Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projektowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projektowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Sukienka, która nie pojechała na wakacje





Robienie własnych konstrukcji jest super. Ukończenie kursu jest jeszcze lepsze - pewnych rzeczy nie da się nauczyć z książek czy internetu. A posiadanie nietypowej figury to gwarancja, że doświadczenie będzie spływać na świeżo upieczoną konstruktorkę szerokim strumieniem. ;))

Dokładnie rok temu w wakacje popracowałam nad konstrukcją górnej części odzieży dla siebie. Wprawdzie miałam już jedną gotową, którą zrobiłam swego czasu w trakcie zajęć kursowych, ale potrzebowałam czegoś z mniejszym dodatkiem luzowym i dodatkowo po raz kolejny musiałam (niestety) zweryfikować swoje wymiary. Nie, nie przeszkadza mi, że nie noszę już od dawna rozmiaru 36, ale rysowanie wykroju dla kształtów odbiegających od średniej to nie jest bułka z masłem. Powiedzmy sobie wprost: rysowanie wykroju na duży biust jest kompletnie do bani. Wiedza kursowa to nie wszystko, książki to nie wszystko. Duży biust może dobić nawet doświadczonych projektantów, wystarczy spojrzeć na suknię ślubną Małgorzaty Rozenek. W sukni tej (autorstwa Evy Minge) złe dopasowanie nad talią stworzyło luźny namiot pod biustem a sam biust był spłaszczony. Ktoś by mógł powiedzieć, że trudno, widocznie tak musi być, ale internet roi się od przykładów dowodzących, że jednak można dopasować ubiór do ponadstandardowch piersi. Toteż i ja postanowiłam nie przyjmować do wiadomości, że istnieją jakiekolwiek ograniczenia i włożyłam wysiłek w zrobienie czegoś dla siebie - zresztą jakie miałam wyjście? Sklepy nie mogą mi wiele w tym względzie zaoferować... ;)

Oto Sukienka z Koronką na Przodzie:




Konstrukcja

Kiedy już robię dla siebie konstrukcję, zazwyczaj pierwszy uszyty z niej ciuch jest jak najprostszy. Dlatego góra tej sukienki dopasowana jest standardowymi zaszewkami, te piersiowe wyprowadziłam z bocznych szwów, taliowe są czysto książkowe - nic rewolucyjnego. Jeszcze zanim wycięłam części z docelowej tkaniny, zrobiłam przymiarkę z wersją eksperymentalną z surówki bawełnianej i wtedy zlikwidowałam drobniejsze niedoskonałości wykroju, jak odstający dekolt i nadmiar luzu pod pachami. Talię obniżyłam o 2 cm, a jako wykrój spódnicy wykorzystałam Kalinę, dodałam jej tylko dwie zakładki z przodu i ustaliłam, że będą przedłużeniem zaszewek taliowych, żeby linie się zgadzały. Na koniec wykonałam wykroje odszyć dekoltu i pach.

Szycie

Wiecie co? Lubię szyć ze swoich wykrojów. Mimo iż jestem z natury roztrzepana, to tutaj centymetry zawsze się zgadzają, punkty styku schodzą się tam, gdzie trzeba. Czysty relaks. Nie, żebym była tak doskonała i nieomylna. ;) Do szycia wybrałam drukowaną popelinę bawełnianą z dodatkiem lycry, długo już siedziała w zapasach i musiała w końcu zwolnić miejsce. Szyć zaczęłam niedługo po skończeniu konstrukcji, na przełomie sierpnia i września. Niedługo mieliśmy z małżonkiem ruszyć na wakacje, w planach był rejs do Karlskrony - pomyślałam, że sukienka przyda się na lans na statku. ;) I co? I nie wyszło. Najpierw okazało się, że zaszewki piersiowe w ogóle nie chcą się ładnie uszyć, są po prostu za głębokie! Nawet po poprawkach nie wyglądały idealnie... a potem z przerażeniem odkryłam, że wśród miliona posiadanych suwaków krytych nie mam ani jednego białego o długości 60 cm. I nie było szans, żeby go przed wyjazdem dokupić, bo wiadomo, że jak zwykle robiłam wszystko na ostatnią chwilę...

To teraz już wiecie, skąd się wziął tytuł posta. Sukienka nie pojechała na wakacje, bo jeszcze nie była skończoną sukienką.





W tym roku po powrocie ze Szwecji postanowiłam odkopać i i dokończyć kilka nieskończonych projektów, a przede wszystkim tę właśnie sukienkę. Zastanawiałam się, co mogę zrobić, żeby poprawić wygląd niezbyt ładnych zaszewek piersiowych. Wymyśliłam aplikację! Ręcznie wykonany koronkowy motyw wyszukałam w szwedzkim second handzie i kupiłam go specjalnie z myślą o naszyciu na przód. Koniec końców nie przykrył zaszewek, ale może ciut odwrócił od nich uwagę. 





Nareszcie, po roku oczekiwań, sukienka była skończona. Przymierzyłam ją przed lustrem... i poszłam pruć aplikację i odpruwać dół od góry, bo trzeba było pogłębić i przemodelować raz jeszcze zaszewki taliowe. Zobaczyłam bowiem w lustrze namiot pod biustem jak u pani Rozenek ;) Uff, po tych poprawkach nieodwołalnie uznałam prace za ukończone.




Wypadałoby pokazać ją na figurze, prawda? Chwilowo leży zwinięta w kłębek gdzieś koło kanapy. Małżonek przyniósł ją spod drzwi wejściowych, gdzie trafiła po ataku furii (zakończonej łzami i depresją) autorki posta, kiedy po dwudniowych wysiłkach nie udało się zrobić jej ładnych zdjęć. Wiecie, jeszcze nigdy nie byłam tak blisko skasowania bloga, jak po tej nieudanej sesji foto. Było mi przykro, że nie umiem zrobić ładnego zdjęcia, a potem żal się rozkręcił i potępienie przeniosłam na wszystko - umiejętności fotografowania, szycia, konstruowania, blogowania, dziwne że nie poszłam podrzeć dyplomu inżyniera włókiennika (to przecież byłoby logiczne, taaak). A sukienkę uznałam za paskudną.

Ona jest naprawdę pechowa!



niedziela, 26 lipca 2015

Kalina ver. 2.0





Marzenia marzeniami a życie układa własne scenariusze. Po skończeniu kursu konstrukcji myślałam, że będę projektować ciuch za ciuchem, ale okazało się, że nie da się złapać kilku srok za ogon i bawić się szyciem i jednocześnie utrzymywać przyzwoity poziom naukowy na uczelni. Dlatego skomplikowane projekty ubraniowe odłożyłam na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ale coś jednak stworzyłam. Proszę Państwa, oto Kalina 2.0:




Podstawową formę do tej spódnicy zrobiłam jeszcze na kursie. Jednym z zadań była konstrukcja na własne wymiary i w tym celu wszystkie uczestniczki wymierzyły się dokładnie, a ja nawet dwa razy - raz samodzielnie a raz przez, naszą wspaniałą instruktorkę. Wiadomo, że to, jak się zmierzymy, jest kluczowe do poprawności konstrukcji, więc nigdy nie zaszkodzi zrobić to dwukrotnie dla pewności. :) Kiedy już miałam wykrój, wymodelowałam go samodzielnie w domu, przekształcając spódnicę prostą w spódnicę rozszerzaną o linii A.


Tył spódnicy z centralnie położonym krytym suwakiem


Uwielbiam kieszenie, są dla mnie niezbędne w wielu sytuacjach, kiedy nie mogę mieć torebki, zatem nie odmówiłam sobie kieszonek w ulubionym kształcie:




Tkanina to gruba bawełna drukowana, znalazłam resztkę (około 1m) na Allegro i skusiłam się z myślą o uszyciu spódnicy ołówkowej, ale potem zmieniłam zdanie i postanowiłam, że będzie z tego moja Kalina. Oczywiście materiału było za mało, dlatego wewnętrzne wloty kieszeni wykroiłam już z innej tkaniny, z której powstało również obłożenie dołu. Pierwotnie miało być szersze, żeby zakryć niezadrukowany spód, ale nie chciało się układać. Nie jestem do końca zachwycona ostateczną wersją, bo obawiam się, że biel będzie widoczna podczas użytkowania spódnicy. Następnym razem podobną drukowaną tkaninę wykorzystam po prostu do modelu z podszewką,


 


Materiału ledwie starczyło na miniaturowy pasek (szerokość 1,5cm, dla mnie zupełnie ok). Suwak w kolorze zupełnie nieprzystającym ;D 
Nawiasem mówiąc w trakcie szycia pomyślałam, że kryte zamki nie nadają się zbytnio do grubych tkanin. Źle pracują, trudno je płynnie spinać i rozpinać. Może do wszywania trzeba zastosować inną technikę? Nie wiem, następnym razem użyję zwykłego. :)


Suwak jest wszyty odrobinę za daleko, ale ta bawełna jest tak sztywna, że i tak przeszkadza w rozpinaniu spódnicy... pół milimetra bliżej ząbków i skończyłoby się na pruciu i wymianie zapięcia...


Tyle zostało resztek :D


No dobrze, ale czemu spódnica nazywa się Kalina 2.0? Ano, bo to drugi egzemplarz Kaliny. :) Pierwszy powstał już dość dawno z cienkiego dżinsu i stał się jednym z moich ulubionych wiosennych ciuchów, choć okazał się za szeroki w pasie (choć zarazem bardzo komfortowy). Jakim cudem, skoro byłam tak dokładnie wymierzona a wszystkie obliczenia do spódnicy podstawowej robiłam pod kontrolą? Nie mam zielonego pojęcia, ale kiedy szyłam panterkowy model, uwzględniłam wcześniejsze doświadczenia i przy krojeniu cięłam okolice talii bez zapasów na szwy, zwężając ją o około 6cm. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas przymiarki wciąż miałam w pasie solidne luzy! Chyba nawet większe niż w Kalinie 1... Cóż, zwęziłam panterkę bo bokach kolejne kilka centymetrów... i wciąż nie było widać różnicy. No to dodałam zaszewki (oryginał ich nie przewidywał), łącznie kolejne 7 cm! i w końcu uznałam, że można wszywać pasek. Ufff. 

Tajemnicy, czemu spódnica na moje własne wymiary okazała się o tyle za duża, nie rozwiązałam. To nie wina tkanin, żadna nie miała zdolności do aż takiego rozciągania. Może coś z moją talią jest nie tak, bo to nie pierwszy raz, kiedy pas okazuje się za luźny. W każdym razie projekt Kalina na wersji panterkowej najprawdopdobniej się zakończy a ja pomyślę o nowej konstrukcji. Może tym razem zmierzy mnie małżonek? ;)))



wtorek, 7 kwietnia 2015

Pani konstruktor





Jednym z moich nielicznych noworocznych postanowień było ukończenie kursu konstrukcji odzieży damskiej. Wprawdzie konstrukcją już się bawiłam i rezultaty chyba nie były najgorsze, ale brakowało mi wsparcia fachowca, kogoś, kto wyjaśni wątpliwości bądź potwierdzi, że rozumowanie jest prawidłowe. Jak niejednokrotnie na blogu wspominałam, krawiectwo to dziedzina, która najlepiej się udaje, gdy możemy się uczyć od żywego człowieka. ;) Kiedy się okazało, że będę mogła sobie sfinansować taki kurs, to nie wahałam się długo i wysłałam zgłoszenie do Europejskiej Akademii Mody.
Europejska Akademia Mody działa w Łodzi od wielu lat (chyba już niedługo będzie obchodzić trzydziestolecie działalności?). W jej ramach przez długi czas można było się nauczyć nie tylko konstrukcji odzieży damskiej lekkiej, ale również konstrukcji odzieży męskiej, bielizny i rysunku żurnalowego. Swego czasu kursy prowadził pan Ryszard Kowalczyk - tak, autor sławnych książek od konstrukcji. W tej chwili w ofercie akademii pozostał jedynie kurs konstrukcji odzieży damskiej lekkiej a wykładowcą jest pani Agnieszka Spiegielhalter, wspaniały fachowiec, a do tego bardzo życzliwa i cierpliwa osoba. :)

Zajęcia odbywały się co tydzień w soboty i niedziele, łącznie dało to 70 godzin intensywnej nauki. Zaczęliśmy niewinnie od konstrukcji spódnicy. Sądziłam, że będę się nudzić (co to za filozofia wykroić spódnicę, prawda?), ale już po dwóch godzinach nie wiedziałam, za co mam się chwytać - za ołówek i rysować linię? za długopis by zapisywać mnóstwo rad i trików podawanych przez panią Agnieszkę? Dowiedzieliśmy się najpierw, jakie są standardy konstrukcji spódnic, a następnie co w konstrukcji lepiej nie zmieniać, o czym należy pamiętać przy dopasowywaniu do konkretnej sylwetki, a na koniec w którym miejscu możemy wykrój zmieniać według własnych upodobań i nic złego się nie stanie. Podobnie intensywnie przerobiliśmy sukienki, bluzki, żakiety i kilka odmian pasujących rękawów. Przestudiowaliśmy konstrukcję kołnierzy wszelkiego rodzaju, zarówno do bluzek jak i do żakietów. Dowiedzieliśmy się, jak projektować wyroby z dzianin i skonstruowaliśmy body i legginsy. Zrobiliśmy dwie różne konstrukcje spodni i studiowaliśmy zależności powodujące złe układanie szwu siedzeniowego.Naprawdę było co robić i po całym dniu zajęć niejednokrotnie wracałam do domu nieprzytomna. Korzystaliśmy z systemów polskich i niemieckich, pani Agnieszka łączyła najlepsze metody kilku autorów tak, żeby osiągać jak najlepsze rezultaty.

W ostatni weekend chętne osoby mogły podejść do egzaminu zawodowego. Prawdę mówiąc sądziłam, że będzie łatwiejszy. ;))) Ale się udało. :) 

Myślę, że choć kurs nie jest najtańszy, to jednak wart jest zainwestowania czasu i pieniędzy. Nie żałuję ani złotówki  i już nawet zapomniałam, że po odebraniu dyplomu zamiast świętować marzyłam jedynie o spaniu. ;) Pozostały mi po nim materiały (które dostaliśmy bez dopłaty) - ołówki, długopisy, różowy zeszyt na notaki, podręczniki... i olbrzymia wiedza, którą teraz trzeba będzie przekładać na praktykę. 

P.S. Na zajęciach robiliśmy konstrukcję bluzki na własne wymiary. W domu postanowiłam zrobić muslin, by sprawdzić czy to działa... Nic nie trzeba było poprawiać. No, może dodać zaszeweczkę barkową , ale niekoniecznie... Szok i niedowierzanie. ;)))) Nietrudno się teraz domyślić, że kurs gorąco polecam? :D
 


piątek, 13 marca 2015

Wytrychem w ubranie



Jeśli komuś podobał się polski Project Runway, to zapewne ogląda również drugą edycję, która aktualnie ma już drugi odcinek za sobą. Niespecjalnie śledziłam wersję amerykańską, więc i wieść o rodzimej nie wzbudziła większej ekscytacji. Owszem,  kilka odcinków obejrzałam, ziewałam przy kolekcjach końcowych, zanudziłam się na śmierć sztucznie indukowanymi aferami typu "kto mi schował nożyczki" a załamałam, kiedy nadszedł odcinek, w którym projektanci mieli ubrać figury nietypowe (gośćmi byli Marcin Prokop i Dorota Wellman) i kompletnie się pogrążyli. Okazało się, że osobom aspirującym do grona Chaneli i Diorów najzwyczajniej w świecie brakuje podstawowego warsztatu - znajomości konstrukcji i proporcji. Figura modelki o wymiarach 90-60-90 wiele zniesie - jak choćby brak zaszewek, w końcu tu i ówdzie można materiał podciągnąć, przyciąć, przymarszczyć... W "prawdziwym" życiu podobne triki na dłuższą metę się nie obronią. 

Chociaż nie! Jest sposób, żeby odnieść sukces. Oto rady cioci Aire dla początkujących designerów:
  1. Używaj dzianiny gdzie tylko się da. Ona Ci wiele wybaczy. Szyj proste worki i trzymaj kciuki, żeby nie wpadły w oko osobie z tłuszczykiem na brzuszku. Biedna klientka pomyśli, że moda nie jest dla niej, a tymczasem nie zawinił tu jej nadmiar w pasie, ale Twój brak w głowie. ;)
  2.  Jeśli już musisz użyć nierozciągliwej tkaniny (co za los), to jest na to magiczne słowo: oversize! Ukryj figurę w luźnym płaszczu. Prostokąt na tył, prostokąt na przód i dwa mniejsze na rękawy. Zrób rozmiarówkę do rozmiaru 40, wiadomo, fashionistki nie pozwolą sobie na większe obwody a na większych paniach i tak wszystko wygląda źle. No, ciekawe czemu. ;) Nie szyj spodni, bo polegniesz na dopasowaniu. Szyj spódnice, ale te marszczone, jeszcze byś musiał, niedajpanBóg, dopasowywać do bioder...
  3. Nie umiesz wszyć paska do spódnicy? Na co komu pasek? Oto kolejne ważne słowo: minimalizm! Im mniej elementów ubrania, tym łatwiej. I taniej i szybciej. Kieszenie nakładane, kurtki bez kołnierzy, haftki zamiast dzierganych dziurek na guziki.
A najlepiej szyć coś prostego, z dzianiny i oczywiście oversize. Proste, prawda? :) Trzy proste słowa-wytrychy. Czy któryś z młodych projektantów jest w stanie wyłamać się z powyższego schematu? 

A ja tymczasem postanowiłam spełnić swoje noworoczne postanowienie i właśnie uczę się konstrukcji i modelowania na kursie w Europejskiej Akademii Mody. No, ale nie jestem modelką i muszę się jakoś ubierać. ;P I choć wiedziałam już co nieco na temat konstrukcji, to jednak nauka pod okiem profesjonalisty ma zupełnie inny poziom. Tu wytrychy zmieniają się w pięknie wyrychtowane klucze. ;) Nawet nie sądziłam, że będzie mi się podobać tak bardzo, ale naprawdę jestem zachwycona i gdybym tylko miała więcej czasu, już bym pewnie szyła kilka sukienek i spódnic. Niestety nie mam ani jednego dnia wolnego conajmniej do końca miesiąca, wliczając w to nawet weekendy... ale co się odwlecze...





sobota, 16 sierpnia 2014

Sukienka, Która Na Pewno Się Nie Uda(ła)





Ta sukienka miała się nie udać. Bo niby czemu miałaby zrobić mi tę uprzejmość? Od samego początku czułam się podczas szycia podejrzanie dobrze. Wymodelowałam zaszewki piersiowe i zrobiłam szybki muslin, tak dla porządku, bo staram się być dokładną krawcową*. Zwęziłam lekko ramiona. Dół powstał w skandaliczny sposób, przedłużyłam po prostu linię wykroju bluzki i zamknęłam zaszewki, żeby uzyskać linię A. Czułam się tak zajefajna jak Brummig, bo akurat podczytywałam sobie jej bloga :)
A potem okazało się, że nie wiem, gdzie mam talię, a bez tej wiedzy nie wiem, gdzie usadowić szew łączący górę z dołem. W dopasowanym kroju nie ma przebacz - wszystko musi leżeć we właściwym miejscu. Talia została wyznaczona eksperymentalnie poprzez prucie i przymierzanie i okazało się, że jest wyżej o kilka centymetrów. To ci dopiero :)
A na koniec udało mi się wdać suwak kryty w szew z tyłu i utworzyć tym samym malownicze fale na plecach. To wtedy pożaliłam się na Facebooku, że mam tej kiecki dość. ;))) Ale ponieważ I Tak Miała Się Nie Udać, to ją dokończyłam, bo co mi szkodziło.

I tak powstała sukienka, którą sama wymyśliłam i sama zrobiłam konstrukcję. :)






Wiecie - zazwyczaj kiedy szyję, marudzę bardzo mocno; wszyscy moi najbliżsi zaświadczą, że mam ochotę rzucać każdy swój projekt w diabły, bo czuję, Że Się Nie Uda. Ale szycie na podstawie własnych wymiarów daje niesamowity komfort. Źle wszyty suwak czy przesunięcie pasa to drobiazgi, które owszem, psują humor na chwilę, ale za to na mecie po wypięciu ostatniej szpilki mamy ubranie, które PASUJE**. Po przerobieniu lekcji z konstrukcją nawet poprawa gotowych wykrojów będzie szła sprawniej. 
Tylko mierzcie się dokładnie ;)))

* A ponieważ dokładność nie jest moją naturalną cechą, po każdym szwie muszę odpocząć i przemyśleć całe życie, by zmotywować się do kolejnego dokładnego szwu. I stąd gotowe rzeczy pojawiają sięna blogu raz na ruski rok :D
** No dobra, w talii powinnam była jeszcze trochę zwęzić, hmm. 


niedziela, 9 czerwca 2013

Zmagania z perfekcją



Prawie zawsze mam ambiwalentne odczucia względem projektów, które właśnie skończyłam, niezależnie czy chodzi o gotowanie zupy czy szycie ubrania. Rzeczywistość rzadko w stu procentach odpowiada początkowym wyobrażeniom, czasem w trakcie pracy trzeba zmienić założenia (bo zabrakło marchewki do zupy albo nie można znaleźć odpowiedniej podszewki) i spódnica musi mieć inne wykończenie), a czasem bierze górę niecierpliwość, zmęczenie, brak motywacji, znudzenie... wszelkie te powody, które mieszają w głowie odbierają pewność ręce i skutkujące czasem słabo przyprawionym daniem, a czasem krzywym szwem.

Bliscy najczęściej nie rozumieją moich uczuć. Zupa jest smaczna a spódnica śliczna. Nie słuchają moich tłumaczeń, że "miało być inaczej", albo "popatrz, przecież tu ewidentnie poszłam na łatwiznę i słabo to wygląda", kończąc na quasi błagalnym "NAPRAWDĘ TEGO NIE WIDZISZ???". Ano, okazuje się, że nie widzą a ja dowiaduję się, że przesadzam z samokrytyką i powinnam w końcu odpuścić. Ale czy na pewno?

Jesteśmy wszyscy przyzwyczajani do obniżania jakości. Gotujemy z łatwych w obróbce półproduktów i zapominamy, że istnieją świeże zioła i warzywa, które mogą się obejść bez vegety. Tysiące sieciówkowych marek osiąga olbrzymie dochody, choć oferują ubrania słabej jakości, zarówno jeśli chodzi o tkaniny, z których są szyte, jak i samą jakość szycia.  Z jednej strony, to nie jest całkiem złe zjawisko, bo kiedy widzimy, że coś możemy osiągnąć stosunkowo niskim kosztem - wydziergać szalik, upiec francuskie rogaliki z gotowego ciasta - to chętniej to robimy a łatwość pokonania pierwszej poprzeczki podtrzymuje zainteresowanie samodzielnym robótkowaniem. Z drugiej strony - czy istotą rękodzieła nie jest staranność wykonania, jakość nieporównywalna z fabryczną i pewna unikalność wywodząca się z charakterystycznych cech naszej osobowości? Dążenie do ideału jest chyba wpisane w image twórcy.

Wysoko postawione cele mogą demotywować i często cierpię z tego powodu ;)  ale ulgę przynosi zmiana podejścia. Twórczość (tfu! rczość;)) powinna być swoistą ścieżką rozwoju. To  wyimaginowane dzieło, które zrobimy za rok, na pewno będzie lepsze niż to, które tworzymy dziś. Natomiast dziś jesteśmy lepsi niż wczoraj a nasze dzieło jest po prostu dokument z chwili obecnej. Nie musi być lepsze, bo jest wystarczająco dobre. :) Z biegiem czasu będziemy coraz bogatsi w wiedzę i doświadczenie. Ułóżmy własny, prywatny system ISO, którym będziemy oceniać jakość naszych prac, ale bez nadmiernej presji. W końcu, jak mawiał Bernard Shaw, ideały są jak gwiazdy - jeśli nie można ich dosięgnąć, trzeba się przynajmniej według nich kierować. :)

A tymczasem zdjęcia spódnicy kloszowej w trakcie szycia. Kupiłam jakiś czas temu w internecie kupon wiskozowego szantungu, który  na żywo okazał się inny, niż się spodziewałam. To znaczy - szukałam tkaniny identycznej do szantungu, który już posiadałam, ale mój miał w składzie wiskozę z lnem i lajkrą a ten miał wiskozę i lajkrę bez lnu... Przeoczyłam ten drobiazg i po obejrzeniu nabytku na żywo musiałam zarzucić pomysł na spódnicę z zakładkami - bez lnu tkanina nie ma ciężaru i zakładki nie spływałyby po figurze wystarczająco gładko (choć generalnie szantung i zakładki nie wykluczają się wzajemnie, jednak moja wizja miała swoje założenia). Tkanina poszła na półkę aż po dwóch miesiącach wróciła, by stać się spódnicą z pełnego klosza - tu jej lekkość nie będzie przeszkadzać, bo klosze mogą mieć pewną objętość i nie dodają tym kilogramów.

Jednym słowem, moje standardy ISO bardzo surowo określają dobór tkaniny do projektu. ;) A spódnica zapowiada się niezwykle prosto i zwyczajnie, choć postanowiłam nie wykańczać jej zygzakiem w żadnym miejscu - używam tylko ściegu stębnowego, stosuję szwy francuskie i inne sposoby ukrycia ciętego brzegu.
Oczywiście już teraz marudzę, bo coś poszło nie całkiem prosto...








Przy okazji prezentuję nowe tło zdjęć, czyli świeżo złożoną szafę z wyszukanym w necie gałkami ceramicznymi wymalowanymi w pastelowe kropki. Sama takie gałki wymyśliłam i wyjątkowo zrealizowany pomysł mi się podoba! 


czwartek, 17 maja 2012

Mały sukces pozaszyciowy :)



Kiedy nie szyję/dziergam/pisze o nitkach, bywam przedsiębiorcą (moja firma związana jest z branżą włókienniczą) a czasem bywam również grafikiem.

Jakiś czas temu zlecono mi projekt okładki książki - i oto jest. Moja pierwsza okładka w życiu! :)




Opis książki można przeczytać na stronie wydawnictwa. Skądinąd wiem, że to jest naprawdę rzetelnie napisana, bogata pozycja, tym bardziej cieszy mnie, że miałam udział w projektowaniu szaty graficznej. Jedynie zdjęcia nie są mojego autorstwa. 

Robiłam już małe projekty graficzne na zamówienie, ale okładka książki to debiut, zatem proszę o łagodną krytykę ;)