Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 maja 2019

Na pamiątkę z Włoch



Prezent pożegnalny od Mariny, mojej gospodyni.


Pojechałam do Rzymu przede wszystkim po to, by poznać na żywo antyczną architekturę i sztukę. Nie miałam zamiaru przeszukiwać miasta pod kątem tkanin. Nooo, ale nie byłabym sobą, gdybym jednak nie zrobiła malutkiego planu, że tak się wyrażę "tekstylnego". Bo co można przywieźć z Włoch? Prócz sera, makaronu, oliwy, wina musującego, wina zwykłego, likieru Aperol, kawy, słodyczy... suszonych pomidorów, mąki na pizzę, prosciutto... ufff, na jednym wdechu nie da się tego wymienić... a więc, prócz tego wszytkiego, można przywieźć sobie tkaniny! Te słynne włoskie tkaniny, będące gwarancją  przyzwoitej jakości.

Jeszcze przed wyjazdem znalazłam na blogu Sewing Princess listę sklepów tekstylnych we Włoszech i z radością stwierdziłam, że kilka znajdą się na trasie zwiedzania. Szkoda tylko, że listy tej zapomniałam wziąć ze sobą (została w laptopie w domu) a zapamiętałam jedynie jeden sklep. I oczywiście go odwiedziłam.^^

Na początek zobaczcie ruiny:




Ruiny te znajdują się na placu Largo di Torre Argentina, bardzo blisko miejsca przesiadkowego (Piazza Venezia) i rzut beretem od Panteonu. Nie są słynne w blogosferze z powodu swej historii (tutaj zginął Juliusz Cezar), ale z powodu zamieszkiwania ich przez koty. :) Ale tym razem nie wspominam ich  przez Cezara i koty. Kiedy je znajdziecie, wiedzcie, że znajdujecie się w pobliżu kilku sklepów tekstylnych!

Jeden ze sklepów jest na tym samym placu, to Azienda Tessile Romana:




Sklep o stuletniej historii, rozciągający się na całym parterze kamienicy i zajmujący dodatkowo pierwsze piętro. Jest w czym wybierać! Materiały są pogrupowane gatunkowo i pod kątem przeznaczenia. I jest ich bardzo, bardzo dużo, dość powiedzieć, że tkanin koszulowych jest chyba ze sto belek. Ceny nie głaszczą po kieszeni, poza kilkoma wyjątkami (o zauważalnie niższej jakości) za materiały trzeba zapłacić od dwudziestu kilku euro wzwyż za metr bieżący. Górna granica? Nie sprawdzałam specjalnie, ale sądzę, że sky is the limit. Warto? Każdy ocenić musi sam. Po krótkim przeglądzie półek zorientowałam się, że właściwie znam ten towar. To znaczy  - znam włoskie tkaniny. Przecież od lat kupuję je w Polsce, takie sklepy jak Tesma czy Natan sprowadzają w końcu towar z Włoch. W związku z tym nie poczułam ciśnienia, żeby zaraz natychmiast wynieść ze sklepu pół asortymentu. :) Jednak coś sobie wybrałam, tak na pamiątkę:


Haftowana bawełna, jedna z kilku(nastu) w sklepie...


Inne sklepy w pobliżu to:
  • Paganini(Via Aracoeli 23)
  • Fratelli Bassetti Tessuti (Corso Vittorio Emanuele II 73)
  • Pierlorenzo Bassetti Tessuti (Via del Gesù 60)
  • Francesco Longo e Figli ( Piazza Dell' Dell'Enciclopedia Italiana 50) 
Żeby je wszystkie obejść wystarczy pół godziny. Oczywiście nie licząc czasu poświęconego na wizytę w środku, bo wtedy dzień z głowy. Uczciwie przyznaję, że mnie się nie chciało zaglądać, wystarczyło mi do szczęścia odwiedzenie Aziendy (a może przestraszyłam się cen? albo ujmująco grzecznych ekspedientów;)). Weszłam na chwileczkę do Paganiniego a spoza powyższej listy widziałam jeszcze sklep Valli (dalej od centrum, blisko placu Barberini), gdzie pogłaskałam jedwabie Valentino za 140 euro (macanie na szczęście jest za darmo). Gdybym miała więcej czasu, z pewnością zrobiłabym dokładniejsze rozeznanie i wydała pewnie przy tym mnóstwo pieniędzy. :D


Jednak to nie koniec rzymskich łupów. Jednego dnia udałam się do Ostii w celu relaksu na plaży:


Zielony dzwonek rządzi pod palmami. ;)

Na plaży zaczepił mnie jeden z tych przedsiębiorczych, ciemnoskórych imigrantów z ofertą sprzedaży ręcznika na plażę, oczywiście "oryginalnego, włoskiego, prosto z Indii". Nie zgodziłam się (ci sprzedawcy zaczepiający na każdym kroku byli bardzo uciążliwi), ale potem pomyślałam, że za kilka euro mogę dostać mnóstwo materiału, który niekoniecznie musi posłużyć wyłącznie jako koc piknikowy. W sklepie koło dworca Lido di Ostia kupiłam zatem dwie ręcznie barwione narzuty:



Mniejsza ma rozmiar 140x210cm (koszt 6 euro), natomiast większa 250x280cm (koszt 8 euro)! Bardzo mi się podobają, są z grubszej bawełny i mają piękne kolory. Przewiduję, że będą często występować na blogu w roli tła do zdjęć. :)  Jeśli będą dobrze znosić pranie, pożałuję, że nie kupiłam jeszcze kilku.

Ostatnim moim zakupem związanym z tekstyliami był magazyn z wykrojami Carta Modelli. To chyba włoski odpowiednik polskiego "Szycia". Zielonego pojęcia nie mam, czy cokolwiek kiedykolwiek z niego uszyję. :)




I to wszystkie pamiątki z Rzymu. O przywożeniu jedzenia i picia nie wspomnę, bo nie zamierzam zmieniać tematyki bloga na szeroko pojęty lajstajl. Ale powiem wam, że włoskie spumante jest grzechu warte...



piątek, 11 stycznia 2019

Pieskie życie





Aktualny sezon pod względem modowym ogromnie mi się podoba. W końcu pojawiły się w sklepach zielenie. Nic to, że ponad pół roku po tym, jak były nowym trendem. Teraz to już właściwie moda dla mas, ale cóż to znaczy dla prawdziwych wielbicieli. :) Kiedyś już miałam fazę na kolor zielony. Było to w okolicach matury, nie śmierdziałam groszem, ale udało mi się skompletować zieloną koszulkę, zieloną spódnicę i zielone buty. Wszystko w ukochanych odcieniach khaki i oliwki. Koszulka była niemożliwie syntetyczna i przeraźliwie ciasna, ale przy 47 kilogramach wagi to nie był problem. Spódnica była do ziemi, bo inne długości były niegodne mojej ahhhrttystycznej natury. Zielone mokasyny to był prawdziwy strzał - ciężko było znaleźć kolorowe buty, a buty mieszczące się do tego w budżecie to już był prawdziwy łut szczęścia. Mnie się udało, w dyskoncie wyhaczyłam piękne, lakierowane, groszkowe mokasyny. Kochałam je, choć nie nadawały się nawet na najlżejszy deszcz (przez szwy lała się woda litrami). A ubrana w  zielony outfit czułam się niemalże jak Picasso, choć on jest kojarzony raczej z okresem błękitnym. :)
Mój zielony okres skończył się wraz ze śmiercią mokasynków z rąk (łap? zębów?) mojej ówczesnej psiej rezydentki, George, która pozostawiona pewnego dnia sama w domu pogryzła je z tęsknoty.

No, a teraz znów mamy tę zieleń. Zauważyliście, jak się wkradała w nasze łaski? Zaczęło się od roślinnych motywów, realistycznych nadruków na materiałach. Dresówki w monstery święciły triumfy. Zaczęto wypuszczać tekstylia do domu, sama kupiłam obrus w liście i kwiaty. IKEA wypuściła komódkę w kolorze soczystej trawy. Trochę zielonego tu i tam, i w końcu przestano się bać pełnego wybarwienia na ubraniach i teraz można dostać nawet płaszcz puchowy w kolorze butelkowym.

Ja sobie sprawiłam dwie zielone koronki. Jedna ma wzór drobnych kwiatków i odcień ciepłej zieleni, druga to imitacja skóry krokodyla w kolorze ciemnoszmaragdowym. Szczerze mówiąc ten krokodyl mnie zachwyca! A dodatkową radość sprawia mi fakt, że zaprojektowała go moja koleżanka z pracy. :) Na zdjęciu tego nie widać, ale wzór jest bardzo plastyczny, przy odpowiedniej podszewce nabierze odpowiedniej głębi i zaplanowana sukienka, myślę, zrobi wrażenie.

Bo w ogóle zwierzęce motywy to drugi mocny trend w tym sezonie. Długo szukałam idealnej panterki i w końcu ją znalazłam w łódzkim sklepie. Aczkolwiek jest ideałem jedynie pod względem motywu, bo strukturalnie to niestety zwykła, nadrukowana dresówka. Nie cierpię białych spodów takich dzianin. Po pierwsze czasem wystają podczas noszenia i wygląda to kiepsko, po drugie, biel prześwituje na mocno eksploatowanych szwach (szczególnie gdy nadruk jest ciemny); po trzecie, niewybarwione włókna mogą w trakcie eksploatacji wydostawać się na wierzch (tak się stało w jednej mojej sukience i wygląda to słabo). No, ale dresówkę kupiłam. Na zdjęciu powyżej jest na samym dole. A na samej górze inna panterka, mniej idealna, ale za to welurowa. :)




Wygląda na to, że jakiś plan na szycie na sezon zimowy zrobiłam.

... ale faktem jest, że od 10 listopada nie dotknęłam nawet maszyny. Co więcej - pochowałam wszystkie akcesoria, wszystkie szmaty, rozpoczęte projekty. Bez ceregieli zgarnęłam wszystko, kawałki wykrojów, pojedyncze igły, gazety, nożyczki, do niebieskiej torby z Ikei i schowałam pod biurko. 
Zrobiłam sobie niechcący niezaplanowany detoks. Marzę o spódnicy w panterkę, ale na myśl o krojeniu czułam niemoc. Wolałabym, żeby ktoś mi ją podał gotową do założenia. Miałam konkretne plany na sukienki i bluzki i wszystkie wydały mi się zbyt trudne do zrealizowania. To oczywiście nieprawda. Wiem, że umiem szyć na przyzwoitym poziomie, choć pewnie nigdy nie będę profesjonalistką.  

Ale czasem, po prostu, szycie to tylko niewiele znacząca zabawa szmatami. 


HRABINA JAMES aka JIMBO, LADY DEMENTOR, spoczywająca na kocyku z minky, który jej pańcia uszyła.

 
Zaczęłam pisać ten post jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Zamierzałam troszkę pomarudzić, ponarzekać na swoje kompleksy i niechęć do szycia. Ale przerwałam pisanie, kiedy moja psica zachorowała.

Urodziła się w budzie. Jej właściciel był lokalnym pijakiem, któremu kiedyś zabrakło na wódkę i pod monopolowym zaczepił mojego brata z propozycją sprzedaży szczeniaka. Brat się zgodził i kupił małą suczkę specjalnie dla mnie jako pocieszenie po utracie George, o której wspomniałam wyżej. Nazwałam młodą James, bo fantazji nigdy mi nie brakowało :D ale na co dzień posługiwałam się zdrobnieniem - Jimbo. Możecie sobie wyobrazić, jakie trudności mieli ludzie, żeby ogarnąć takie imię w połączeniu z płcią żeńską! Mój tata nawet nie próbował, nazwał ją Muszką - a ona nie miała zupełnie problemu z reagowaniem na oba imiona, a później także na szereg zdrobnień - Jimbek, Jimbowata, Mucha, Misia, jak również Maszcośdobrego, Idziemynaspacer, Chodźnadwór (trzy ostatnie działały chyba nawet niewypowiedziane głośno). O dziwo, zupełnie nie reagowała na Przebrzydłegosierściucha. ;)
Jimbo była nieusłuchanym, samodzielnym, upartym dzikusem i długo myślałam, że nie da się z nią wyjść poza najbliższą okolicę, że genetycznie chyba uwarunkowana mentalność psa podwórkowego nigdy z niej nie wyjdzie. Myliłam się :) Nauka czystości trwała jakieś dwa tygodnie. Okazała się wspaniałą towarzyszką wycieczek, rzadko wymagającą smyczy, czystą i posłuszną. Nigdy nie była psem do przytulania, ale miała silnie rozwinięte poczucie przynależności do stada. Jeździła ze mną wszędzie, była wiele razy nad morzem, była w górach, pływała promem, mieszkała nawet w Szwecji i zawsze była obok. Kiedy robiłam zdjęcia na bloga, czasem właziła w kadr. Gdy kroiłam materiał na podłodze, to łapą pomagała go trzymać. Chętnie dzieliła się cudzym śniadaniem. 
Tresury nie uznawała, na komendę "siad" się kładła, na komendę "leżeć" uparcie stała, na komendę "daj łapę" zaczynała szczekać. :) Ale z drugiej strony - kiedy już była stara i niedołężna i kilka razy jej powiedziałam, że to trochę wstyd załatwiać się na chodniku (aczkolwiek sprzątaliśmy po niej), to później do końca próbowała wdrapać się na trawkę.
Długo była sprawna i niezależna. W zasadzie prawdziwa starość przyszła dopiero w tym roku, grubo po skończeniu przez nią 17 roku życia. Zaczęła chorować, ale była bardzo dzielna, patrzyłam na tę niesamowitą siłę charakteru, wolę życia i głupio mi było narzekać na własny katar. ;) Bardzo byłam z niej dumna. Im bardziej niedołężniała, tym więcej czułości we mnie budziła, tym mocniej chciałam być przy niej. Uparłam się, że pojedzie jeszcze z nami na wakacje, długo szukałam odpowiedniego pensjonatu, żeby mogła pojechać i nacieszyć się nowymi zapachami. Potem jeszcze pojechała na grilla za miasto i próbowała wychowywać młodego psa gospodarzy. Jeszcze udało się odwiedzić z nią nową kawiarnię na osiedlu, posiedzieć na osiedlowej ławce. Wiedziałam, że czas się nam kończy.
Zdążyła skończyć 18 lat. Odeszła tydzień później, 2 stycznia 2019 roku.

Spieszcie się kochać swoje psy, bo one zawsze żyją za krótko.

Ale życie się toczy dalej, chyba znów będę szyć, choć mam nieuzasadniony żal do świata, że już nie muszę sprzątać kudłów z podłogi, żeby w ogóle ruszyć z krojeniem.  Sezon nadal trwa, te zwierzęce wzory i zielenie są naprawdę upajające, a koronki takie romantyczne... Trzeba wrócić do myślenia o błahych rzeczach, już niedlugo wiosna, a blog nie może w nieskończoność porastać kurzem. :)

Trzymajcie się :)



poniedziałek, 29 stycznia 2018

Koronkowy początek roku





Wszyscy już pewnie zrobili podsumowanie starego roku i listę postanowień na nowy rok, a u mnie pustki. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Tylko często przychodzi mi na myśl, że brakuje tu, w internecie, miejsca dla mnie. Nie szukam taniej popularności. Nie mam zamiaru sprzedawać bloga za lajki i zmieniać się pod dyktando trendów. Blogerzy stali się niewolnikami cyferek. Ilości wyświetleń, komentarzy, polubień na Fejsiku. A gdzie się podziała bezpretensjonalna radość tworzenia? Każdy chce uchodzić za eksperta, produkując porady, tutoriale, marząc o współpracy z jakąś znaną firmą. Bloger-człowiek zmienia się w blogera-tubę sponsorów. 
Nie lubię też na blogach takiego lukrowanego dobrego humoru i optymizmu kojarzącego mi się z sesjami u coacha, który każe być zawsze kreatywnym, widzieć szklanki do połowy pełne i absolutnie każdy błąd pokazywać jako szansę nauki na przyszłość. Chciałoby się zapytać, czy przypadkiem bloger nie zażył przed pisaniem posta środków poprawiających nastrój.  Ale może to ja mam problem z nieustającą dysforią, nie wiem. :)




Miniony rok był ciężki i bardzo intensywny. Chyba jestem z niego zadowolona. Uszyłam zaskakująco dużo rzeczy, zważywszy że wcale nie miałam na szycie dużo czasu, a nieraz nawet maszyny pod ręką zabrakło (na wyjazdach, zaplanowanych i nie). Nie wszystko jest udokumentowane na blogu. Tworzę ubrania i chodzę w nich, ale jakoś umykam zdjęciom. :) 

Za to kupowanie tkanin i dzianin idzie mi fantastycznie! Ze Szwecji przywiozłam zbiory zahaczające o granice zdrowego rozsądku, ale i tak potem dołożyłam do nich pamiątkę z Mariboru i mnóstwo zdobyczy z polskich sklepów. Myślę, że większość osób po zobaczeniu rozmiarów mojej kolekcji zemdleje. :D Możliwe, że i jak w końcu poczułam lekki przesyt. Do czasu, gdy odkryłam łódzkie koronki.




Jak na obdarzoną uczuciem lokalnego patriotyzmu łodziankę, wykazałam się niezłą ignorancją nie znając wcześniej firmy Fako. Chociaż nie, kojarzyłam nazwę, ale bardziej z klasycznymi firankami, których obecność w moim życiu skończyła się wraz z pożegnaniem mojego domu rodzinnego. :)  A zakład tymczasem istnieje  od kilkudziesięciu lat i produkuje nie tylko firanki, ale także niesamowite koronki odzieżowe, które są tak fajne, że  ponoć można je nawet zobaczyć na wielu naszych celebrytkach, a także podejrzeć w modowych pismidłach. I ja o tym do grudnia nie miałam zielonego pojęcia! Ale jak już nabrałam pojęcia, to natychmiast zaopatrzyłam się w kilka wzorów (a jest ich setki, życia by nie starczyło, żeby je wszystkie przeszyć). I te oto koronki są prawdziwymi bohaterkami pierwszego posta w 2018 roku. Czy nie są ładne? Choć puryści surowcowi będą kręcić nosem, bo to czysty poliester. Zawsze można dodać naturalną podszewkę, a przynajmniej kolor nie będzie zbyt szybko płowieć. :)




Postanowień noworocznych nie robię, aczkolwiek z tych koronek chcę coś uszyć, nie mogą zalegać w nieskończoność w pudłach. Muszę tylko znaleźć odpowiedni fason i coś pod spód - może w tym samym odcieniu, a może kontrastowym? Zobaczymy. :)

A inne postanowienie, z którym noszę się od dawna, więc trudno je podciągnąć pod styczniowe rezolucje, to zmiana nazwy bloga. "Tfurczy" pisany z błędem przestał już dawno mnie bawić, zresztą czasem wbrew intencjom był brany na poważnie i to było zupełnie bez sensu. Bo co za twórczość tu prezentuję, żeby o TWÓrczości gadać? To jest taka "tfu" tfurczość, eee twórczość. Ale dowcip się przejadł i pojawi się nowa nazwa. Nie wiem jaka. Nie mogę się zdecydować. :) Ale jak się pojawi, to się nie zdziwcie, to będę nadal ja. :)



niedziela, 5 listopada 2017

Idealny sklep z tkaninami



Żakardy i druk kupione stacjonarnie w Szwecji. Jakość bez zastrzeżeń. Sama wybrałam, sama ucięłam, w kasie nikt nie sprawdzał, czy podany przeze mnie metraż nie jest przypadkiem zaniżony. Takie zaufanie. :)

Od razu powiem, że idealnego sklepu dla szmatoholików nie znam. Uprzedzam, gdyby ktoś wpadł tu jedynie po to, by poznać adres tego ideału, a nie przedzierać się przez potoki tekstu. :) To nie jest również tekst sponsorowany, a jeśli wspominam jakiś konkretny sklep, to tylko w celu uwiarygodnienia przekazu. Mojego osobistego.

Od lat kupuję materiały, możliwe że z zakupów uczyniłam coś w rodzaju pobocznego hobby. Przez ten czas przerobiłam kilkanaście (a może kilkadziesiąt?) miejsc z tekstyliami i co nieco mogłabym o nich powiedzieć. Tym bardziej, że przez kilka lat stałam po tamtej stronie - miałam własny sklep z włóczkami. Po wszystkich zdobytych doświadczeniach zrobiłam listę kluczowych rzeczy, które decydują o satysfakcji z zakupu. Żebym zostawiła gdzieś pieniądze, powinny się spotkać razem:
  • kompetentny, uprzejmy personel (a przynajmniej nie przeszkadzający, szczególnie w sklepie stacjonarnym),
  • rzetelnie opisany towar dobrej jakości.
Cała reszta, taka jak:
  • w sklepie stacjonarnym - np. płatności kartą, lokalizacja, ceny...
  • w sklepie internetowym - wybór sposobów wysyłki, płatności, możliwość kontaktu mailowego i telefonicznego, ceny ;)
nie pomoże, nawet jeśli jest najdoskonalsza, jeśli sklep sprzedaje chłam. Sorry. Nie wspominam przy tym o takich oczywistościach, jak dokładne dane firmy w przypadku zakupów internetowych, bo to po pierwsze jest regulowane przepisami, a po drugie z firmą krzakiem interesów się z definicji po prostu NIE ROBI.


Dzianiny dresowe z polskiego sklepu internetowego. Każda opisana jako dresówka, każda inna, również jakościowo. Ten czerwony melanż do dziś budzi we mnie wątpliwości, co to właściwie za typ materiału - ok, jest dzianiną, ale mało pasuje do świeżo w internetach ukutej kategorii "dresówka". Ciężko nawet zobaczyć na spodniej stronie pętelki (może ich nie ma w ogóle?) Cóż, wszystkie już są zmienione w ubrania. Stawiam, że nie pożyją długo.

"Pani, to ten sam kolor, znam się, bo jestem włókiennikiem"


Kocham sprzedawców. Powyższą wypowiedź usłyszałam od sprzedawczyni w sklepie osiedlowym. Usiłowała mi sprzedać nici o różnych odcieniach twierdząc, że są identyczne, a potem wcisnęła mi chińskie nici zamiast markowych Ariadny rzucając "jakoś sobie pani musi poradzić". Zaparło mi dosłownie dech w piersiach. Przez chwilę chciałam jak mała dziewczynka tłumaczyć się, że przecież JA TEŻ jestem włókiennikiem, robiłam nawet receptury barwierskie i generalnie raczej nie jestem daltonistką, ale wybrałam drogę ucieczki. Tym bardziej, że usłyszałam również coś o moich nadmiernie puszystych włosach (przepraszam - przyszłam prosto od fryzjera i do tego wiał tego dnia porywisty wiatr, jasne, że też z mojej winy). 
Ja rozumiem wszystko, wstanie lewą nogą, PMS, złą pogodę, niskie ciśnienie i brak perspektyw na awans sprawiają, że kiedy przychodzi klient, sprzedawca nie tryska radością życia. Ale nic nie usprawiedliwia niekompetencji i zwykłego oszukiwania, a podpieranie takich praktyk swoim wykształceniem jest zachowaniem godnym pożałowania. Papier to nie wszystko. Świadczy jedynie o tym, że ktoś przez 3-5 lat regularnie zdawał egzaminy. Potrzeba jeszcze, by ten ktoś zrozumiał, czego się nauczył i umiał wykorzystać wiedzę w praktyce, a z tym to już bywa baaardzo ciężko. Może się okazać, że osoba bez papierów ale z autentyczną pasją i doświadczeniem będzie bardziej pomocna. Aczkolwiek jakieś minimum teorii by się przydało: kiedy pytam o krepę satynową, to spodziewam się, że sprzedawca będzie umiał ją pokazać, nawet jeśli tkanina ta funkcjonuje jako satyno-żorżeta. Ostatnio jednak unikam takich pytań. Aby jakoś funkcjonować na rynku detalicznym tekstyliów, trzeba nauczyć się żyć z potocznym nazewnictwem (jersey w końcu brzmi fajniej niż "dzianina lewoprawa") i ewentualne pomyłki brać na klatę. 
W sklepach internetowych kontaktuję się ze sprzedawcą bardzo rzadko. Musi być specjalny powód. Raz dzwoniłam do Tesmy, żeby poskarżyć się na krzywo przycięty panel. Mieli oddzwonić następnego dnia... czekam na ten dzień od lutego. ;) Stacjonarnie jest prościej. Lubię chodzić do łódzkiego Włóknolandu, jest tam miły pan z jeszcze milszą panią i ich rady są zwykle słuszne i nie muszą przy tym machać dyplomami, żeby do swoich racji przekonać. Sympatycznie jest też wtedy, gdy można w sklepie pobuszować bez nawiązywania kontaktu z obsługą. Tak jest na przykład w Szwecji, bo Szwedzi mają ambiwalentne podejście do socjalizacji i jak nie muszą, to z ludźmi nie gadają. ;) W Ohlssonsie można łazić między półkami do znudzenia i bawić się we własnym zakresie, bo wszystkie belki są opisane pod względem surowca i wiadomo, na co się patrzy. Pani (lub pan!) przy kasie najwyżej powie dzień dobry i ewentualnie przy zapłacie upewni się, że nie potrzeba nam pasujących nici. Bywa też doskonale zorientowana w asortymencie, zapytana o lyocell, jeśli nie będzie go miała, wskaże alternatywny modal (oba surowce powstają na bazie celulozy, jak wiskoza). Dlatego właśnie za każdym razem, kiedy odwiedzam Ohlssons, bardzo ich chwalę (a oni, jak to Szwedzi, patrzą się nieufnie ;D).


Sklep Ohlssons w Linkoping. Lubię. Oj tak.

 "Ładna dzianina, gruba, nadaje się do wszystkiego"


Jak już przychodzi do charakterystyki materiałów, zaczynam ciężko wzdychać. Nie, już nawet nie chodzi o nieszczęsną satyno-żorżetę. Niech sobie będzie, o ile ta satyno-żorżeta zawsze będzie w rzeczywistości tkaniną, która po jednej stronie ma ziarnistą fakturę, a po drugiej lśni jak atłas. Nie wygłupiam się z dopytywaniem, czy ten batyst nie jest przypadkiem w rzeczywistości fulardem, bo chyba nawet producent w dzisiejszych czasach tego nie wie. Ja zresztą też, ale wiem, gdzie fulard jest opisany w podręczniku. ;D Minimum przyzwoitości, jakiego bym oczekiwała po sklepie, to podanie składu surowcowego. Dokładnego, nie takiego ogólnego typu "wełna z poliestrem". O ile jest sklepem stacjonarnym. W sklepie internetowym dodatkowo miło by było dostać informację o gramaturze. Deklaracje, że "dzianinka" jest ładna, można sobie schować do kieszeni, bo ładność jest względna. Podobnie jak jakość, bo jeśli coś jest jakościowo dobre, to właściwie w porównaniu do czego? 
Najbardziej to widać na bawełnie. Uściślijmy - na niezwykle ostatnio popularnym płótnie bawełnianym, zazwyczaj jednobarwnym lub drukowanym. Ja bym je nazwała tkaniną pościelową, ale dla ogółu to po prostu bawełna, tak jakby bawełna była tkaniną a nie włóknem. Ta zwykła pościelówka sprzedawana jest jako produkt jakościowo dobry, a tymczasem najczęściej jest luźno tkana i przez wierzchnią warstwę łatwo dostrzec nadruki na kolejnych, nadruk traci intensywność wybarwienia już po pierwszym praniu a kurczenie sięga kilkunastu procent na długości. Choć obiecywano 3-5%. Mam taką bawełnę, kupiłam ją na Allegro od bardzo chwalonego polskiego producenta. Na nieszczęście zachciało mi się sprawdzić, jak mocno się skurczy po praniu i zrobiłam to tak, jak się robi w profesjonalnym laboratorium metrologicznym, z tym że zrobiłam to dwa razy, zamiast raz. I dwa razy zanotowałam ubytek na długości i szerokości. Jak widać, jedno pranie nie zawsze zapobiegnie zmianom wymiarów. A używacie tkanin z Ikei? Sytuacja podobna, choć mimo wszystko te tkaniny bywają solidniejsze niż ślicznie nadrukowana masówka z internetu.
Dzianiny. Śliczne jerseye w ślicznych kolorkach. Gdybym miała sprzedawać jerseye, niektóre z nich z pewnością nie znalazłyby się w moim sklepie. Już kiedyś pisałam, że żaden krój odzieży nie pomoże, jeśli dzianina jest wyprodukowana z błędami technologicznymi. Czasem widać je od razu, czasem uwypuklają się dopiero po praniu. Te rzeczy też powinny być (i są) badane w laboratoriach jakościowych. Pytanie, czy użytkownikom zależy na płaceniu za porządne sprawdzenie materiału? Dobre pytanie. Znajomy, który zajmuje się tekstyliami, mówił, że Polakom zależy przede wszystkim na niskiej cenie. Kiedy czytam ogłoszenia na fejsbukowych grupach "poszukuję bawełny po 8 zeta za metr) to mu wierzę. No cóż, a sklepy się po prostu dostosowują do rynku i popytu. Stąd wysyp sklepików z "bawełną i "dresówką". Dresówka imituje obecnie nawet klasyczną flanelę w kratę i swetry w warkocze. No luuuudzie...


Każdy zamówiony materiał ze sklepu tkaniny.net dostaje naklejkę z metryczką, a niej mamy kod produktu, skład surowcowy, przepis prania, długość kuponu... dlaczego tak nie ma w każdym sklepie?


Sklepy, które lubię, mają coś więcej niż dresówkę. Jeśli już mogę się rozmarzyć... chciałabym, żeby istniał sklep, gdzie znajdę dobrej jakości tkaniny i dzianiny podstawowe, przeznaczone na ubrania codzienne. Do tego wybór krep, żakardów, swetrówek, materiałów płaszczowych i wieczorowych... i dodatkowo dział z materiałami do domu. A co. Jednym słowem sklep wszystkomający. :) Z szerokim zakresem cenowym. Z materiałami łatwymi do cięcia i szycia (nawet szyfony mogą się grzecznie zachowywać pod stopką, jeśli są dobrze zrobione). Oczywiście nie muszą być same jedwabie i wełny, syntetyki bywają bardzo użyteczne i nie ma co się na nie obrażać.

Haftowana dzianina z Mariboru. Mimo iż sprzedawczyni nie mówiła płynnie po angielsku, postarała się przekazać zalecenia prania (a raczej jego braku). 

Cieniutka drukowana wełna. Podobno Od Dolce & Gabbana.^^


Nie jestem pewna, czy ten splot można już zaliczyć do żakardowych, ale jest prześliczny. Podobno ta tkanina również pochodzi z kolekcji Dolce & Gabbana.

Poza sklepami (stacjonarnymi i tymi w internecie) są jeszcze sprzedażowe grupy na Facebooku, secondhandy, aukcje internetowe (jak Allegro) czy portale ogłoszeniowe. Praktycznie wszystkie źródła już przerobiłam, może poza OLX. Przy zakupach od prywatnych osób zawsze staram się uważać i sprawdzać reputację sprzedającego. Unikam ryzyka i nie poddaję się pokusom, choć zdarzyło się ostatnio, że zachwyciłam się nomen omen dresówką i ją kupiłam (o wiele za dużo, ha, ha!) Z Allegro już dawno zrezygnowałam, choć wspominam zakupy całkiem pozytywnie. Szmateksy odwiedzam ostatnio głównie w Szwecji - tam jest super, aczkolwiek przy identyfikacji tkaniny trzeba polegać na własnym oku i chwycie. Za to ceny są super. :)

Wszystkie materiały na zdjęciach należą do mnie i jest to naprawdę niewielki procent mojego stanu posiadania. ;) Najwidoczniej daje się znaleźć coś ładnego na rynku, choć wtopy też zaliczam. Do kilku sklepów regularnie powracam. Z pięknymi materiałami jest tak, że strach je ciąć, żeby nie zniszczyć. :) Z drugiej strony, trzeba jakoś zwalniać miejsce na nowe nabytki, prawda?



piątek, 18 sierpnia 2017

Powrót do domu i jeszcze parę szmatek



Mój ulubiony środek transportu.

Każda podróż kiedyś się musi skończyć.

Powrót do Polski nastąpił jak zwykle nie w porę i zbyt wcześnie. Choć tym razem byłam już lekko znudzona, jednak było to spowodowane jedynie brakiem maszyny do szycia na podorędziu. :) 
Podróż na szczęście przebiegała trochę okrężną drogą, żeby jeszcze trochę pozwiedzać i odwlec moment pożegnania ze Skandynawią. I serio mam chyba szmaty zapisane w gwiazdach, skoro na pierwszym przystanku w podróży - szwedzkim Helsinborgu - znalazłam od razu dwa sklepy z tkaninami, choć specjalnie ich nie szukałam. Oba były już zamknięte (jeden miał przerwę wakacyjną) i chwała Bogu. Poza powyższymi Helsinborg posiada fantastyczny ratusz i przemiłe centrum z ogromem sklepów i knajpek. Bliskość Malmo sprawia, że mało się o nim mówi w internetach, sami z małżonkiem się zastanawialiśmy, czy nie lepiej właśnie pojechać do Malmö, ale koniec końców postanowiliśmy je zostawić na kiedy indziej. Tym bardziej, że z Helsinborga można się przeprawić do Danii promem, a promy to coś, co tygryski lubią najbardziej. :)


Okazała wieżyca pośrodku zdjęcia należy do ratusza.
  


Jedna z wielu knajpek w centrum Helsinborga. Nie widać tego, ale jest położona dokładnie naprzeciwko zabytkowego kościoła. Notabene kościół stoi na placu i cały jest otoczony knajpami i ogródkami barowymi i nie wygląda na to, by bliskość bawiących się ludzi obrażała czyjeś uczucia religijne.

Kolejny na trasie, duński Helsingør miał być zupełnie pominięty, bo głównym punktem programu była Kopenhaga, ale zaraz po przybiciu do portu wpadliśmy na pomysł, żeby rzucić okiem na twierdzę Kronborg - miejsce, gdzie Szekspir umieścił akcję "Hamleta". Rzucanie okiem w rezultacie trwało pół dnia, albowiem okazało się, że w zamku trwa przedstawienie na żywo i można oglądać poszczególne sceny sztuki w oryginalnych lokalizacjach! Nawiasem pisząc, okazało się przy okazji, że tak naprawdę nikt nie wie, czy Szekspir w ogóle odwiedził Kronborg - prawdopodobnie znał go tylko z opowieści swego asystenta. Twierdza była faktycznie siedzibą królów duńskich, dopóki jednemu nie znudziła się miejscóweczka i dał dyla do Kopenhagi. Prócz tego podstawowym jej zadaniem było pobieranie opłat od przejeżdżających przez cieśninę żeglarzy, a skuteczność ściągania kasy była duża dzięki armatom skierowanym na wodę. ;) Cóż, dzisiejsze bramki na autostradzie od razu wydają się bardziej przyjazne dla użytkowników - przynajmniej nikt z nich nie strzela!


Nie chciałabym być żołnierzem wroga i zdobywać tę chatę...

Duży domeczek, jednak jak mówią, sala balowa jest krótsza niż boisko piłkarskie. Ale chyba niewiele.

Kopenhaga mnie przeraziła. Po szwedzkich przestrzeniach ilość ludzi wtłoczona do stolicy Duńczyków była zatrważająca, a liczba rowerzystów jeszcze bardziej. Pasy dla rowerów są szersze niż dla aut! Jadąc samochodem strach jest skręcić w prawo, żeby nie spowodować kolizji z jakimś bicyklem... Po zaparkowaniu i przejściu kilkunastu kroków miałam ochotę dać sobie spokój ze zwiedzaniem i uciekać gdzie pieprz rośnie. Takiej odmiany Skandynawii raczej się nie spodziewałam, choć zdawałam sobie sprawę, że będzie tu bardziej europejsko niż choćby w Sztokholmie. Szwedzkie miasta, nawet popularne turystycznie, są raczej spokojne. Tu widoczny był wszechobecny pośpiech, hałas i zgiełk.


O ile pamiętam, to

Po dziesięciu minutach pobytu w stolicy moje nastawienie jednak uległo zmianie, albowiem znów trafiłam na szmaty. ;) Oczom mym ukazał się trzypoziomowy sklep Panduro Hobby. Wcale nie chciałam tam wchodzić, ale uległam namowom małżonka, który chyba bał się, że bez wspomagania humor nigdy mi się nie polepszy. Akurat była wyprzedaż tkanin Tilda, widziałam je wcześniej w Linköpingowym Panduro i zamarzyła mi się słodka sukieneczka na lato, jednak w końcu odpuściłam, bo ile można mieć tkanin... Tutaj promocja polegała na zakupie dowolnych 3 metrów za 100 duńskich koron (co daje 20zł za metr). Wybrałam wersję róże na ciemnym tle (na zdjęciu pierwsza z lewej) i już szłam do kasy, ale małżonek uznał, że mogłabym wybrać kolejne 3 metry w ramach "pamiątki z podróży". No to wybrałam dwa wzory po 1,5 metra i jeszcze dostałam pół metra kolejnego wzoru, bo sprzedawczyni nie zgadzały się centymetry (bo brałam resztki). Tym sposobem z Danii przywiozłam 6,5 metra szmat i to tylko i wyłącznie z winy małżonka, więc ewentualne oskarżenia o szmatowy zakupoholizm proszę kierować do niego.


Patrząc na ceny tkanin Tilda w Polsce, to chyba zrobiłam dobry interes. No i kurczę, śliczniutkie są te wzorki <3 br="">

Po epizodzie w Panduro Kopenhaga nabrała właściwych barw... nie, tak serio, nie wiem, co jest z tym miastem, że powoli wkradło się do mojego serca. Połaziliśmy z małżonkiem po niewielkim skrawku centrum, zjedliśmy kebaba w bułce, wypiliśmy kawę i na nic więcej nie starczyło czasu, trzeba było jechać na nocleg a następnego dnia rano ruszyliśmy w kierunku na Rostock i do Polski i Dania pozostała daleko za nami. Co takiego jest w tej bałaganiarskiej Kopenhadze, że zaraz po otworzeniu drzwi własnego mieszkania, zamiast tęsknić jak zwykle za Szwecją, myślę o podróży do Danii? Co takiego tam zobaczyłam, czego sobie nie uświadamiam, ale okazało się wystarczająco ważne, by zapomnieć o tym całym ludzkim bałaganie na ulicach i chcieć tam zaraz wrócić? Kiedyś będę musiała to sprawdzić...
 
Tymczasem od kilku dni jestem już w moim polskim domu.  Reasumując całe wakacje, nazbierałam mnóstwo szmatek, wyjątkowo dużo, nawet jak na moje standardy. W poprzednim poście pokazałam łupy z Ohlssonsa - tuż przed powrotem do Polski dokupiłam jeszcze kilka. ;)  Rozciągliwy żakard z przewagą wiskozy w składzie i absolutnie piękny, lekko kreszowany poliester w obłędny kwietny wzór:







Ale, ale :D to jeszcze nie koniec... upolowałam w końcu tkaninę z 50% zawartością tencelu, dzięki czemu będę mogła w końcu przebadać w praktyce te nowe, ponoć ekologiczne włókno i coś o nim opowiedzieć. No i jeszcze wspomnę o kilkunastu szmatkach ze szwedzkich secondhandów, które nie są specjalnie fotogeniczne, ale jakościowo bez zarzutu, o przyborach do szycia wypatrzonych na jarmarku i kilku ręcznie robionych koronach... I to by było na tyle w kwestii tekstylnych "pamiątek z podróży". :)



wtorek, 1 sierpnia 2017

"Ohlssons, prawdziwy sklep z tkaninami"





Tekstylia to w moim domu jedna z najbardziej praktycznych pamiątek z podróży - skoro jestem włókiennikiem i do tego szyję i dziergam, to różnorodne szmatki zawsze się do czegoś przydadzą. Materiały szwedzkie, nawet jeśli jak wszystko inne zostały wyprodukowane w Chinach, są zazwyczaj mocniejsze, szlachetniejsze, grubsze. Dlaczego? Kiedyś znajomy, który prowadził tekstylny interes w Polsce, powiedział, że ludzie patrzą przede wszystkim na cenę - ma być jak najtaniej! A jeśli tak, to nie ma cudów, okrojenie ceny skończy się okrojeniem jakości. W Szwecji ceny są wysokie i być może łatwiej zmieścić w nich wyższy koszt wytworzenia. Z drugiej strony, na rynku tkanin z metra nie ma dużej konkurencji, więc teoretycznie można by sprzedawać chłam. Tymczasem chłamu nie ma. Może Szwedzi po prostu lubią porządne rzeczy i nie przyszło im do głowy kombinować na tym polu?

Sklep Ohlssons odkryłam kilka lat temu, przypadkiem, bo witryna zapowiadała sklep z pościelą. W środku znalazłam raj dla tekstylnego świra. Od tego czasu podczas każdego pobytu staram się coś wyłapać dla siebie. Można trafić na dobre przeceny, wtedy cena niektórych materiałów zrównuje się mniej więcej z polską, więc nie ma tragedii finansowej. Czasem jest jeszcze taniej, szczególnie podczas letnich i zimowych wyprzedaży. Dodatkową gratką jest dział z resztkami na wagę, przy czym resztki oznaczają kawałki nie mniejsze niż 1 metr i wtedy jednostkowy koszt zakupu w przeliczeniu na złotówki może być nawet poniżej 10 zł. Mówimy o pełnowartościowym towarze, oczywiście! I znów wraca pytanie, jak Szwedzi kalkulują swoje ceny... ;)

No dobrze, to teraz przejdźmy do moich łupów.





Najbardziej lubię przeszukiwać cienkie tkaniny sukienkowe ze względu na wzory i kolory. Grzebanie w feerii barw i miękkości nowoczesnych tkanin jest po prostu przyjemne, choć to przede wszystkim poliester. Ale jaki! Staram się łapać krepy, bo przepięknie się układają, ale innymi też nie ma co gardzić. W Polsce zgromadziłam już pewien zapas (i boję się coś z niego uszyć i nie daj Boże popsuć... hmm). Teraz dokupiłam kolejne widoczne na zdjęciu poniżej: splotu tkaniny po lewej nie rozszyfrowałam, jest jedwabista w dotyku, ale ma jakąś delikatną, krepową chropowatość, ledwie zauważalną. Jest jej ogromna ilość, więc skończy najprawdopodobniej jako sukienka maxi.




Tkanina z prawej to typowa krepa. Zastanawiałam się tydzień nad nią, ale kolorystyka w końcu mnie przekonała, bo chyba mi nieźle w cytrynowo-limonkowych odcieniach. ;) W zbliżeniu widać lepiej jej nieregularną strukturę.





Zwyczajna dzianina bawełniana, jednostronnie drapana. Gruba. Wzięłam ją, choć w Polsce pewnie gdzieś w sklepie internetowym znalazłaby się podobna, ale tu mogłam zobaczyć na żywo, co biorę. Uszyję z tego sukienkę, w której prawdopodobnie umrę z gorąca, chyba że wysiądzie zimą ogrzewanie. Nie no, serio, dla takiego antyfana ubierania na cebulkę jak ja grubsza sukienka pozwala uniknąć zimą kłopotliwych, dodatkowych warstw odzieży.




Dzianinowa koronka, również grubsza. W rzeczywistości jest ciemniejsza i chyba wpada lekko w brąz. Nie byłam do niej przekonana, bo wyglądała w sklepie na spraną. Nie jest mocno przezroczysta, raczej mięsista i gdyby zechcieć uszyć z niej bluzkę, to można by było obyć się bez podszewki. Do sukienki lub spódnicy jednak przyda się jakiś spód, może w podobnym odcieniu albo dopełniającym? Może z błyszczącej satyny?






Cienka dzianina lewoprawa z bawełny. Czyli jersey (lub dżersej). Czarno-szaro-granatowa i z podejrzanym połyskiem. Ciekawa jestem, skąd to lśnienie, ale zdziwiłabym się, gdyby pochodziło od procesu merceryzacji. Ale gdyby tak było, to byłoby super, bo bawełna merceryzowana to to, co tygryski lubią. :) Po co mi targać ze Szwecji zwykły jersey, jeśli w Polsce jest go zatrzęsienie? Ano, nie mam zaufania do tego polskiego. W czym jest problem? W skrzywiających się szwach w gotowych ubraniach. Proszę nie wierzyć, że skrzywione szwy to skutek cięcia  wykroju po skosie. Gdyby tak było, nie można by szyć żadnych ciuchów składających się z części innych niż prostokąty. Słynne skrzywiające się szwy w tiszertach to wina samej dzianiny. Dlatego jersey staram się kupować w zaufanych sklepach internetowych lub po obejrzeniu go na żywo. Staram się obejrzeć ułożenie oczek w dzianinie - to ono odpowiada za skręcanie szwów. Często oczka są na tyle malutkie, że bardzo trudno je niestety ocenić - wtedy trzeba zaryzykować albo po prostu odpuścić zakup.




Zagniecenia wcale a wcale mi się nie podobają, ale ten kupon leżał długo skłębiony wśród innych kawałków i mógł się pognieść. Mam nadzieję, że po praniu nabierze ogłady. :) 




Wszystkie powyższe materiały wykonane są ze zwykłych, "klasycznych" włókien, ale w Ohlssons jest też kilka tkanin z modalu i cupro. Szukałam czegoś z włókien lyocell, ale nie znalazłam... Wszystkie te włókna (modalne, cupro i lyocell) to kuzyni włókien włókien wiskozowych, różnią się sposobem wytwarzania. W przypadku włókien typu lyocell, których nazwa handlowa to tencel, ubrania z nich wykonane opatrywane są etykietką "ekologiczny", bo produkcja mniej obciąża środowisko niż w przypadku wiskozy. Chciałam sprawdzić, jak się noszą - niestety nie znalazłam nic odpowiedniego. Może następnym razem. :)




P.S. "Ohlssons, prawdziwy sklep z tkaninami" to tłumaczenie hasła reklamowego sklepu ("en riktig tygaffär").
P.S.2. Mają sklep internetowy, ale wysyłają tylko na teren Szwecji...  Trochę szkoda.


środa, 17 maja 2017

Kiedy nie wiadomo, co zrobić z życiem...



...najlepiej iść na zakupy.

Przyznaję bez bicia, że w ostatnich tygodniach, a nawet miesiącach, czułam okropną niechęć do pisania. Pod koniec zimy musiałam bowiem w krótkim czasie wyprodukować 60-stronicowe dzieło, które nie dość, że musiało mieć solidne podparcie w publikacjach naukowych, to jeszcze prezentować miliony wyników moich własnych badań. Ech, wesoło było. Do dziś na myśl o klikaniu w komputerze merytorycznie składnych zdań robi mi się słabo. Ogromnie brakuje mi odpoczynku.Wprawdzie udało mi się po całym zamieszaniu wyjechać na chwilę do wytęsknionej Szwecji, ale... no właśnie, to była tylko chwila, a powrót do Polski oznaczał, że zabawa zaczyna się na nowo, a człowiek jest nie tylko nadal zmęczony, ale jeszcze jakby mniej optymistycznie nastawiony do życia. Co dalej? Jak żyć, panie prezydencie? Oczywiście - trzeba być twardym nie miękkim, ciągnąć wózek do przodu, wszak świat sam się nie uratuje przed kiepskiej jakości tekstyliami... ;)

W ostatniej Burdzie zawiesiłam oko na spódnicy ołówkowej z bawełny o imponującym wzorze. Model z kieszeniami i za kolano, idealny dla nowej, lepszej Aire.




Zapragnęłam radosnej tkaniny na taką właśnie spódnicę. Choć zakupy szmatek też jakby straciły ostatnio blask i czar, to jakoś zebrałam się w sobie i poszłam do Jazz&Silk. Choć w Burdzie motyw na spódnicy to na 99% druk, szukałam raczej ładnego żakardu. Znalazłam, tylko po usłyszeniu ceny lekko zasłabłam. Ale popatrzcie na te wielobarwne niteczki wątku wystające z krajki. Tyle różnych kolorów skomponowanych w jednym wzorze! Każdy szczegół motywu to kilkadziesiąt ruchów mechanizmu podnoszącego odpowiednie nitki osnowy i drugiego wprowadzającego nitki wątku. Prawdziwe rzemiosło, tylko że przemysłowe.

 




Model B tej spódnicy, tym razem z tkaniny jednobarwnej, ukazał urocze zakładki z przodu. To oznacza, że być może kupiłam za mało materiału. :D Ech.





Gdyby jeszcze ktoś przyszedł i odrysował mi wykrój z arkusza... no dobrze, sama odrysuję. :)



środa, 19 października 2016

Druga randka z owerlokiem





Minęło 5 lat od pierwszej randki z maszyną typu overlock. Związek z Silvercrestem z Lidla nie przetrwał próby czasu, w zasadzie nie mogę sobie przypomnieć żadnej rzeczy, która była od początku do końca wykończona tamtym owerlokiem. Samo przygotowanie do szycia stawało się wyzwaniem, a po krótkim czasie użytkowania część ściegów przestała po prostu działać. Całą historię opisałam w dwóch postach:
Przemyślałam wtedy swoje doświadczenia i doszłam do wniosku, że w zasadzie do mojego szycia nie potrzebuję, a nawet nie chcę używać owerloka. Nawet nie dlatego, że się sparzyłam na bublu. Lubię po prostu szyć na zwykłej maszynie do szycia. Uznałam ponadto, że nie zależy mi wcale na upodobnianiu szytych własnoręcznie ubrań do ich sklepowych odpowiedników, tym bardziej, że z biegiem czasu coraz wyraźniej obniża się ich jakość i naprawdę nie ma do czego równać. Postawiłam na prawdziwe ubrania handmade, bez romansu z przemysłowym stylem produkcji.

A jednak znów kupiłam owerloka. I znów w Lidlu!

O Singerach 15SH754 internet trząsł się od kilku lat. Pojawiają się w Lidlu regularnie, mniej więcej co roku, może co 6 miesięcy - dokładnie tego nie śledzę, bo nie byłam zainteresowana zakupem. Jednak ostatnio wracałam myślami do tematu owerloków. Mój wolny czas od dłuższego czasu jest coraz bardziej limitowany. Uszycie czegokolwiek trwa długo, bo ciągle muszę odkładać pracę na rzecz czegoś pilniejszego. Kończy się tym, że nie mam się w co ubrać, bo w sklepach szkoda mi wydawać pieniędzy*, albo kupuję na szybko jakąś szmatkę. Zaczęłam się w końcu zastanawiać, czy jednak nie zainwestować w owerloka, przecież koszulka czy sweter z dzianiny to i tak nie jest żadne haute couture :D, na maszynie szyje się je trochę za długo (choć w moim przypadku bez większych kłopotów) i może jednak dogadałabym się z jakimś miłym, bezproblemowym urządzeniem z mereżką, dyferencjałem, drabinką i o przyzwoitej jakości. Postanowiłam, że po Nowym Roku, jeśli cena dolara spadnie, zacznę polowanie na coś z rodziny Juki, Elna, Janome.

O Singerze nie myślałam. Nie przekonuje mnie marka. Nie miałam też najmniejszego zamiaru bawić się w PRL i stawać w poniedziałek z rana w kolejce przed otwarciem sklepu, a potem uczestniczyć w walce o pudełko. Pomyślałam, że pojadę sobie do mojego Lidla na spokojnie wieczorem i jak będzie owerlok, to uznam, że był mi pisany i go kupię, a jak nie, to trudno. 

... w szóstym Lidlu z kolei faktycznie był jeszcze owerlok, więc uznałam, że był mi pisany. No co.

Kwota 599zł za owerloka jest bardzo niska. Nie oczekuję po nim wiele. Niech po prostu szyje. Jeśli okaże się wydajny, niezawodny i wystarczająco komfortowy w użytkowaniu, to dołożę do niego coverlocka. Jeśli się zbiesi, ale równocześnie pozwoli docenić szycie na owerloku, to wrócę do pierwotnego planu i będę polować na kombo z funkcją drabinki. Póki co, po tygodniu użytkowania i testowania kilku dzianin i grubej tkaniny, jest zadziwiająco miło, choć znalazłoby się parę zarzutów.
Nie będę się spieszyć z pełną recenzją, bo i tak w Lidlu już nie ma tych owerloków.



* nie dotyczy sklepów z tkaninami i pasmanterią. He, he.