Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawy bieżące. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawy bieżące. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 marca 2021

Tereny zielone w kącie przy lodówce

 


Ach, co to ja miałam napisać! Wielka inauguracja bloga po prawie roku nieobecności! Foty jak żyleta i sesja jak ze snu w romantycznym plenerze, tekst pełen dowcipu... 

No i tak. Cześć wszystkim, znów tu jestem, uszyłam sukienkę.

A co takiego robiłam, jak mnie nie było? Krótko mówiąc, dziecko. :) Mam przecudowną córę, której aktualnie najlepszą zabawką jest centymetr krawiecki. Genów nie oszukasz! :D

Ciąża była trudna, tyle miałam planów, tak się miałam lansować, szyć sobie ekstra sukienki, cieszyć się życiem. Nie wyszło, bo okazało się, że jedyną aktywnością, na jaką mnie stać, to pójście po bułki. Po tak szalonej wyprawie odpoczywałam resztę dnia. Czy się tego spodziewałam wcześniej? W życiu. Może nie byłam asem sportu, ale przed ciążą nawet na siłownię chodziłam, jeździłam na rowerze, spacerowałam. Ciąża wszystko zmiotła. Czy się poddałam? W życiu. Tydzień przed porodem malowałam ściany w kuchni. Ale po czerwcu udało mi się jedynie uszyć jeden kocyk dla małej. Mózg nie umiał ogarnąć planowania prac krawieckich. Nawet kolejności szycia prostego kocyka. 

Ale teraz moja maleńka skończy za chwilę 7 miesięcy i choć jest ciężko, to już można odzyskać czasem chwilę dla siebie.

No, to uszyłam sukienkę.


 
 
 
 
Materiał to dzianina interlokowa z Pinsoli, bardzo przyjemna w szyciu, ale niezbyt wybaczająca prucie. Leżakowała u mnie całkiem niedługo, bo od zeszłego maja. ;D Początkowo planowałam uszyć z niej sukienkę bez rękawów ze dołem z klinów, ale życie zweryfikowało plany, nie miałam ani sił, ani władz umysłowych ani ochoty, by kombinować z własną konstrukcją. W tym roku zapomniałam o ambicjach - wzięłam wykrój z Szycia Krok po Kroku na dopasowany golf, skróciłam go do talii i przyszyłam zwykłą marszczoną spódnicę. I nawet odpuściłam sobie kieszenie! No dobrze, żeby nie było, że już mi na wynikach nie zależy, wykrój tego golfa trochę do swoich wymiarów dopasowałam. :)
 
 


Włożyłam sukienkę i poszłam w niej na rodzinny spacer i byłam najzieleńszym punktem w całym parku. Liczyłam na jakieś fotki na blogaska, ale średnio były warunki. Więc sesja odbyła się po powrocie do domu, pod lodówką. No trudno, otoczenie w tle mało wyjściowe, ale chciałam w końcu coś pokazać. Do kompletu uszyłam pasek, ale w praktyce okazało się, że lepiej czuję się ze zwykłym, skórzanym. Też pstrokatym, więc wszystko się zgadza. ;)




No dobra, wrzucę jedno zdjęcie z tego spaceru. Przyznaję, wolałam posiedzieć z małą przylepką zamiast modelować. ;)




piątek, 18 października 2019

Prawie jak milion dolarów





Ostatnio dokonałam rewolucji w swoim życiu, albowiem zachciało mi się nowych rzeczy,  a wśród nich nabyłam chęci zostania doktorem. Jest to dość niecodzienne, bo jeszcze pięć lat temu, kiedy od przemiłego profesora usłyszałam, że z taką motywacją do pracy to spokojnie pójdę na doktorat, to nawet brew mi nie drgnęła, za to w wyobraźni spadłam pod biurko, zemdlałam a potem umarłam ze śmiechu, że niby co, że ja??? Noo, dobry żart, ja jestem PRAKTYKIEM, ja nie uprawiam nauki tylko szukam praktycznych rozwiązań, dlatego chciałam być inżynierem, tytuł inżyniera kocham i łechtam się nim kiedy tylko mogę. No, ale robienie inżynierki było taką kozacką zabawą, że dałam się namówić na magisterkę, a ta okazała się jeszcze wspanialszym wyzwaniem, bo w sumie na napisanie dyplomu miałam 2 tygodnie, a w pewnej chwili istniało duże prawdopodobieństwo, że będę ją pisać w szpitalu. No i skończyło się tak, że magisterkę obroniłam i tego samego dnia był ostatni dzień na złożenie papierów do szkoły doktorskiej. I ja te papiery złożyłam.

A potem poszłam wypić porządnego drinka z adekwatną do sytuacji zawartością alkoholu.

I teraz poniekąd mogę się nazywać ofiarą pana ministra Gowina, albowiem jestem pierwszym rocznikiem, kiedy obowiązują nowe przepisy o szkolnictwie wyższym, czyli nie ma już starych studiów doktoranckich, tylko są szkoły doktorskie i niby wszystko jest zapisane w ustawie, ale nikt nie wie o co chodzi, a co gorsze, nie ma już dyscypliny naukowej włókiennictwo, jest za to inżynieria materiałowa. A drugą straszną rzeczą jest ucięcie godzin dydaktycznych dla doktorantów, a ja marzyłam, że będę wbijać studentom do głowy, że DO JASNEJ ANIELKI, POLIESTER NIE JEST WŁÓKNEM SZTUCZNYM TYLKO SYNTETYKIEM. 

Bo ustawa chce, żebym na doktoracie robiła jednak naukę a nie skupiała się na dręczeniu studentów. :D





Oczywiście, pierwsze co zrobiłam po ustabilizowaniu swojej sytuacji życiowej, to uszyłam sobie spódnicę z syntetycznego zamszu. 

Szycie to ta dziedzina mojego życia, gdzie rządzę. Mogę trzymać się zasad, albo mogę je łamać, od początku do końca sama decyduję o wszystkim. Nikt mi nie może niczego narzucić. Szycie to ogromna ulga po czasie, kiedy trzeba było się dostosować do surowych uczelnianych zasad tworzenia  dzieł. Po licznych stresach szycie zawsze uosabia dla mnie wolność.

Zamsz, który kupiłam, to w zasadzie dwustronna dzianina - od spodu jest jasnoszary dżersej, a z wierzchu zamsz i wiecie co - nie mam pojęcia, jak się taki materiał robi. :D Tzn coś tam można zauważyć, że to są dwie warstwy dżerseju, jedna gładka, druga drapana udaje zamsz, ale jak się je łączy... może klejem albo poprzez zgrzewanie, wszystko jedno, całość z pewnością nie jest hitem ekologii, ale technicznie jest godne pochwały. I z pewnością jest tanie w produkcji, bo inaczej nie byłoby czegoś podobnego w każdej sieciówce.

Spódnica powstała z mojego wykroju, który już wykorzystałam do produkcji czarnej spódnicy z tego posta, ponieważ wciąż odczuwam chorą fascynację spódnicami z godetami, czyli nie jest wykluczone, że ten blog niedługo zmieni nazwę na Blog o Spódnicach z Godetami. 




A szyło się standardowo, czyli:
  • najpierw fascynacja "mam zajedwabisty pomysł godny haute couture"!
  • potem krojenie i gratulowanie sobie, że dodało się zawczasu na papierowym wykroju zapasy na szwy;
  • potem pierwsze szwy konstrukcyjne, luz i bajka;
  • następnie tygodniowe dylematy, czy warto te szwy przestębnować i w ogóle jak to wykończyć;
  • następnie zorientowanie się, że nie ma się pojęcia, JAK TO WYKOŃCZYĆ, bo przecież nie można normalnie tego podwinąć, musi być lamówka;
  • awaryjny wypad po lamówkę, bo ta w domu się nie nadaje;
  • dół i depresja, bo pomysł na spódnicę to z pewnością porażka, no i kto to słyszał, żeby robić ją taką szeroką, normalnie kto ma siły podwijać te 30000000 metrów dołu? KTO SZYJE TAKIE DZIWACTWA??? a poza tym  nowo zakupiona lamówka jest brzydka;
  • wszycie brzydkiej lamówki;
  • deprecha, bo wszyło się brzydką lamówkę i ogólnie poziom tego ciucha jest poniżej poziomu akceptacji;
  • czekanie dwa tygodnie na wszycie zapięcia do paska i rozmyślanie, czy kiedykolwiek uwierzę, że suwak kryty można wszyć też do wysokości paska i wtedy żadne dodatkowe zapięcie nie jest potrzebne. No wiecie, jak w spódnicach ze sklepu. 
  • wszycie zapięcia do paska i poukrywanie wystających nitek;
  • tygodniowe patrzenie krzywym okiem i w końcu decyzja o założeniu. :)




No i okazuje się, że fajnie się nosi taką zamszową spódnicę i pozostaje podziękować pogodzie, że umożliwiła mi założenie jej w tym tygodniu i lanserkę na uczelnianym kampusie.  Przy okazji zauważyłam dziwną rzecz, bo kiedy tak łaziłam po uczelni, nagle niektórzy pierwsi powiedzieli mi dzień dobry. Pewnie się zagapili, albo byli w szoku. :D




Na zdjęciach zauważyłam, że trochę widać, że spódnica nie leży w talii, tylko poniżej, więc proporcje są ciut zepsute. Niestety przez kilka miesiący od powstania wykroju zdążyłam schudnąć, a dodatkowo zamsz jest rozciagliwy i mimo zwężania nie udało się właściwie go dopasować. No, najwyżej jak znów utyję, to przynajmniej jedna rzecz będzie rosła razem ze  mną :D A tymczasem, czy wy wiecie, jak ona furkocze podczas chodzenia??? Kiecka instytucja, najpierw ją słychać, a potem przychodzę ja. :D:D







No i, podsumowując, obecnie odczuwam niecodzienne zadowolenie z siebie, czuję się jak ten tytułowy milion dolarów albo James Cameron na rozdaniu Oscarów, ale spokojnie, jak tylko napiszę jakiś naukowy tekst i moi wspaniali mentorzy po nim pojadą (a pojadą na pewno, bo muszą i powinni), to mi poziom samooceny spadnie i znów będzie normalnie. 


Najwyżej znów coś sobie uszyję.



poniedziałek, 20 maja 2019

Na pamiątkę z Włoch



Prezent pożegnalny od Mariny, mojej gospodyni.


Pojechałam do Rzymu przede wszystkim po to, by poznać na żywo antyczną architekturę i sztukę. Nie miałam zamiaru przeszukiwać miasta pod kątem tkanin. Nooo, ale nie byłabym sobą, gdybym jednak nie zrobiła malutkiego planu, że tak się wyrażę "tekstylnego". Bo co można przywieźć z Włoch? Prócz sera, makaronu, oliwy, wina musującego, wina zwykłego, likieru Aperol, kawy, słodyczy... suszonych pomidorów, mąki na pizzę, prosciutto... ufff, na jednym wdechu nie da się tego wymienić... a więc, prócz tego wszytkiego, można przywieźć sobie tkaniny! Te słynne włoskie tkaniny, będące gwarancją  przyzwoitej jakości.

Jeszcze przed wyjazdem znalazłam na blogu Sewing Princess listę sklepów tekstylnych we Włoszech i z radością stwierdziłam, że kilka znajdą się na trasie zwiedzania. Szkoda tylko, że listy tej zapomniałam wziąć ze sobą (została w laptopie w domu) a zapamiętałam jedynie jeden sklep. I oczywiście go odwiedziłam.^^

Na początek zobaczcie ruiny:




Ruiny te znajdują się na placu Largo di Torre Argentina, bardzo blisko miejsca przesiadkowego (Piazza Venezia) i rzut beretem od Panteonu. Nie są słynne w blogosferze z powodu swej historii (tutaj zginął Juliusz Cezar), ale z powodu zamieszkiwania ich przez koty. :) Ale tym razem nie wspominam ich  przez Cezara i koty. Kiedy je znajdziecie, wiedzcie, że znajdujecie się w pobliżu kilku sklepów tekstylnych!

Jeden ze sklepów jest na tym samym placu, to Azienda Tessile Romana:




Sklep o stuletniej historii, rozciągający się na całym parterze kamienicy i zajmujący dodatkowo pierwsze piętro. Jest w czym wybierać! Materiały są pogrupowane gatunkowo i pod kątem przeznaczenia. I jest ich bardzo, bardzo dużo, dość powiedzieć, że tkanin koszulowych jest chyba ze sto belek. Ceny nie głaszczą po kieszeni, poza kilkoma wyjątkami (o zauważalnie niższej jakości) za materiały trzeba zapłacić od dwudziestu kilku euro wzwyż za metr bieżący. Górna granica? Nie sprawdzałam specjalnie, ale sądzę, że sky is the limit. Warto? Każdy ocenić musi sam. Po krótkim przeglądzie półek zorientowałam się, że właściwie znam ten towar. To znaczy  - znam włoskie tkaniny. Przecież od lat kupuję je w Polsce, takie sklepy jak Tesma czy Natan sprowadzają w końcu towar z Włoch. W związku z tym nie poczułam ciśnienia, żeby zaraz natychmiast wynieść ze sklepu pół asortymentu. :) Jednak coś sobie wybrałam, tak na pamiątkę:


Haftowana bawełna, jedna z kilku(nastu) w sklepie...


Inne sklepy w pobliżu to:
  • Paganini(Via Aracoeli 23)
  • Fratelli Bassetti Tessuti (Corso Vittorio Emanuele II 73)
  • Pierlorenzo Bassetti Tessuti (Via del Gesù 60)
  • Francesco Longo e Figli ( Piazza Dell' Dell'Enciclopedia Italiana 50) 
Żeby je wszystkie obejść wystarczy pół godziny. Oczywiście nie licząc czasu poświęconego na wizytę w środku, bo wtedy dzień z głowy. Uczciwie przyznaję, że mnie się nie chciało zaglądać, wystarczyło mi do szczęścia odwiedzenie Aziendy (a może przestraszyłam się cen? albo ujmująco grzecznych ekspedientów;)). Weszłam na chwileczkę do Paganiniego a spoza powyższej listy widziałam jeszcze sklep Valli (dalej od centrum, blisko placu Barberini), gdzie pogłaskałam jedwabie Valentino za 140 euro (macanie na szczęście jest za darmo). Gdybym miała więcej czasu, z pewnością zrobiłabym dokładniejsze rozeznanie i wydała pewnie przy tym mnóstwo pieniędzy. :D


Jednak to nie koniec rzymskich łupów. Jednego dnia udałam się do Ostii w celu relaksu na plaży:


Zielony dzwonek rządzi pod palmami. ;)

Na plaży zaczepił mnie jeden z tych przedsiębiorczych, ciemnoskórych imigrantów z ofertą sprzedaży ręcznika na plażę, oczywiście "oryginalnego, włoskiego, prosto z Indii". Nie zgodziłam się (ci sprzedawcy zaczepiający na każdym kroku byli bardzo uciążliwi), ale potem pomyślałam, że za kilka euro mogę dostać mnóstwo materiału, który niekoniecznie musi posłużyć wyłącznie jako koc piknikowy. W sklepie koło dworca Lido di Ostia kupiłam zatem dwie ręcznie barwione narzuty:



Mniejsza ma rozmiar 140x210cm (koszt 6 euro), natomiast większa 250x280cm (koszt 8 euro)! Bardzo mi się podobają, są z grubszej bawełny i mają piękne kolory. Przewiduję, że będą często występować na blogu w roli tła do zdjęć. :)  Jeśli będą dobrze znosić pranie, pożałuję, że nie kupiłam jeszcze kilku.

Ostatnim moim zakupem związanym z tekstyliami był magazyn z wykrojami Carta Modelli. To chyba włoski odpowiednik polskiego "Szycia". Zielonego pojęcia nie mam, czy cokolwiek kiedykolwiek z niego uszyję. :)




I to wszystkie pamiątki z Rzymu. O przywożeniu jedzenia i picia nie wspomnę, bo nie zamierzam zmieniać tematyki bloga na szeroko pojęty lajstajl. Ale powiem wam, że włoskie spumante jest grzechu warte...



czwartek, 16 maja 2019

Rzym taki insta





Jak tu pisać o Rzymie, kiedy już wszystko o nim napisano? Rzym to wielotysięczna historia, świadectwo europejskiej cywilizacji i kultury, serce chrześcijańskiego świata... ale moje pierwsze wrażenie było - o rany! jaki tu bałagan... ile aut... śmietników zupełnie bezstresowo wystawionych na główne ulice. Ludzi nie mających w zwyczaju ustępować z drogi, nawet jeśli chodnik pozwoli spokojnie się wyminąć bez kolizji. Życzliwość i otwartość tubylców też była ciężka do zauważenia. Żeby nie było, nie zauważyłam u Włochów otwartej wrogości, czy też nawet nieuprzejmości. Raczej duże zdystansowanie i taka zwykłą, dość dobrze ukrytą niechęć. Oczywiście zdarzały się wyjątki, jak na przykład moja gospodyni Marina. :) Większość jednak jest chyba zmęczona turystami. I nie ma się co dziwić! Czytałam opowieść o podróży do Rzymu na polskim blogu lajfstajlowym - pani bardzo emocjonalnie opisywała, że nie ma nic do powiedzenia o zabytkach, bo postawiła na "chłonięcie atmosfery miasta", co wiązało się z fotografowaniem cudzych balkonów, cudzych talerzy w restauracjach, zaglądaniem w prywatne życie Rzymian... hej, a gdzie jest uszanowanie prywatności tubylców? Czy wypada wciskać obiektyw w każde możliwe miejsce? Nawet w cudze żarcie? Nie chciałabym być mimowolną gwiazdą czyjegoś blogaska, bo komuś spodobało się, że, no nie wiem, dziergam na Placu Włókniarek Łódzkich.

A swoją drogą, obok największych atrakcji Rzymu całkiem łatwo można było zidentyfikować blogerki oraz gwiazdy i gwiazdki Instagrama. Były to zazwyczaj młode dziewczyny z rozwianym włosem i męskim fotografem na podorędziu, wyginające się w najróżniejszych pozach, wyczekujące chwil, kiedy przez milionową część sekundy nie ma obok tłumów, wspinające się na barierki... śmiesznie to wyglądało, a w efekcie teraz, po powrocie, słit focie influencerek nie mają już takiego uroku. Wydają się jedynie efektem produkcji wspomnień na potrzeby zasięgów a nie zapisem doświadczenia. Takie manufaktury wymyślonego życia.

No, ale ja też fociłam, i mój mąż focił i nawet robiliśmy sobie selfiki. :D

No dobrze, zaczęłam pisanie o Rzymie od krytyki, ale przecież byłam przeogromnie podekscytowana perspektywą odwiedzin Wiecznego Miasta. Starożytność była moją ulubioną epoką w historii od zawsze, swego czasu znałam mity greckie praktycznie na pamięć, zaliczałam książki tej tematyce (nie wyłączając "Quo Vadis"!), a na maturze zdawałam język łaciński. :D Tuż przed wyjazdem próbowałam odświeżyć sobie łacinę (w celu odczytywania antycznych napisów) i przetrzepałam Google Maps piksel po pikselu, żeby zaplanować najlepsze trasy zwiedzania. No i, oczywiście! Szukałam adresów sklepów z tkaninami. :D Tuż przed wyjazdem OBOWIĄZKOWO obejrzałam po raz kolejny "Gladiatora", no bo w końcu było tam Koloseum (i Joaquin Phoenix w roli Kommodusa), a także "Anioły i demony". :D

Wymyśliłam sobie, że wejdę do centrum miasta tą drogą, którą święty Piotr próbował uciec, ale przeszkodziły mu w tym niezwykłe okoliczności opisane przez Sienkiewicza. Via Appia, starożytna droga prowadząca do serca imperium - Forum Romanum -  istnieje częściowo do dziś, jedynie zyskała przydomek Antica. To świetne miejsce na spacer (baaardzo długi spacer) i zwiedzanie. Miejsca, gdzie padło słynne pytanie "Gdzie idziesz, Panie?" nie da się przegapić, bo stoi tam kościół i jest w nim nawet Sienkiewiczowe popiersie. Prócz tego można zwiedzić po drodze katakumby, mauzolea, posiadłość cesarza Maksencjusza albo posiadłość Kommodusa (tak! TEGO Kommodusa). Na koniec dochodzi się do murów Aureliana i wtedy już wiesz, że jesteś w Rzymie. :)


Quo vadis, Aire?


A co za murami? Ruiny, ruiny i jeszcze trochę ruin. Serio, Koloseum to niejedyne świadectwo potęgi Rzymu. Trzeba wejść i to poczuć. Jeśli już planujecie zainwestować w bilet wstępu do Koloseum, to koniecznie zarezerwujcie sobie dodatkowe 4 godziny na Palatyn i Forum Romanum, bilet jest wspólny do wszystkich trzech atrakcji. Starożytni Rzymianie cierpieli na gigantomanię, nie znali umiaru w niczym! Pozostałości po ich budowlach na wzgórzu palatyńskim robią przeogromne wrażenie, dają pogląd, jakie to wszystko było duże. Na przykład wspomniany wyżej Maksencjusz. Na terenie jego wiejskiej chatki kazał zbudować sobie stadion... tfu, circus. Na Forum Romanum zaczął budować bazylikę o długości, bagatela, 80 metrów, wysokości - chyba do samego nieba. I wcale się preferencjami nie wyróżniał wśród innych możnych ówczesnego świata. Bazylika do dziś stoi i choć jest ruiną, zapiera dech w piersiach (kawałek jest widoczny na pierwszym zdjęciu z prawej strony).






Niedaleko ruin jest Muzeum Kapitolińskie. Kolejne kilka godzin stracone dla świata! Zobaczymy tu słynną Wilczycę, która prawdopodobnie wcale nie była dziełem Etrusków, tylko powstała w średniowieczu (ale ja tam wolę wersję etruską!)




No i można spotkać słynnego Kommodusa! Zobaczyłam go i pomyślałam, "ej, ale zaraz, przecież Joaquin nie nosił brody, to popiersie kłamie". ;D Swoją drogą, Ridley Scott całkiem nieźle sportretował w filmie cesarza. To był naprawdę niezbyt miły facet. Wspominałam o jego posiadłości przy Vii Appii Antice? No cóż, pierwotnie to była willa pewnych braci, ale na nieszczęście spodobała się Kommodusowi, wskutek czego bracia nie skończyli dobrze, a majątek i willa trafiły w łapy cesarza. Prawdą jest również to, że Kommodus wychodził walczyć na arenę i że pomagał sobie zwyciężać poprzez niehonorowe zachowania (aczkolwiek mówią, że był silny i potrafił walczyć) - w filmie przed finalową walką rani Maximusa w bok. Taki zbój, o. Istnieje też jego popiersie w stroju Heraklesa/Herkulesa, zatem można do listy jego wad dopisać śmiało manię wielkości.


Kommodus taki dystyngowany :D

Spotkałam Cycerona. Mam do niego stosunek osobisty, albowiem to jego teksty tłumaczyłam na maturze. :) 




Po tym zwiedzaniu miałam jedną refleksję - najwięcej szczęścia (albo "szczęścia") miały te zabytki starożytności, które przejęło szybko chrześcijaństwo i zamieniło na kościoły. Koronnym przykładem jest Panteon, ale dowody na tę tezę znajdziemy w okolicach Palatynu i innych miejscach. I tak to wygląda, na antycznym Rzymie wyrasta Rzym świętych, męczenników, papieży... i artystów pracujących dla papieży. Kiedy zaczynamy zwiedzać kościoły rozsiane po mieście jak mak, zaczynamy doświadczać uczucia przytłoczenia, to Rzym bogaty i strojny, pełen dzieł sztuki, marmuru i niezliczonych świętych relikwii. Zwiedziłam wiele rzymskich kościołów. Absolutnie do każdego warto wejść. Te ściany wykładane marmurem... zdobienia ociekające złotem. Patos i majestat.


Wnętrze Panteonu



Wspominałam o megalomanii antycznych rzymian? Cóż, pycha i wielkie ego kwitły w Wiecznym Mieście przez wieki i kwitną nadal. Papieże dzielnie kontynuowali uprawianie monumentalizmu. Oto skromniutki nagrobek Juliusza II ze słynnym Mojżeszem autorstwa Michała Anioła:




Piszę skromniutki, bo pierwotnie projekt uwzględniał 40 postaci naturalnej wielkości. Julcio nie znał ograniczeń! No i miał pod ręką słynnego rzeźbiarza, którego eksploatował bez zahamowań. Jednakże plan gargantuicznego mauzoleum nie doszedł do skutku, bo o ile Michał Anioł był geniuszem, to jednak nie umiał się rozdwoić. Papież namówiony przez zazdrośników Bramantego i Rafaela kazał mu przerwać prace nad rzeźbami i w międzyczasie pomalować Kaplicę Sykstyńską, unieszczęśliwiając tym samym artystę, który malarstwa w ogóle nie cenił. Jednak ów chwycił za pędzel i cóż, znamy efekt. Bramanti i Rafael nie mieli chyba zbyt wesołych min, kiedy zobaczyli freski... :D A grobowiec? Juliuszowi się zaraz prędko zmarło a po jego śmierci rozsądniej zaplanowano oprawę  jego wiecznego spoczynku. Nie trafił nawet do Bazyliki św. Piotra, a jedynie do... Bazyliki św. Piotra w Okowach, o wiele skromniejszego kościoła. I tam właśnie wznosi się jego znacznie odchudzony grobowiec, który i tak robi ogromne wrażenie. Dość wspomnieć, że sama figura Mojżesza mierzy ponad 2 metry! A nad nią na swoim sarkofagu leży Juliusz, wyciągnięty zalotnie, zupełnie jak nie papież...

A skoro już jesteśmy przy sprawach kościelnych, zabawne jest tropienie w Rzymie śladów "Aniołów i demonów", trasę według książki Dana Browna opisują przeróżne przewodniki, listę miejsc do odwiedzenia podaje na przykład www.rzym.it. Jeśli mam być szczera, film podobał mi się średnio, jest nudny i tylko Ewan McGregor w nim błyszczy, samą książkę próbuję ambitnie zmęczyć już od ponad miesiąca i nadal nie doszłam nawet do połowy... ale w zaliczanie trasy pod znakiem illuminatów bawiłam się i było świetnie, bo przy okazji zaznajomiłam się z twórczością Berniniego. :)





Trzeba przyznać,  że zwiedzanie Rzymu to ciężka robota. Trzeba mieć do tego dobrą kondycję i bardzo wygodne buty. Komunikacja miejska jest niezwykle pomocna i wcale niedroga, ale czasem po prostu było żal wsiadać w autobus lub metro i odebrać sobie możliwość przechadzki po nieodkrytych jeszcze okolicach. W rezultacie przeżyłam najbardziej męczące wakacje w życiu. I chętnie pojechałabym jeszcze raz!




Jako rasowa blogerka zaliczyłam słit focię na Schodach Hiszpańskich :D Podziwiam instagwiazdki wyczekujące chwil bez tłumów, to prawie niemożliwe... i nienaturalne, Rzym jest zatłoczony i już.




poniedziałek, 29 stycznia 2018

Koronkowy początek roku





Wszyscy już pewnie zrobili podsumowanie starego roku i listę postanowień na nowy rok, a u mnie pustki. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Tylko często przychodzi mi na myśl, że brakuje tu, w internecie, miejsca dla mnie. Nie szukam taniej popularności. Nie mam zamiaru sprzedawać bloga za lajki i zmieniać się pod dyktando trendów. Blogerzy stali się niewolnikami cyferek. Ilości wyświetleń, komentarzy, polubień na Fejsiku. A gdzie się podziała bezpretensjonalna radość tworzenia? Każdy chce uchodzić za eksperta, produkując porady, tutoriale, marząc o współpracy z jakąś znaną firmą. Bloger-człowiek zmienia się w blogera-tubę sponsorów. 
Nie lubię też na blogach takiego lukrowanego dobrego humoru i optymizmu kojarzącego mi się z sesjami u coacha, który każe być zawsze kreatywnym, widzieć szklanki do połowy pełne i absolutnie każdy błąd pokazywać jako szansę nauki na przyszłość. Chciałoby się zapytać, czy przypadkiem bloger nie zażył przed pisaniem posta środków poprawiających nastrój.  Ale może to ja mam problem z nieustającą dysforią, nie wiem. :)




Miniony rok był ciężki i bardzo intensywny. Chyba jestem z niego zadowolona. Uszyłam zaskakująco dużo rzeczy, zważywszy że wcale nie miałam na szycie dużo czasu, a nieraz nawet maszyny pod ręką zabrakło (na wyjazdach, zaplanowanych i nie). Nie wszystko jest udokumentowane na blogu. Tworzę ubrania i chodzę w nich, ale jakoś umykam zdjęciom. :) 

Za to kupowanie tkanin i dzianin idzie mi fantastycznie! Ze Szwecji przywiozłam zbiory zahaczające o granice zdrowego rozsądku, ale i tak potem dołożyłam do nich pamiątkę z Mariboru i mnóstwo zdobyczy z polskich sklepów. Myślę, że większość osób po zobaczeniu rozmiarów mojej kolekcji zemdleje. :D Możliwe, że i jak w końcu poczułam lekki przesyt. Do czasu, gdy odkryłam łódzkie koronki.




Jak na obdarzoną uczuciem lokalnego patriotyzmu łodziankę, wykazałam się niezłą ignorancją nie znając wcześniej firmy Fako. Chociaż nie, kojarzyłam nazwę, ale bardziej z klasycznymi firankami, których obecność w moim życiu skończyła się wraz z pożegnaniem mojego domu rodzinnego. :)  A zakład tymczasem istnieje  od kilkudziesięciu lat i produkuje nie tylko firanki, ale także niesamowite koronki odzieżowe, które są tak fajne, że  ponoć można je nawet zobaczyć na wielu naszych celebrytkach, a także podejrzeć w modowych pismidłach. I ja o tym do grudnia nie miałam zielonego pojęcia! Ale jak już nabrałam pojęcia, to natychmiast zaopatrzyłam się w kilka wzorów (a jest ich setki, życia by nie starczyło, żeby je wszystkie przeszyć). I te oto koronki są prawdziwymi bohaterkami pierwszego posta w 2018 roku. Czy nie są ładne? Choć puryści surowcowi będą kręcić nosem, bo to czysty poliester. Zawsze można dodać naturalną podszewkę, a przynajmniej kolor nie będzie zbyt szybko płowieć. :)




Postanowień noworocznych nie robię, aczkolwiek z tych koronek chcę coś uszyć, nie mogą zalegać w nieskończoność w pudłach. Muszę tylko znaleźć odpowiedni fason i coś pod spód - może w tym samym odcieniu, a może kontrastowym? Zobaczymy. :)

A inne postanowienie, z którym noszę się od dawna, więc trudno je podciągnąć pod styczniowe rezolucje, to zmiana nazwy bloga. "Tfurczy" pisany z błędem przestał już dawno mnie bawić, zresztą czasem wbrew intencjom był brany na poważnie i to było zupełnie bez sensu. Bo co za twórczość tu prezentuję, żeby o TWÓrczości gadać? To jest taka "tfu" tfurczość, eee twórczość. Ale dowcip się przejadł i pojawi się nowa nazwa. Nie wiem jaka. Nie mogę się zdecydować. :) Ale jak się pojawi, to się nie zdziwcie, to będę nadal ja. :)



niedziela, 22 października 2017

Mariborskie fantazje





Trzeba przyznać, że w tym roku wyjeżdżam za granicę częściej niż zwykle. Po powrocie ze Szwecji myślałam, że pobędę teraz w kraju już na dłużej, a tymczasem wypadł wyjazd do Mariboru w Słowenii. Impreza, w której miałam wziąć udział, organizowana była na tamtejszym uniwersytecie i nazywała się dumnie Winter School Design Week 2017. Polegała na tym, że miały się spotkać myśl inżynierska z designerską i pracować nad transdyscyplinarnością (nie mylić z multidyscyplinarnością), czyli umożliwić na przykład takiemu architektowi projektować buty. Organizacja była iście słowiańska - szczegółowy program poznałam dopiero po przyjeździe, jak również na miejscu w hostelu dowiedziałam się, że zarezerwowano mi krótszy nocleg niż obiecywano, więc w trybie natychmiastowym musiałam przebukowywać bilety powrotne. Na pierwszych zajęciach okazało się, że nie można uczestniczyć we wszystkich obiecanych warsztatach i trzeba wybrać tylko jeden. Na szczęście nie zlikwidowano wyżywienia, więc nie frustrowałam się na głodniaka. ;)




Maribor jest pięknym, słoweńskim miastem, drugim co do wielkości (zaraz po Lublanie). Wpadłam do niego po raz pierwszy dwa lata temu i spędziłam kilka godzin w sobotni wieczór. Tyle w zasadzie wystarcza, żeby go zwiedzić, starówka i centrum miasta są zwarte i większość atrakcji jest w zasięgu krótkiego spaceru. Oczywiście czas się wydłuża, jeśli chcemy przysiąść w którejś kawiarni lub lodziarni, a warto to zrobić, choć może atmosfera beztroski i wszechogarniającego chilloutu nie jest tak wyrazista jak u południowych sąsiadów. Porcje lodów są ogromne, kawa smaczna, a czasem do kawy można nawet przynieść własne ciastko, jeśli kawiarnia nie ma własnych. :)




Słowenia ma liczne winnice i świetne białe wina, nawet w markecie można kupić za kilka euro bardzo przyzwoite, co zdecydowanie sprzyja integracji w hostelu oraz rozwiązuje problem pamiątek z podróży. Kultura winiarska jest bardzo rozbudowana - co roku wybierana jest nawet słoweńska Królowa Wina, która staje się ambasadorem tego trunku w kraju i za granicą. Faktem jest, że winnice widziałam nawet w samym Mariborze, na zboczach masywu Pohorje. Tutaj znajduje się także najstarsza winorośl świata (ma 400 lat):




Na brzegu rzeki Drawa można przysiąść na ławce i poobcować z łabędziami. Uwaga - to wyuczeni na wielu naiwnych turystach terroryści! Jeden z nich w pewnym momencie zauważył, że sięgam do torebki i podszedł blisko sycząc ostrzegawczo. Cóż, było to klasyczne wymuszenie. Musiałam dać kawałek croissanta, żeby dał mi spokój, bo jestem przekonana, że dziobnął by mnie w stopę!


Łabędź bandyta.


Nie znalazłam w Mariborze żadnego sklepu z maszynami do szycia, ale było kilka punktów krawieckich, szewskich i tapicerskich. Było też kilka sklepów oferujących rękodzieło, widziałam torby, swetry, poncha, bambosze... no i oczywiście były też sklepy z pasmanterią i tkaninami. W samym centrum naliczyłam ich trzy, aczkolwiek dostępne materiały były w przeważającej części importowane. Jak się dowiedziałam od jednej pani sprzedawczyni, nie ma przemysłu tekstylnego w Słowenii. Aczkolwiek widziałam włóczkę słoweńską. :)

Ceny? Europejskie... na okazje i interesy życia nie ma co liczyć. Ale czy to znaczy, że nic nie kupiłam? Nooo... coś tam kupiłam. ;))


Witryna tapicera.

Sklep z tkaninami. Jeden z większych, jakie widziałam.


Choć miasto małe, to jednak odrobinę zabrakło mi czasu, żeby wszystko obejrzeć. Niestety obowiązki uniemożliwiły mi zwiedzenie Pohorje i wycieczkę do pobliskiego Ptuja. Może kiedyś. Jeśli ktoś ma ochotę odwiedzić Słowenię, to Maribor jest świetnym miejscem na krótkie wakacje lub dłuższy weekend. Polecam. :)

A moja zimowa szkoła w sumie też się całkiem nieźle udała. Trafiłam na warsztaty z plakatu, gdzie poznałam sympatycznego profesora Ladislava z Macedonii, ech, chciałoby się teraz pojechać do Skopje. :))) Stworzyłam 4 plakaty i koniec końców całkiem nieźle się bawiłam. A czy poznałam znaczenie transdyscyplinarności? W sumie to nadal nie wiem, co to naprawdę jest, ale jeśli jestem inżynierem, piszę bloga i dodatkowo szyję ciuchy, a kiedyś chyba nawet studiowałam wzornictwo, to może i nie muszę się nad tym zastanawiać.



piątek, 18 sierpnia 2017

Powrót do domu i jeszcze parę szmatek



Mój ulubiony środek transportu.

Każda podróż kiedyś się musi skończyć.

Powrót do Polski nastąpił jak zwykle nie w porę i zbyt wcześnie. Choć tym razem byłam już lekko znudzona, jednak było to spowodowane jedynie brakiem maszyny do szycia na podorędziu. :) 
Podróż na szczęście przebiegała trochę okrężną drogą, żeby jeszcze trochę pozwiedzać i odwlec moment pożegnania ze Skandynawią. I serio mam chyba szmaty zapisane w gwiazdach, skoro na pierwszym przystanku w podróży - szwedzkim Helsinborgu - znalazłam od razu dwa sklepy z tkaninami, choć specjalnie ich nie szukałam. Oba były już zamknięte (jeden miał przerwę wakacyjną) i chwała Bogu. Poza powyższymi Helsinborg posiada fantastyczny ratusz i przemiłe centrum z ogromem sklepów i knajpek. Bliskość Malmo sprawia, że mało się o nim mówi w internetach, sami z małżonkiem się zastanawialiśmy, czy nie lepiej właśnie pojechać do Malmö, ale koniec końców postanowiliśmy je zostawić na kiedy indziej. Tym bardziej, że z Helsinborga można się przeprawić do Danii promem, a promy to coś, co tygryski lubią najbardziej. :)


Okazała wieżyca pośrodku zdjęcia należy do ratusza.
  


Jedna z wielu knajpek w centrum Helsinborga. Nie widać tego, ale jest położona dokładnie naprzeciwko zabytkowego kościoła. Notabene kościół stoi na placu i cały jest otoczony knajpami i ogródkami barowymi i nie wygląda na to, by bliskość bawiących się ludzi obrażała czyjeś uczucia religijne.

Kolejny na trasie, duński Helsingør miał być zupełnie pominięty, bo głównym punktem programu była Kopenhaga, ale zaraz po przybiciu do portu wpadliśmy na pomysł, żeby rzucić okiem na twierdzę Kronborg - miejsce, gdzie Szekspir umieścił akcję "Hamleta". Rzucanie okiem w rezultacie trwało pół dnia, albowiem okazało się, że w zamku trwa przedstawienie na żywo i można oglądać poszczególne sceny sztuki w oryginalnych lokalizacjach! Nawiasem pisząc, okazało się przy okazji, że tak naprawdę nikt nie wie, czy Szekspir w ogóle odwiedził Kronborg - prawdopodobnie znał go tylko z opowieści swego asystenta. Twierdza była faktycznie siedzibą królów duńskich, dopóki jednemu nie znudziła się miejscóweczka i dał dyla do Kopenhagi. Prócz tego podstawowym jej zadaniem było pobieranie opłat od przejeżdżających przez cieśninę żeglarzy, a skuteczność ściągania kasy była duża dzięki armatom skierowanym na wodę. ;) Cóż, dzisiejsze bramki na autostradzie od razu wydają się bardziej przyjazne dla użytkowników - przynajmniej nikt z nich nie strzela!


Nie chciałabym być żołnierzem wroga i zdobywać tę chatę...

Duży domeczek, jednak jak mówią, sala balowa jest krótsza niż boisko piłkarskie. Ale chyba niewiele.

Kopenhaga mnie przeraziła. Po szwedzkich przestrzeniach ilość ludzi wtłoczona do stolicy Duńczyków była zatrważająca, a liczba rowerzystów jeszcze bardziej. Pasy dla rowerów są szersze niż dla aut! Jadąc samochodem strach jest skręcić w prawo, żeby nie spowodować kolizji z jakimś bicyklem... Po zaparkowaniu i przejściu kilkunastu kroków miałam ochotę dać sobie spokój ze zwiedzaniem i uciekać gdzie pieprz rośnie. Takiej odmiany Skandynawii raczej się nie spodziewałam, choć zdawałam sobie sprawę, że będzie tu bardziej europejsko niż choćby w Sztokholmie. Szwedzkie miasta, nawet popularne turystycznie, są raczej spokojne. Tu widoczny był wszechobecny pośpiech, hałas i zgiełk.


O ile pamiętam, to

Po dziesięciu minutach pobytu w stolicy moje nastawienie jednak uległo zmianie, albowiem znów trafiłam na szmaty. ;) Oczom mym ukazał się trzypoziomowy sklep Panduro Hobby. Wcale nie chciałam tam wchodzić, ale uległam namowom małżonka, który chyba bał się, że bez wspomagania humor nigdy mi się nie polepszy. Akurat była wyprzedaż tkanin Tilda, widziałam je wcześniej w Linköpingowym Panduro i zamarzyła mi się słodka sukieneczka na lato, jednak w końcu odpuściłam, bo ile można mieć tkanin... Tutaj promocja polegała na zakupie dowolnych 3 metrów za 100 duńskich koron (co daje 20zł za metr). Wybrałam wersję róże na ciemnym tle (na zdjęciu pierwsza z lewej) i już szłam do kasy, ale małżonek uznał, że mogłabym wybrać kolejne 3 metry w ramach "pamiątki z podróży". No to wybrałam dwa wzory po 1,5 metra i jeszcze dostałam pół metra kolejnego wzoru, bo sprzedawczyni nie zgadzały się centymetry (bo brałam resztki). Tym sposobem z Danii przywiozłam 6,5 metra szmat i to tylko i wyłącznie z winy małżonka, więc ewentualne oskarżenia o szmatowy zakupoholizm proszę kierować do niego.


Patrząc na ceny tkanin Tilda w Polsce, to chyba zrobiłam dobry interes. No i kurczę, śliczniutkie są te wzorki <3 br="">

Po epizodzie w Panduro Kopenhaga nabrała właściwych barw... nie, tak serio, nie wiem, co jest z tym miastem, że powoli wkradło się do mojego serca. Połaziliśmy z małżonkiem po niewielkim skrawku centrum, zjedliśmy kebaba w bułce, wypiliśmy kawę i na nic więcej nie starczyło czasu, trzeba było jechać na nocleg a następnego dnia rano ruszyliśmy w kierunku na Rostock i do Polski i Dania pozostała daleko za nami. Co takiego jest w tej bałaganiarskiej Kopenhadze, że zaraz po otworzeniu drzwi własnego mieszkania, zamiast tęsknić jak zwykle za Szwecją, myślę o podróży do Danii? Co takiego tam zobaczyłam, czego sobie nie uświadamiam, ale okazało się wystarczająco ważne, by zapomnieć o tym całym ludzkim bałaganie na ulicach i chcieć tam zaraz wrócić? Kiedyś będę musiała to sprawdzić...
 
Tymczasem od kilku dni jestem już w moim polskim domu.  Reasumując całe wakacje, nazbierałam mnóstwo szmatek, wyjątkowo dużo, nawet jak na moje standardy. W poprzednim poście pokazałam łupy z Ohlssonsa - tuż przed powrotem do Polski dokupiłam jeszcze kilka. ;)  Rozciągliwy żakard z przewagą wiskozy w składzie i absolutnie piękny, lekko kreszowany poliester w obłędny kwietny wzór:







Ale, ale :D to jeszcze nie koniec... upolowałam w końcu tkaninę z 50% zawartością tencelu, dzięki czemu będę mogła w końcu przebadać w praktyce te nowe, ponoć ekologiczne włókno i coś o nim opowiedzieć. No i jeszcze wspomnę o kilkunastu szmatkach ze szwedzkich secondhandów, które nie są specjalnie fotogeniczne, ale jakościowo bez zarzutu, o przyborach do szycia wypatrzonych na jarmarku i kilku ręcznie robionych koronach... I to by było na tyle w kwestii tekstylnych "pamiątek z podróży". :)