne wzory podlewając je własnymi upodobaniami.

Uwielbiam marszczenia, ale zazwyczaj wolę, kiedy zdarzają się  w innych okolicach niż pas, dlatego szyjąc długie spódnice, zazwyczaj projektuję karczek, który będzie przylegał do ciała nie dodając przy tym kilogramów. Dodatkowo marszczenie na linii bioder pozwala uzyskać kształty bardziej zbliżone do klepsydry, strój miękko i subtelnie opływa figurę. Same plusy!


  


W tym przypadku skorzystałam z wykroju modelu 122 z Burdy 3/2013. Fason idealnie wpasował się w potrzeby - karczek stanie się bazą niejednej spódnicy, przyda się również body (czyli środkowa część spódnicy). Wykrój kieszeni wzięłam... z innego wykroju, prawdopodobnie spodni. Nie chciałam takich ukrytych w szwach. Zwróćcie uwagę, że nie ma na nich  marszczenia - to kolejny wysmuklający trik. Po prostu jeśli nadmiar tkaniny jest umieszczony we właściwym miejscu, to nie pogrubi.;)

Dolna część w przeciwieństwie do modelu z Burdy nie jest krojona po skosie. Na falbanie miał być w całości ozdobny border wyhaftowany wzdłuż osnowy. Przez ten szczegół okazało się, że 4 metry tkaniny to wcale nie mało - w sam raz, żeby pas był skrojony z jednego kawałka. Po co mnożyć niepotrzebne szwy?
Delikatne zakładki zbierają nadmiar tkaniny i poprawiają układalność całości.


  


W Burdzie suwak jest z boku, u mnie standardowo z tyłu. Wszywam suwaki kryte od dawna i wydawało mi się, że umiem to robić. Tym razem popsułam dwa, zanim udało mi się zamocować trzeci we właściwym miejscu tak, żeby linie szycia zbiegały się w jednym punkcie. Oto zwycięstwo ducha nad materią :


  


Rewelacyjny Burdowy pomysł na wszycie wypustki bezczelnie skopiowałam co do joty. :) Na szczęście udało mi się wyżebrać od teściowej kawałek sznureczka:


  
 
 
I na koniec kawałek wnętrza:
 
 
  


Wrażenia? Bardzo przyjemna robota. Ludowość bardziej w domyśle niż w konkrecie, ale dosłowne kopiowanie nigdy nie wychodzi nikomu na dobre.Zostały mi resztki na fartuch, formy jeszcze nie przemyślałam, wiem tylko, że musi mieć kieszeń mieszczącą czytnik eksiążek.

Rady dla szyjących z haftowanych tkanin:
  • w zależności od rozmieszczenia wzorów zużycie tkaniny może drastycznie wzrosnąć, dlatego lepiej kupować tkaninę z zapasem. Dekatyzacja również może ująć z długości i szerokości i nigdy nie wiadomo ile!
  • hafty potrafią być twarde, ja musiałam zainstalować igłę do dżinsu, nawet igły do stębnowania okazały się za słabe (żadna nie pękła, ale siła przebicia była mniejsza);
  • im gęściejszy haft, tym tkanina cięższa i inaczej się układa - może być bardziej sztywna. Border w mojej spódnicy podwoił ciężar całości, ale też sprawił, że spódnica jest "posuwista" i ładnie układa się podczas marszu. Warto wziąć to pod uwagę i wykorzystać dla własnych korzyści.
  • Lepiej zmierzyć długość ciucha  pięć razy jeśli zależy nam, żeby haft był zachowany w całości. Ja zmierzyłam raz i kieca na razie nadaje się tylko do obcasów. Ale nic to... zawsze jest powód, żeby kupić nowe buty :)

To gdzie ta wiosna?
 

sobota, 28 lipca 2012

Nowoczesne haftowanie




Mam słabość do haftów. Mam też słabość do ludowych tekstyliów. :) Chusta ręcznie haftowana w czerwone róże jest moim marzeniem, odkąd kilka lat temu zobaczyłam to cudo na Kiermaszu Sztuki Ludowej i Rękodzieła w Łódzkim Domu Kultury. Ostatnio jednak prawdziwe rękodzieło zastępują maszyny haftujące; na ostatniej imprezie w ŁDK razem z siostrą nie znalazłyśmy ani jednego, ręcznie wykonanego haftu! Rozczarowana, nic nie kupiłam, bo doszłam do wniosku, że na maszynie mogę haftować sama. Bo czemu nie?


Tuż przed wyjazdem do Szwecji sprawiłam sobie maszynę z dużym wyborem ściegów dekoracyjnych i oto pierwsze efekty: poszewka na poduszkę - trochę retro, trochę ludowa, ciut babcina, ale za to uszyta w całkowicie nowoczesny sposób przy pomocy najnowszej technologii. ;)



Użyłam bawełnianej surówki i nici w trzech grupach kolorystycznych:
  • różowej - do surówki pasują sprane odcienie różu, poza tm róż sprawia wrażenie przytulności, pościel od razu wydaje się bardziej miękka ;)
  • turkusowej - bo turkusy z różem wypadają słodko i kiczowato - kicz jest swojski a kontrolowany święci ostatnio triumfy we wnętrzarstwie (różowa lodówka i turkusowa zmywarka w białej kuchni - to jest to!)
  • czarnej - bo kolorystyczne szaleństwo potrzebuje "poważnego" akcentu :)
Nici pochodzą od różnych producentów - Mettler, Gütermann, Ariadna, Amman, szwedzki Falk - trochę różnią się między sobą, ale to nie ma znaczenia, to nawet wygląda ciekawiej. Jednakowoż pod względem technicznym najładniejszy haft dały nici Gütermann. Można obejrzeć na zdjęciach - to te czarne. Lubię ich gładkość i delikatny połysk, nie tylko w szyciu zdobniczym są niezawodne, w zwykłym też.

W poszewkę wszyłam kryty zamek - lubię niewidoczne zapięcia, na takie ozdobne jeszcze przyjdzie kiedyś czas.





Sam motyw jest prosty, nawet dość surowy - i zastanawia mnie, czy byłby taki sam, gdybym pracowała w Polsce? Chyba nie. Nie wiem czemu, ale poszewka wydaje mi się bardzo szwedzka, jest biała, ekologiczna (surowa bawełna!), ma hafty w topowych kolorach (turkus i róż opanowały tutejsze hipermarkety, nawet grille są w tych barwach) i do tego oszczędna w wyrazie. A może po prostu wyraża to, czym Szwecja jest DLA MNIE. Swobodną fantazją o tradycji, ekologii, prosto spod igły nowoczesnej maszyny do szycia. Szwedzi umieją łączyć nowoczesne i staromodne.

Zabrałam poszewkę do skansenu na sesję. Ładnie skomponowała się ze starym szyldem reklamującym czekoladę.




A tak przy okazji - oto szyld reklamujący proszek do prania o wdzięcznej nazwie "Skrzat" :





Praca nad poszewką na tyle mi się spodobała, że już powstają kolejne jej wersje. Chyba ściegi ozdobne nie znudzą mi się zbyt szybko! Oczywiście moja maszyna narzuca ograniczenia, maksymalna szerokość szlaczków to jedynie 7mm, liczba wzorów też nie jest fenomenalna, ale na początek może być. A co dalej? Zobaczymy, plany dopiero się krystalizują :)