Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włókiennictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włókiennictwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 października 2019

Prawie jak milion dolarów





Ostatnio dokonałam rewolucji w swoim życiu, albowiem zachciało mi się nowych rzeczy,  a wśród nich nabyłam chęci zostania doktorem. Jest to dość niecodzienne, bo jeszcze pięć lat temu, kiedy od przemiłego profesora usłyszałam, że z taką motywacją do pracy to spokojnie pójdę na doktorat, to nawet brew mi nie drgnęła, za to w wyobraźni spadłam pod biurko, zemdlałam a potem umarłam ze śmiechu, że niby co, że ja??? Noo, dobry żart, ja jestem PRAKTYKIEM, ja nie uprawiam nauki tylko szukam praktycznych rozwiązań, dlatego chciałam być inżynierem, tytuł inżyniera kocham i łechtam się nim kiedy tylko mogę. No, ale robienie inżynierki było taką kozacką zabawą, że dałam się namówić na magisterkę, a ta okazała się jeszcze wspanialszym wyzwaniem, bo w sumie na napisanie dyplomu miałam 2 tygodnie, a w pewnej chwili istniało duże prawdopodobieństwo, że będę ją pisać w szpitalu. No i skończyło się tak, że magisterkę obroniłam i tego samego dnia był ostatni dzień na złożenie papierów do szkoły doktorskiej. I ja te papiery złożyłam.

A potem poszłam wypić porządnego drinka z adekwatną do sytuacji zawartością alkoholu.

I teraz poniekąd mogę się nazywać ofiarą pana ministra Gowina, albowiem jestem pierwszym rocznikiem, kiedy obowiązują nowe przepisy o szkolnictwie wyższym, czyli nie ma już starych studiów doktoranckich, tylko są szkoły doktorskie i niby wszystko jest zapisane w ustawie, ale nikt nie wie o co chodzi, a co gorsze, nie ma już dyscypliny naukowej włókiennictwo, jest za to inżynieria materiałowa. A drugą straszną rzeczą jest ucięcie godzin dydaktycznych dla doktorantów, a ja marzyłam, że będę wbijać studentom do głowy, że DO JASNEJ ANIELKI, POLIESTER NIE JEST WŁÓKNEM SZTUCZNYM TYLKO SYNTETYKIEM. 

Bo ustawa chce, żebym na doktoracie robiła jednak naukę a nie skupiała się na dręczeniu studentów. :D





Oczywiście, pierwsze co zrobiłam po ustabilizowaniu swojej sytuacji życiowej, to uszyłam sobie spódnicę z syntetycznego zamszu. 

Szycie to ta dziedzina mojego życia, gdzie rządzę. Mogę trzymać się zasad, albo mogę je łamać, od początku do końca sama decyduję o wszystkim. Nikt mi nie może niczego narzucić. Szycie to ogromna ulga po czasie, kiedy trzeba było się dostosować do surowych uczelnianych zasad tworzenia  dzieł. Po licznych stresach szycie zawsze uosabia dla mnie wolność.

Zamsz, który kupiłam, to w zasadzie dwustronna dzianina - od spodu jest jasnoszary dżersej, a z wierzchu zamsz i wiecie co - nie mam pojęcia, jak się taki materiał robi. :D Tzn coś tam można zauważyć, że to są dwie warstwy dżerseju, jedna gładka, druga drapana udaje zamsz, ale jak się je łączy... może klejem albo poprzez zgrzewanie, wszystko jedno, całość z pewnością nie jest hitem ekologii, ale technicznie jest godne pochwały. I z pewnością jest tanie w produkcji, bo inaczej nie byłoby czegoś podobnego w każdej sieciówce.

Spódnica powstała z mojego wykroju, który już wykorzystałam do produkcji czarnej spódnicy z tego posta, ponieważ wciąż odczuwam chorą fascynację spódnicami z godetami, czyli nie jest wykluczone, że ten blog niedługo zmieni nazwę na Blog o Spódnicach z Godetami. 




A szyło się standardowo, czyli:
  • najpierw fascynacja "mam zajedwabisty pomysł godny haute couture"!
  • potem krojenie i gratulowanie sobie, że dodało się zawczasu na papierowym wykroju zapasy na szwy;
  • potem pierwsze szwy konstrukcyjne, luz i bajka;
  • następnie tygodniowe dylematy, czy warto te szwy przestębnować i w ogóle jak to wykończyć;
  • następnie zorientowanie się, że nie ma się pojęcia, JAK TO WYKOŃCZYĆ, bo przecież nie można normalnie tego podwinąć, musi być lamówka;
  • awaryjny wypad po lamówkę, bo ta w domu się nie nadaje;
  • dół i depresja, bo pomysł na spódnicę to z pewnością porażka, no i kto to słyszał, żeby robić ją taką szeroką, normalnie kto ma siły podwijać te 30000000 metrów dołu? KTO SZYJE TAKIE DZIWACTWA??? a poza tym  nowo zakupiona lamówka jest brzydka;
  • wszycie brzydkiej lamówki;
  • deprecha, bo wszyło się brzydką lamówkę i ogólnie poziom tego ciucha jest poniżej poziomu akceptacji;
  • czekanie dwa tygodnie na wszycie zapięcia do paska i rozmyślanie, czy kiedykolwiek uwierzę, że suwak kryty można wszyć też do wysokości paska i wtedy żadne dodatkowe zapięcie nie jest potrzebne. No wiecie, jak w spódnicach ze sklepu. 
  • wszycie zapięcia do paska i poukrywanie wystających nitek;
  • tygodniowe patrzenie krzywym okiem i w końcu decyzja o założeniu. :)




No i okazuje się, że fajnie się nosi taką zamszową spódnicę i pozostaje podziękować pogodzie, że umożliwiła mi założenie jej w tym tygodniu i lanserkę na uczelnianym kampusie.  Przy okazji zauważyłam dziwną rzecz, bo kiedy tak łaziłam po uczelni, nagle niektórzy pierwsi powiedzieli mi dzień dobry. Pewnie się zagapili, albo byli w szoku. :D




Na zdjęciach zauważyłam, że trochę widać, że spódnica nie leży w talii, tylko poniżej, więc proporcje są ciut zepsute. Niestety przez kilka miesiący od powstania wykroju zdążyłam schudnąć, a dodatkowo zamsz jest rozciagliwy i mimo zwężania nie udało się właściwie go dopasować. No, najwyżej jak znów utyję, to przynajmniej jedna rzecz będzie rosła razem ze  mną :D A tymczasem, czy wy wiecie, jak ona furkocze podczas chodzenia??? Kiecka instytucja, najpierw ją słychać, a potem przychodzę ja. :D:D







No i, podsumowując, obecnie odczuwam niecodzienne zadowolenie z siebie, czuję się jak ten tytułowy milion dolarów albo James Cameron na rozdaniu Oscarów, ale spokojnie, jak tylko napiszę jakiś naukowy tekst i moi wspaniali mentorzy po nim pojadą (a pojadą na pewno, bo muszą i powinni), to mi poziom samooceny spadnie i znów będzie normalnie. 


Najwyżej znów coś sobie uszyję.



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Sukienka sierpniowa... a poza tym, czemu skręcają się szwy w ubraniach?



 


 Najlepiej, kiedy dużo się dzieje... taaak, ale najgorzej, jeśli się tak powie w złą godzinę! Na ten rok, pod względem "dziania się", zdecydowanie nie mogę narzekać. Jedno jest pewne - jeśli myślimy, że nic już się w życiu nie wydarzy, a przyszłość rysuje się jako prosta droga, to takim myśleniem kusimy los, żeby dał nam pstryczka. I wtedy robi się ciekawie. 

Ale w ogóle to miało być o wzorze na sukience. Dajcie mi coś pstrokatego, to zaraz będę uradowana jak sikorka na widok kawałka słoniny. Ta wiskozowa dzianina spełnia całkowicie potrzebę szaleństwa, dzieje się na niej duuużo. :) Kiedy wybierałam ją w Jazz&Silk, chłonęłam wzrokiem  barwne plamy i tak byłam nimi zaaferowana, że oczywiście nie zauważyłam, że deseń ma wyraźne pasy. Sprawa wyszła na jaw, kiedy podczas krojenia sukienki od razu okazało się, że mamy do czynienia z całkiem dużym raportem i niestety - albo wymyślony projekt pójdzie do zmiany, bo po prostu w oryginale nie zmieści się na kuponie, albo utnie się części byle jak, albo osoba odpowiedzialna za zakupy (.... no ja, niestety) wyskoczy z kasy na dodatkowy kawałek materiału. 

No i... osoba odpowiedzialna za zakupy (...tak, ja...) z tej kasy wyskoczyła. Bo opcja cięcia "jak leci" bez zachowania nieszczęsnego raportu groziła poważnym konfliktem moralnym a zmiana projektu zaburzeniem równowagi życiowej.




Wykrój częściowo pochodzi z Burdy Szycia Krok po Kroku. To ten sam model co niebieska sukienka z Rzymu., zmieniony jest tylko dół. Wykrój ten trzaskam już po raz siódmy, od miesięcy nic innego nie szyję, już zaczynam mieć mdłości na jego widok, ale co poradzę, że jest taki wdzięczny do szycia? I niewiele trzeba, żeby całkowicie zmienić jego charakter, a do tego dobrze wygląda zarówno w dzianinie, jak i w tkaninie. Wiskozowa dzianina daje najdelikatniejszy efekt, zresztą wystarczy spojrzeć na zdjęcia - falbana na dole ma obwód, bagatela, 3 metry, a w ogóle tego nie widać.









A teraz kilka słów o skręcaniu się szwów w ubraniach z jerseyu. Ogólnie wychodzi na to, że problem wygląda inaczej w zależności kogo się o niego spytamy. Dlaczego szwy się skręcają? Dziewiarz powie, że to wina szyjących. Wykończalnik powie, że wina dziewiarza. Czy ktoś nie powinien pociągnąć do odpowiedzialności także przędzalnika? 
Pytałam o to mnóstwo bardzo mądrych osób, ale także sama obserwowałam, jak się przędzie nici, jak się dzieje jersey, jak się wykańcza dzianiny, a na koniec sama takie dzianiny szyłam. I myślę, że krawcowe są tutaj najmniej odpowiedzialne za złą jakość odzieży. Popularne przekonanie, że szwy się skręcają, bo nie tnie się prosto wykrojów, to bujda na resorach. Przecież gdyby tak było, to żadna odzież z dzianiny nie trzymałaby prostych szwów! A przecież tak nie jest - moja pstrokata sukienka jest prosta jak archetyp linii prostej. A bywalcy Facebooka pamiętają, jak się zżymałam nad innymi dzianinami, które były krzywe jeszcze przed jakąkolwiek ingerencją nożyczek.
Dzianina to efekt wieloetapowej, włókienniczej pracy. Na każdym etapie coś może pójść nie tak, a kolejne mogą czasem (celowo lub nie) zakrywać błędy poprzedników. Może być kiepska przędza. Mogą wyjść błędy na dziewiarkach. W przypadku jerseyu są to zazwyczaj dziewiarki cylindryczne, dzianina z nich schodzi w formie rękawa. W takich dziewiarkach nitka zawsze ciągnie w jedną stronę, więc w sumie trudno się dziwić, że potem dzianina też się skrzywia w jedną stronę. Aczkolwiek nie powinno tak być, nie siedzę w temacie, ale jestem pewna, że są sposoby na zapobieżenie takim przeciągnięciom. A jeśli nie wyjdzie? No to mamy wykańczalnictwo, mechaniczne, termiczne, chemiczne. Stabilizuje się dzianinę na przeróżne sposoby. Tutaj też może coś pójść nie tak. Bo na przykład panowie na maszynie wykończalniczej "pracują od 30 lat i wiedzą lepiej jak coś dogrzać". Bo "tak się zawsze robiło". A czasem np. nie można po prostu dogrzać dzianiny, kiedy przędza za słaba. I wracamy do początku.
Czy wobec powyższego, krzywe szwy to na pewno wina krawcowej? Nie. Z mojego doświadczenia wynika, że można szyć wszystko, a dzianina się skręci, albo nie skręci. Zazwyczaj wychodzi to zaraz po dekatyzacji.Wyprana dzianina odsłania wiele swoich wad. Rządki i kolumienki przestają trzymać kąty proste względem siebie (czasem to widać jeszcze przed praniem!). Jeśli będziemy próbować ją prostować, to po kolejnym praniu i tak wróci do swojej zwichrowanej formy. Ja, kiedy trafiam na taką dzianinę, po prostu odpuszczam i kroję ją taką krzywą, decyduję tylko, czy trzymać się np. linii nadruku czy linii rządków. Oczywiście jest to nie do końca zgodne ze sztuką krawiecką, która każe się trzymać linii prostej kolumienek (czyli tej wzdłuż dzianiny).  Ale to działa i szwy po praniu pozostają już proste a ubranie trzyma fason.

Podsumowując, krzywe krojenie nie powoduje krzywych szwów. Odsłania tylko błędy producentów.

Nooo, wygadałam się. :D 



poniedziałek, 6 lipca 2015

O żakardach



Mam słabość do żakardów. Kiedyś kojarzyły mi się źle, nie wiem, możliwe, że spotykałam same paskudne. :) Wydawały się też bardzo zobowiązujące, zbyt poważne i eleganckie. I takie.. obrusowate. ;)))  Ale kiedy odkryłam w sobie wewnętrzną sroczkę (ach, mogłabym zaśpiewać z krasnoludami... złoto, złoto, złoto, zło...) i jednocześnie mocne zamiłowanie do pstrokacizny, żakardy przeżywają w moim świecie renesans.

Teoretycznie żakard odnosi się do tkaniny powstałej na krośnie Jacquarda, a dokładnie mówiąc, na krośnie z mechanizmem przesmykowym Jacquarda. Mechanizm ten, w dużym skrócie, zarządza nitkami osnowy podnosząc je w określonej kolejności tak,  aby nitka wątku tworzyła na tkaninie określony przeplot. Każda nitka osnowy jest sterowana osobno, dzięki czemu liczba możliwych wzorów do wykonania staje się praktycznie nieograniczona. Wspaniała sprawa, prawda? Teraz - na pewno tak, kiedy osnową możemy sterować komputerowo. ;) Ale początkowo zarządzanie nitkami odbywało się za pomocą kart perforowanych, a przygotowanie takiej karty nie było najlżejszym zajęciem pod słońcem. Wymagało dużej koncentracji, bo każda pomyłka w wybijaniu wzoru skutkowała pracą od samego początku. Istniało nawet osobne stanowisko, patroniarz (patronami nazywano właśnie te karty perforowane), co jest dowodem, że  wzorowania nie można było zrobić w przysłowiowym "międzyczasie". Na szczęście pojawił się Polak, Jan Szczepanik, który udoskonalił sposób nanoszenia wzoru i to dzięki jego wynalazkowi właśnie wzory żakardowe zdobyły popularność.




W tkaninach z krosien Jacquarda raport (czyli powtarzalna część wzoru) może być (jest) bardzo duży. Ale w sklepach są tkaniny o drobnym raporcie, takim jak poniżej:


Żakard bawełniany z florystycznym nadrukiem. 

Być może do wytworzenia powyższego wzoru wcale nie potrzeba maszyny żakardowej, wystarczyłby klasyczny mechanizm nicielnicowy. Mimo wszystko tkanina nazywana jest żakardem. Bo gdyby sprzedawca nazwał ją po prostu tkaniną wzorzystą (lub drobnowzorzystą), to nikt by się nie domyślił, że nie chodzi o barwny nadruk tylko o fakturę splotów. :) Dlatego dystrybutorzy nie komplikują sobie życia i często stosują nazwy - wytrychy. i nie ma się czemu dziwić, bo identyfikacja tkanin to zło wcielone a wiem o tym, bo sama tej wiosny nad tym pracowałam i dużych sukcesów nie odniosłam... Zresztą nawet tzw autorytety mają odmienne zdania.


Jeszcze jeden drukowany żakard. Groszki na bordowym tle są tak wyraziste, że splot jest prawie niewidoczny, ale po powiększeni zdjęcia zobaczycie roślinne zawijasy. Czemu drukuje się tkaniny żakardowe? Pewnie dlatego, że jest to tani sposób wzbogacenia wzoru w przeciwieństwie do skomplikowanych maszyn tkackich.


Na koniec adamaszek. Przygotowując tekst na bloga, przekopałam podręczniki akademickie i inne książki a na koniec zahaczyłam o źródła internetowe. Jak brzmi prawidłowa definicja? A więc: na pewno jest to tkanina wzorzysta. Czyli żakardowa (prawdziwa żakardowa;)). Zbudowana jest ze splotu atłasowego a tło "ma splot przeciwstawny w stosunku do motywu" (cyt. Janusz Szosland "Podstawy budowy i technologii tkanin"). Aha, i jeszcze kontury wzoru muszą mieć schodkowy kształt! Inne źródło ("Leksykon włókiennictwa") dodaje, że adamaszek może być broszowany dodatkową nitką osnowy lub wątku, co brzmi już bardzo poważnie, ale nie rozwódźmy się nad tym, bo od mętliku w głowie uratuje nas Alison Smith w "The sewing book": adamaszek to tkana bawełna żakardowa z motywem kwiatowym, wykonana z jednobarwnej przędzy. Pasuje? Pewnie tak, bo użytkownika zwykle niewiele obchodzą niuanse wzornicze (czy ktoś mierzy gęstości upakowania osnowy i wątku, żeby odróżnić batyst od fulardu?)




Najpiękniejsze żakardy są niestety bardzo drogie, szczególnie gdy zależy nam na dobrym surowcu (dobry nie oznacza z włókien naturalnych, czasem dodatek syntetyku jest potrzebny dla stabilizacji wzoru). Trzeba liczyć na promocje. :) Na szczęście zdarzają się takie w sklepach, więc raz na jakiś czas możemy zaszaleć. :)



sobota, 10 stycznia 2015

Powrót konceptu małej spódniczki





Zima to dobry czas na krótkie spódnice. Pasują do wysokich kozaków i wcale nie jest w nich chłodniej niż w spodniach. Oczywiście, trzeba najpierw dobrać odpowiednią tkaninę - dla mnie najważniejsza jest jej zdolność do izolacji przed podmuchami zimnego wiatru. Skład paradoksalnie ma tu mniejsze znaczenie, okazuje się, że to nie surowiec ma największe znaczenie (choć wełna jest zawsze dobrym wyborem), ale struktura materiału. Kiedy taki wniosek wyniknął z zeszłorocznych testów w labie, byłam zdziwiona, bo jak to? Poliester może być barierą termoizolacyjną? Ano, może. Dlaczego poliestrowe kurtki puchowe grzeją? Bo w syntetycznym, puszystym wkładzie są zamknięte przestrzenie powietrzne, które umożliwiają zachowanie komfortu cieplnego. W podobny sposób działa ubieranie się na cebulkę, ale to tak na marginesie.

Wybrałam sobie na spódniczkę zimową dzianinę punto o przewadze poliestru w składzie, bo uznałam, że splot interlokowy zapewni wystarczającą (dla mnie) izolację przed zimnem. Kolor wybrała mi koleżanka Julka. :) Fason to kopia małej spódniczki z zeszłego roku, pasuje mi i szybko się szyje (poza ręcznym marszczeniem, ale z tego nie zrezygnuję na rzecz maszynowej stopki do marszczenia). Koszt wyniósł około 25zł, więc kiedy znów zacznę chlapać wokół siebie płynem wiskozowym, to strata nie będzie duża. :|




Punto jest o tyle wdzięczne w szyciu, że nie trzeba zupełnie do niego owerloka. Całość wyszła spod zwykłej maszyny do szycia. Owszem, zewnętrzne szwy są bardziej wyraziste niż z maszyny owerlokowej, ale zastosowałam je z premedytacją, choć mogłam w zasadzie wszystkie łączenia zrobić prawie niewidoczne.

Kilka zbliżeń:






Gdyby ktoś był zainteresowany zakupem dzianiny punto stacjonarnie w Łodzi, to polecam Włókno-Land, fantastyczny sklepik w centrum prowadzony przez przemiłego pana i panią. Powyższe punto kupiłam właśnie tam. Mają tam jeszcze obłędne tkaniny pościelowe  i inne cuda, znają dobrze składy i potrafią doradzić w wyborze. Mnie na pewno będą często u siebie widywać. ;)))


niedziela, 4 stycznia 2015

Krótki przewodnik dla kupujących tkaniny (i dzianiny a także gotowe ubrania)



Co my tu mamy... gabardyny, żakardy, dzianiny, bawełny patchworkowe, flanele...


W chwilach szczerości, rzadkich i przeżywanych bez większego entuzjazmu, przyznaję po cichutku, że BYĆ MOŻE ;) jestem tkaninową zakupoholiczką. Ubiegły rok uszczuplił nieco zapasy, bo nie miałam czasu na buszowanie po sklepach i starałam się wykorzystywać to, co mam, jednak końcówka roku przyniosła totalny regres. Najpierw małżonek przywiózł ze Szwecji pełną torbę tkanin patchworkowych (wcale aż tyle nie chciałam!) a potem była Gwiazdka i jakiś prezent ode mnie dla mnie się należał, prawda? :D W każdym razie powyższe zdjęcie pokazuje zaledwie ułamek moich zasobów. Jedną, malutką półeczkę. :D

Nie jest specjalnie trudno wybrać tkaninę (lub dzianinę) dobrej jakości, nawet jeśli kupujemy w sklepie internetowym. Jednak nigdy nie wyeliminujemy ryzyka i najtroskliwiej obmacana na żywo tkanina  może sprawić niespodzianki w szyciu i praniu. Producenci są naprawdę różni i różne mają priorytety - kiedy cenę stawiają nad jakością (ludzie chcą mieć tanio, jak najtaniej), to w pewnym momencie jakości może zabraknąć. Ale czasem nie trzeba szukać koniecznie najdroższego i najlepszego, na sukienkę do codziennych spacerów z Jimbo naprawdę nie muszę mieć bawełny długowłóknistej i bez skrupułów sięgam po jakieś budżetowe płótno.

Przygotowałam krótką listę na co warto zwrócić uwagę podczas zakupów i o czym warto pamiętać, zanim wyciągnie się portfel. 

  1. Nazewnictwo tekstyliów
  2. Na rynku panuje w tej kwestii pomieszanie z poplątaniem. Musimy nauczyć się odróżniać surowce włókiennicze (czyli włókna) od produktów włókienniczych, czyli rzeczy zbudowanych z włókien.
    Surowcem włókienniczym są włókna bawełniane, celulozowe (w tym wiskozowe), poliestrowe, poliamidowe, poliakrylonitrylowe (zwane najczęściej akrylowymi), poliuretanowe (elastyczne), jedwabne, zwierzęce typu wełna, merino, mohair, kaszmir, alpaka i wiele innych. Każdy producent włókien sztucznych i syntetycznych nadaje im najczęściej własną nazwę handlową. Na przykład elana jest nazwą handlową włókien poliestrowych a lycra to nazwa włókien poliuretanowych (a dokładnie wytwarzanych przez firmę DuPont). Czasem nazwa handlowa staje się tak popularna, że staje się synonimem całej grupy, jak np. wyżej wymieniona elana, ale trzeba pamiętać, że polieter może się też kryć pod innymi nazwami. Na przykład jako trevira.
    Kiedy już mamy surowiec włókienniczy, to możemy z niego wytworzyć produkt. W przędzalni powstają nici, a z nich dalej tkaniny i dzianiny. W zależności, jaką strukturę (czyli sposób łączenia i przeplatania nitek)) zaprojektujemy, dostajemy produkty o różnych splotach. Od splotu zazwyczaj pochodzi nazwa tkaniny. I tak otrzymujemy płótno, satynę, żakardy, krepy itp.
    A zatem: jeśli ktoś sprzedaje żorżetę, zapytaj o skład, bo żorżeta mówi nam tylko o strukturze a nic o składzie. Jeśli ktoś sprzedaje elanowełnę, zapytaj o rodzaj tkaniny (czy to gabardyna? żakard?). Jest to dość istotne, bo od splotu często zależy układalność gotowego  wyrobu.

  3. Przeznaczenie tkaniny
  4. W sklepach często spotykamy się z kategoriami "tkaniny sukienkowe", "tkaniny wizytowe" itd. Jest to w pewnym stopniu pomocne, jeśli chcemy mieć ubranie o wyglądzie klasycznym. Ale w modzie już dawno odeszliśmy od szufladkowania tkanin. Kiedyś z batystu szyto bieliznę i chusteczki, obecnie Burda proponuje z batystu letnie spodnie. Z szyfonu szyje się sportowe bluzy a z koronki jesienne płaszcze. Wszystko jest dozwolone i mamy tu duże pole do fantazji. 
    Warto sprawdzić przed zakupem jak tkanina się układa. W sklepie stacjonarnym łapiemy tkaninę między kciuk i palec wskazujący, podnosimy do góry i patrzymy, czy podoba nam się sposób,  w jaki tkanina spływa w dół, czy jest ciężka, "lejąca", czy też lekka i sztywna. W sklepie internetowym oglądamy zdjęcia i oceniamy sposób układania fałd na zdjęciu. Tu trzeba się posiłkować opisem sprzedawcy, bo nie wszystko widać (trudno ocenić grubość).

  5. Kupujemy byle nie kota w worku
  6. Unikam kupowania w miejscach, gdzie sprzedawcy nie wiedzą, co sprzedają. Bez informacji o składzie nie będzie udanej transakcji. Dodam, bez informacji o dokładnym, procentowym składzie. Nie interesują mnie opisy "wiskoza z poliestrem". Ile tej wiskozy? To robi różnicę! Nie interesują mnie opisy "milutka tkanina na sukienki, bluzki, spodnie". A co, mówi dzień dobry, dziękuję i przepraszam? ;) Nie, ma być czarno na białym co kupuję, bo od tego zależy komfort użytkowania i warunki prania. Niektóre tkaniny należy dekatyzować przed szyciem (bawełna), syntetyki zazwyczaj nie.
    Zdjęcia. Powinien być widoczny splot i układalność. Im więcej szczegółów, tym mniej niespodzianek. Zdjęcie czasem więcej mówi o splocie niż opis, zawsze możemy porównać z tkaniną, którą już posiadamy, jest szansa, że ta na zdjęciu będzie się zachowywać podobnie.
    Im więcej tkanin i dzianin przejdzie przez nasze ręce, tym mniej wpadek zaliczymy przy zakupie z internetu. Patrzenie i dotykanie buduje nasze doświadczenie.
    Hmmm, mam nadzieję, że nie zabrzmiało to "im więcej kupujesz, tym więcej wiesz" ha ha (podpisano zakupoholiczka).

  7. Ubrania z sieciówek
  8. Proste zasady. :) Znów - sprawdzamy skład i go interpretujemy. Tanie bawełniane koszulki nie będą się wyciągać dzięki dodatkowi lycry. Tylko nie pierzmy ich powyżej 40 stopni! Lycra to zbawienie dla osób z mniejszym budżetem na ubrania. Naprawdę może utrzymać w ryzach fason. Niewielki dodatek poliamidu również odejmie nam kilka trosk.
    Klasyczny płaszcz zimowy z czystego poliestru  nie utrzyma ciepła, chyba, że założymy pod spód kilka warstw swetrów. Co innego płaszcz puchowy, trzyma ciepło, ale w przebywając w nim w pomieszczeniach co wrażliwsi mogą się udusić, bo puch syntetyczny nie oddycha. Dalej, im delikatniejsza i tańsza tkanina, tym mniej trwała. Jeśli na wieszaku czarne ubranie jest całe w białych paprochach, to takie będą zawsze. Jeśli jest zagniecione - nie odprasujemy go w domu na błysk. Szkoda zachodu. Jeśli upatrzony sweter jest pozaciągany, to nie szukamy drugiego egzemplarza, bo też się pozaciąga. Na pierwszej imprezie. ;)



Ekhem, miał być krótki przewodnik? :)  Zdaję sobie sprawę, że dotknęłam zaledwie czubka góry lodowej i temat jest wart rozwinięcia. Póki co polecę jeszcze książkę. "Encyklopedia materiałów odzieżowych" Gail Baugh jest bardzo przyzwoita i pomocna i nawet nie ma rażących błędów merytorycznych. :)



wtorek, 4 marca 2014

Mały triumf





4,77 

Taką średnią udało mi się zdobyć na studiach w minionym semestrze. Jak na politechnikę to chyba całkiem nieźle? 
Ale ja mam włókiennictwo w sercu i genach - po rodzicach, babci... i teściach. ;)


Mam nadzieję, że to wystarczy za usprawiedliwienie, czemu na blogu było cicho jesienią i zimą...



poniedziałek, 28 października 2013

Punto czyli czar PRL-u



Dawno już nie byłam tak bardzo zmęczona, jak w październiku. Na tyle zmęczona, że przez kilkanaście dni niemalże nie wiedziałam, jak się nazywam, a na samą myśl o aktywności wykraczającej poza niezbędne minimum chciało mi się płakać. Wszelkie plany tfurcze poszły w kąt na czas nieokreślony a ja marzyłam o spaniu. Na szczęście kryzys minął i pewnego słonecznego dnia wpadło mi na myśl, że właściwie dobrze byłoby uszyć sobie kolejną spódnicę.
I uszyłam. :)


Zwykła, prosta spódnica maxi z karczkiem. Nic oryginalnego. :)

 
Dzianina punto bije rekordy popularności, wszyscy z niej szyją i wszyscy ją chwalą. Wydawałoby się, że to nowość na rynku tekstyliów, jednakże dzianina ta jest znana od wielu, wielu lat - nazwę punto di roma można znaleźć w podręcznikach dziewiarstwa z wczesnych lat osiemdziesiątych, a być może jej początki sięgają jeszcze dalej. Jest to nazwa handlowa dzianiny typu interlok (interlock), charakteryzującej się, mówiąc najprościej, dwiema stronami prawymi. Jest identyczna z wierzchu i od spodu dzięki splataniu dwóch warstw zwykłej dzianiny w taki sposób, by lewa strona oczek była niewidoczna nawet podczas rozciągania. A skoro mamy dwie warstwy, to wiadomo, że punto będzie raczej cięższa od pojedynczych dzianin (np. od zwykłego dżerseju), oraz co oczywiste grubsza i cieplejsza.

Przyznam, że dopóki nie zamówiłam swoich dwóch metrów, nie bardzo kojarzyłam, jak to z tym punto jest, ale pierwszy rzut oka po rozpakowaniu przesyłki wystarczył. Moje melanżowo-grafitowe punto to jakby zjawa z PRL-u - choć dzianina trafiła się całkiem niezłej jakości, miękka i gładka, jednak wciąż czuć ten charakterystyczny syntetyczny "chwyt" i nawet kolor kojarzy się z przygnębiającym czasem kończącej się epoki komunizmu. Choć kupowałam mieszankę wiskozy i poliestru, to jednak wiskozy jest widocznym stopniu zdecydowanie mniej i właściwie nic w niej nie zachwyca. Nic poza niesamowitą układalnością. 

Punto ze względu na ciężar jest niezwykle lejące i dodatkowo w ogóle się nie gniecie. Jest idealne do drapowania, układania w fałdy i wszelkich konstrukcji, które mają miękko opływać sylwetkę. I do tego wygodnie się kroi i szyje! Jak wiadomo, obywam się bez owerloka i szycie spódnicy z punto nie sprawiło kłopotu - a posłużyłam się wiekowym Pfaffem 1475cd zwanym pieszczotliwie Tofikiem, którego fejsbukowicze poznali już jakiś czas temu. :)


Prawa i lewa strona punto są identyczne.


Wybraliśmy się dziś na rodzinny spacer nad stawy a spódnica okazała się idealna do szorowania nią po plaży w towarzystwie nieodłącznej Jimbo. Ta psica nie odpuści żadnej okazji do lansu, więc wybaczcie, że spódnicy na zdjęciu właściwie nie widać ;)))


Prawda, że spódnica układa się w rasowe fałdy? Jest taka... powłóczysta. :)
Na zdjęciu wygląda, jakby sięgała zaledwie do kostek, lecz w rzeczywistości można nią zamieść wszystkie liście w parku.


Pewnie spróbuję z punto jeszcze raz - może inny kolor budziłby mniej skojarzeń, a może większa zawartość wiskozy dałaby bardziej szlachetny wygląd? Szkoda by było zrezygnować z dzianiny z tak dużymi możliwościami modelowania. A gdyby jeszcze cena była niższa...




środa, 15 maja 2013

Krótka historia zielonej spódnicy





Bardzo lubię włókna wiskozowe.Produkuje się je z celulozy, którą pozyskuje się z drzew, czyli pod pewnymi względami mają wiele wspólnego z włóknami naturalnym - surowiec rośnie sobie tak jak len czy bawełna. Zazwyczaj to świerk lub sosna (a w Chinach bambus:)). Jednakże w procesie produkcji celuloza ulega znacznym przekształceniom tak, że prawidłowo należy nazywać ją celulozą regenerowaną i powstałe  z niej włókna wiskozowe nie do końca już są "naturalne" (o ekologii nie wspominając). Jednak nie są też włóknami czysto syntetycznymi! Syntetyki (poliamid, poliester) nie mają źródeł występujących naturalnie w przyrodzie. Wiskoza za czasów moich studiów była włóknem sztucznym.* Obecnie niektórzy zaliczają ją już do włókien naturalnych, choć wydaje mi się, że to jednak pewne nadużycie.

W każdym razie - wiskozę (i inne włókna celulozowe) cechuje szereg przyjemnych właściwości. Można zrobić z niej szereg tkanin i dzianin o najróżniejszych chwytach i grubościach, zapewnia dobrą wchłanialność wilgoci (pod tym względem wygrywa z bawełną!) i wspaniale się układa dzięki swojemu ciężarowi.
Może nie jest marzeniem ekologa ze względu na bardzo nieekologiczny sposób wytwarzania (pochłania dużo wody i produkuje paskudne chemiczne odpady), ale generalnie przemysł włókienniczy nie jest i nigdy nie był przyjazny dla środowiska. We włókiennictwie nie uciekniemy od chemii.

W moim znajomym sklepie kupiłam swego czasu kawałek pięknej limonkowej dzianiny wiskozowej, ale w pamięci utkwiła mi jej żywozielona wersja. Wytrzymałam tydzień, aż w końcu w poniedziałek dręczona wizją spódnicy maxi pojechałam po kawałek. Nie można walczyć z natchnieniem. :)
Na miejscu okazało się, że cena jest jakby inna niż zapamiętałam (miało być 16zł a było 25zł...) a do tego panie klientki zrobiły taki rozgardiasz, że koniec końców nie zdążyłam już do sąsiedniej pasmanterii, bo po prostu ją zamknęli. I tym sposobem zostałam z silną potrzebą szycia, ale bez nici i akcesoriów!
Czy mogło być gorzej?
Na szczęście nie było. :)

 Oto moja spódnica:





Dzianina wiskozowa jest ciężka i lejąca, dlatego wszelkie marszczenia wyglądają na niej bardzo gładko i szlachetnie. Początkowo planowałam szybką robótkę, czyli zwykłą spódniczkę na gumkę, ale nieutrudnianie sobie życia byłoby nie w moim stylu ;) i wymyśliłam kontrastowy pas z nierozciągliwej tkaniny i zapięcie na suwak. Przetrząsnęłam pół domu, żeby znaleźć odpowiednią szmatkę i kolor suwaka - i udało się! A potem jeszcze raz los się do mnie uśmiechnął i w szufladce znalazłam również zielone nici w identycznym odcieniu. :)
Stało się to już grubo po północy, więc zapewne poniedziałkowy niefart zamienił się po prostu we wtorkowe szczęście głuptaka. :D a spódnica zyskała prawie niewidoczne podwinięcie:




Szycie skończyłam o czwartej nad ranem a kiedy nastał dzień właściwy, włożyłam nową kiecę i poszłam do Strimy na warsztaty z crazy patchworku. A tam spotkałam się z piękną Ewką, autorką Eduszki, bawiłam się świetnie i tylko żałowałam, że czas tak szybko mija...

Wszystko dobre, co się dobrze kończy.


Aire na przystanku w okolicach placu Reymonta dziś wczesnym popołudniem. :)


* Przyznaję bez bicia, że do szału doprowadza mnie mylenie włókien sztucznych i syntetycznych. Wprawdzie oba rodzaje należą do tej samej grupy włókien chemicznych, ale tych nazw nie używa się zamiennie!

 

piątek, 12 kwietnia 2013

Krepa satynowa i co z niej wynikło



Pewnego razu wpadł w moje ręce kawałek pięknej czarnej tkaniny, po jednej stronie błyszczącej, po drugiej chropowatej. Eleganckiej jak satyna lecz o wiele wygodniejszej w szyciu.  

Krepa satynowa.  

To tkanina będąca technicznie kombinacją splotów krepowych i satynowych. Efekt krepy, czyli ziarnista powierzchnia, uzyskiwana jest przez łączenie w wątku nitek o różnym skręcie, czyli skręconych na kształt litery S oraz na kształt litery Z. Oprócz tego nici skręca się bardzo mocno - liczba skrętów na metr może wynosić nawet 3000. Co z tego wynika? Możemy odpowiedzieć sobie na to pytanie, samodzielnie przeprowadzając eksperyment: weźmy do ręki dowolną nić i zacznijmy skręcać ją wokół osi. W miarę kręcenia nić się skraca i twardnieje, robi się bardziej szorstka. Liczba skrętu ma też wpływ na wytrzymałość mechaniczną, ale w tym przypadku ten szczegół można pominąć. Takie właśnie nici skręcane w dwie różne strony tworzą efekt krepy.
Każdy (lub prawie każdy) zna conajmniej jedną tkaninę z efektem krepy. Crêpe Georgette czyli swojska żorżeta jest bardzo szeroko rozpowszechniona, najczęściej produkowana z włókien poliestrowych lub wiskozowych, choć trzeba pamiętać, że pierwotnie nazwa była zarezerwowana dla tkaniny jedwabnej. Jest prosta w budowie, nici osnowy i wątku ułożone są w zwykły splot płócienny. Podobna jest do niej krepa szyfonowa (czyli "ziarnisty" szyfon), tkanina o splocie płóciennych, ale bardziej przezroczysta.
W obu tych krepach łatwo pomylić prawą i lewą stronę, są praktycznie identyczne. Natomiast nasza bohaterka, krepa satynowa, na prawej stronie jest gładka i połyskliwa, ponieważ tkanina wyplatana jest inaczej, . Nitki krepowe pojawiają się w wątku widocznym po lewej stronie a splot satynowy daje efekt błyszczącej strony prawej. 

Krepa satynowa to tkanina ciężka, zwarta i mniej gniotliwa niż zwykła satyna. W zależności od surowca użytego do tkania może być cieńsza lub grubsza, ale zawsze pięknie się układa. Miękko opływa sylwetkę, ale nie jest zwiewna.

Chciałam wypróbować krepę satynową w praktyce i pojechałam do wskazanego sklepu po solidny kawałek na sukienkę. Pani ekspedientka nie słyszała nigdy tej nazwy, ale kiedy wyciągnęłam próbkę z torby, uśmiechnęła się szeroko.
"Ach, chodzi pani o żorżetosatynę!" 
Hmmm. Niech będzie. ;-P Kupiłam trzy metry, mimo zabawnej nazwy i tego, że była w całości z włókien poliestrowych.

I po kilku miesiącach powstała taka sukienka:





Model okładkowy (118B) z Burdy 1/2012 wydawał się prosty i wykorzystywał dwoistą naturę krepy satynowej. Spod wierzchniej warstwy sukienki miała wystawać nieco dłuższa krepowa halka, jednowarstwowy żabot miał pokazywać i połysk, i chropowatość. :) Nowoczesny, prosty fason, nieskomplikowany wykrój - wszystko sugerowało prędką i łatwą robótkę.

Niestety, było jednak ciężko.
  • Wykrój w rozmiarze 38 okazał się za duży, na dzień dobry trzeba było skrócić dół i rękawy, bo przy całej układalności krepy nie można było uniknąć skojarzeń z workiem pokutnym. 
  • Sukienka teoretycznie miała się lekko zwężać na dole (na kształt odwróconego trójkąta), ale w praktyce żeby uzyskać ten efekt musiałam pogłębić skos o 1 cm z każdej strony (łącznie 4cm z obwodu na dole). Sukienka zrobiła się zgrabniejsza.
  • Ze zdjęć w Burdzie wynika, że linia ramienia jest obniżona, ale w takim razie główki rękawów są za wysokie. I to też widać w Burdzie. Nic nie poprawiałam, bo zauważyłam już podczas wszywania rękawów.
  • Nie mam nic przeciwko owerlokom, ale żabot skonstruowany tak, że można go wykończyć jedynie ściegiem rolującym, to nie jest najlepszy pomysł. Ja użyłam gęstego zygzaka, bo owerloka nie mam, ale wolałabym bardziej elegancki sposób. Na szczęście maszyna spisała się wyśmienicie i jakość ściegu została nawet pochwalona przez osoby trzecie.
  • Moja poliestrowa krepa okazała się  ZA GRUBA na dwuwarstwowy strój, więc zlikwidowałam halkę - spod sukienki wystaje odcięta część przyszyta do obłożenia. Zmarnowałam kawał tkaniny. :(
  • Nad całym szyciem zawisło jakieś fatum! Każdy etap trwał dwa, trzy razy dłużej niż powinien i naprawdę nie wiem dlaczego. Do szycia użyłam Pfaffa z górnym transportem i nie mogłam narzekać na jakość szwów, nie zrywało mi nici, nic się nie przesuwało... Ale wciąż musiałam coś poprawiać. Docinać. Mierzyć na nowo. Zirytowałam się na tyle, że tuz przed końcem odłożyłam sukienkę na bok i dopiero wczoraj, po trzech miesiącach, postanowiłam ją wykończyć. No i jest gotowa i może nawet ją włożę w najbliższą niedzielę. Choć wcale jej nie lubię! ;)




Na ujęciu z bliska widać różnicę między spodnią i wierzchnią strona krepy satynowej. Pani w sklepie wspomniała, że jest to chętnie wybierany przez klientki materiał na stroje wieczorowe. Zgadzam się, że się nadaje do owych celów, choć sugerowałabym jednak poszukanie wersji szlachetniejszej, wiskozowej lub oczywiście jedwabnej. W syntetyku jest po prostu duszno. Poza tym - polecam. Warto się tą tkaniną zainteresować.


środa, 2 marca 2011

Psy i włóczki



Dziś chciałabym przedstawić państwu Jimbo. :)




Jimbo to wielce charakterna, dziesięcioletnia sunia. Jest bardzo niezależnym psem, ma własne zdanie na wiele tematów i nie bierze niczego na wiarę (nowości należy obwąchiwać przed oddaniem w ręce państwa!). Lubi towarzyszyć mi we wszelkich poczynaniach - swego czasu pomagała segregować włóczki (rozwłóczenie 400-metrowego motka zajmuje dokładnie sześćdziesiąt sekund), obecnie przy krojeniu tkaniny na podłodze służy jako swoisty przycisk (nieco chybotliwy...) oraz testuje nowe dzieła (np. nurkuje w świeżo wydzierganym swetrze lub sprawdza użyteczność nowej poduszki).
W tej chwili ułożyła się wdzięcznie na nowo zakupionych Burdach. :)

Kiedy zbliża się wiosna i szanowna Jimbo zaczyna gubić sierść, wtedy, chcąc nie chcąc, przypominam sobie o włóczkach przędzonych z psiego podszerstka. :)


Kilka lat temu pojechałam pierwszy raz do Szwecji. Pierwsze, co postanowiłam zrobić, to znaleźć i kupić włóczki, które w Polsce nie były dostępne w ogóle, lub dostęp był bardzo utrudniony. Szczególnie zależało mi na jedwabnej - ale o perypetiach z tym związanych napiszę kiedy indziej. ;)
W szale poszukiwań (i męcząc się w dżungli obcego, szwedzkojęzycznego Google.se ;)) natknęłam się na małą, skromną stronę anglojęzyczną. Właścicielka owej strony reklamowała swoje usługi w przędzeniu nici z sierści ulubionego, domowego zwierzaka.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czy chciałabym mieć sweter z własnego psa? Czy ktokolwiek by chciał? Pomysł nie przypadł mi do gustu i uznałam, że trafiłam najwidoczniej na jakąś lokalną ciekawostkę.
Jednakże psie i kocie włóczki nie są aż tak rzadkim zjawiskiem. :) W 1983 roku Stanisława Czyżkowska w książce "Tkactwo ręczne" wspomina o przędzeniu wełny z sierści pudla. Dziś w internecie roi się od witryn, na których można zamówić włóczkę z ukochanego pieska. Zasada jest prosta. Najpierw ulubieńca wyczesujemy, następnie wysyłamy zebrany podszerstek pod podany adres... i za jakiś czas otrzymujemy przesyłkę zwrotną z włóczką gotową do przerobu na sweterek lub szaliczek. Możemy również zamówić gotowy ciuszek.
Włóczka z psa ma nawet własną nazwę: "chiengora", czyli "psia angora".

Jakie zalety ma psia angora?

Daje ciepło, ponoć o wiele większe niż wełna z owcy. Nawet nietrudno w to uwierzyć, jeśli kiedykolwiek zdarzyło się nam być ogrzewanym przez psiaka. ;) Sweter z czystej chiengory nie daje się nosić zbyt długo - za bardzo grzeje! Szwedzka producentka psiej wełny Ingrid Spetz pisze:
"Vantarna kan i början kännas som om de inte värmer, men efter ett tag blir det så varmt att man måste ta av dem för att händerna är svettiga."

"Rękawiczki początkowo nie wydają się ciepłe, jednak po pewnym czasie stają się tak gorące, że trzeba je zdjąć, bo ręce są spocone"


Przy szwedzkich temperaturach spadających nierzadko grubo poniżej zera i porywistym, mroźnym wietrze, jest to mocny argument za zainwestowaniem w bardzo kudłatego psa. ;D

Inna właściwością psiej wełny jest jej puszenie. Gotowy wyrób po pewnym czasie zaczyna jakby zwiększać puszystość - miniaturowe włókienka tworzą na powierzchni delikatną warstwę niby futerka. Owo futerko dodatkowo wpływa na trzymanie ciepła.
Psia wełna jest również odporna na wilgoć, może mieć również połysk i miękkość kaszmiru. Charakteryzuje się dużą trwałością.
Do wad należy zaliczyć brak elastyczności, dlatego do wyrobów wymagających dopasowania do ciała (jak skarpetki) warto łączyć chiengorę z wełna owczą. Choć niektórzy piszą, że wystarczy dobrać odpowiedni splot dziewiarski (ściągacz?).

Oczywiście dla wielu najważniejsza będzie wartość sentymentalna. ;) Włóczka lub czapka będzie dla nich drogą i wyjątkową pamiątką po zwierzaku.

Jimbo ma bardzo gęste i miękkie futro. Choć jest małym psem, porze linienia gubi zatrważające ilości podszerstka - bywa, że trzeba odkurzać dwa razy dziennie, prócz tego dokładnie ją wyczesywać. Swetra jednak nie planuję i nie tylko dlatego, że nie umiem prząść. ;) Zainteresowani na pewno znajdą instrukcje w necie do samodzielnego wykonania.
Miłej zabawy! ;)


środa, 16 lutego 2011

Pashmina





Czym jest pashmina?
Większość osób, którym zadamy to pytanie, najprawdopodobniej odpowie, że jest to długi i cienki szalik wykończony frędzlami, wykonany z różnych surowców - wełny, bawełny, wiskozy. Tani, dostępny wszędzie - od markowych sklepów, przez bazary, na Allegro kończąc; i zazwyczaj w niskiej cenie, ok. 15zł. ;)

Większość osób się myli.

Pashmina pochodzi z słowa "pashm" - wełna, które rozwinęło się w "pashmineh" - oznaczający produkt z wełny. Wedle źródeł ojczyzną pashminy jest region północnych Indii i Pakistanu - historyczna kraina zwana Kaszmirem, choć wzmianki o wełnianych szalach pochodzą z czasów przed Chrystusem i dotyczą terenów położonych dalej na północ od Kaszmiru - Azji Środkowej/Chin zachodnich. I właśnie stamtąd w XV wieku władca Kaszmiru sprowadził pierwszych tkaczy i zapoczątkował tradycję szali kaszmirskich.

Prawdziwa, tradycyjna pashmina nie jest wykonana z bawełny, wiskozy, nie ma domieszki włókien syntetycznych. Nie używa się również do produkcji wełny owiec. Jedynymi dopuszczalnymi składnikami są wełna kaszmirowa i jedwab. Oczywiście są pashminy czysto kaszmirowe, nie słyszałam natomiast o czysto jedwabnych. Kaszmir jest niezbędnym włóknem, bez którego nie można mówić o pashminie. Czasem niektórzy producenci próbują wmawiać klientom, że pashmineh to zupełnie inny rodzaj włókna niż kaszmirowe, choć niezwykle do niego podobne. To bzdura. Nie istnieją włókna paszminowe, są tylko i wyłącznie włókna kaszmirowe, które mogą pochodzić od różnych odmian kozy kaszmirskiej i odrobinę różnić się cechami fizycznymi (typu wybarwienie lub grubość/długość włókna). Co za tym idzie, oznaczenie na metce wyrobu, przykładowo, "70% pashmina, 30% silk" jest nieprawidłowe, albowiem przy podawaniu składu surowcowego, nie podaje się, co jest naturalne, nazwy produktu włókienniczego. :) Natomiast nie byłabym tak radykalna jak wielu sprzedawców w podejrzewaniu producentów o próbę oszustwa i przemycaniu pod tą nazwą "niedozwolonych" włókien. Na pewno mamy tu do czynienia z marketingiem, w końcu pashmina brzmi bardziej snobistycznie i egzotycznie niż "zwykły" kaszmir. ;))) choć jednak podrabiania nie można całkowicie wykluczyć, dlatego zawsze przy zakupie należy zachować ostrożność.


W internecie można się natknąć na rady, jak rozpoznać podróbkę. Oryginalny szal powinien:
  • być miękki i ciepły w dotyku
  • lekko połyskiwać (włókno kaszmirowe ma połysk)
  • być odpornym na zagniecenia
  • niewiele ważyć - sprzedawcy podają, że poniżej 180g

Natomiast jeśli chodzi o cenę, sugerowałabym zachowanie zdrowego rozsądku. Owszem, kaszmir jest jednym z najdroższych włókien na świecie, jednakże jego produkcja ciągle wzrasta, więc i ceny mogą stawać się coraz niższe. Oczywiście nie można zejść poniżej pewnego pułapu, jakość ma swoją cenę. ;)

Moją pashminę kupiłam podczas jednego z wyjazdów do Sztokholmu. Spełnia wszystkie warunki oryginału, jest ciepła, ma jedwabisty połysk, waży 140g a na składzie napisano 70% cashmere 30% silk. Nie kosztowała dużo. Jest zachwycającym, szykownym dodatkiem, który nigdy się nie zestarzeje. Czego chcieć więcej? ;)