Pokazywanie postów oznaczonych etykietą designed by Aire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą designed by Aire. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2020

Noś dres, dres fajny jest



Okazało się ostatnio, że nie mam żadnej obszernej bluzy dresowej, takiej typu oversize. Kiedyś jakieś bluzy szyłam, nawet gdzieś wiszą na blogu, ale to było dawno i nieprawda, poszły sobie do szyciowego nieba, czy gdzie tam chodzą niechciane ciuchy DIY. W ogóle średnio bluzy lubię, a kiedyś gdyby ktoś mi zasugerował noszenie dresów, to możliwe, iż bym go zabiła perlistym śmiechem. 

No, ale czasy się zmieniają, więc uszyłam sobie bluzę. Wybrałam model okładkowy z Szycia Krok po Kroku 3/2019. Model prosty jak budowa cepa, a najpiękniejsze w nim było to, że nie musiałam wykroju odrysowywać z arkusza, ale wycięłam go po prostu. Co przy moim poziomie energii i tak trwało jakąś godzinę.




Zamówiłam sobie z netu czarną dresówkę z przydomkiem PREMIUM, no i przyszła w kolorze wyblakłej szmaty, aczkolwiek była również gruba i mięsista. Taka, powiedziałabym, bazarowa. Przy okazji okazało się, że przesyłkę mi okradziono z dedykowanego ściągacza, co zainteresowało jedynie InPost, zaś sprzedawcy w ogóle. Na szczęście miałam odpowiedni ściągacz w domu, choć ten ukradziony byłby fajniejszy, bo miał złoty pasek...
I uszyłam bluzę, o taką:




Przy okazji chciałabym pogadać o kolorach.

Otóż, jak wielu czytelników wie, jestem włókiennikiem i zajmuję się szmatami nie tylko hobbistycznie. Jednak moją specjalizacją nie jest tkactwo czy dziewiarstwo, ale wykańczalnictwo. Przez kilka ostatnich lat przerobiłam parę fajnych sposobów na barwienie i utrwalanie barwnika na powierzchni włókien, a także nauczyłam się, co można zrobić, by ten barwnik potrwał trochę dłużej na włóknie niż do pierwszego prania. Dlatego z pewną przykrością patrzę na materiał, który powinien być CZARNY, a jest czarny w tym spranym odcieniu czerni, który sugeruje, że:
  1. użyto taniego, popularnego barwnika, który nigdy nie złączy się trwale z włóknem bo nie tworzy z nim odpowiednio mocnych wiązań chemicznych;
  2. prawdopodobnie nie utrwalono barwnika odpowiednim środkiem powierzchniowo czynnym przed praniem.
I tak sobie myślę, że byłoby możliwe wyciągnięcie z tej dresówki o wiele głębszego koloru czerni. Ale wiem też, że jestem czepialska baba i najprawdopodobniej z ekonomicznego i praktycznego pinktu widzenia, ta dresówka pod względem koloru jest wystarczająco dobra. W końcu sama ją kupiłam i nie odesłałam (choć miałam ochotę). :)

A teraz kolejna ciekawostka. Czy widzicie, że kolor ściągacza różni się od koloru dzianiny?




No dobrze, na zdjęciu tego nie widać za bardzo. Dresówka jest bardziej zielona a ściągacz bardziej niebieski. :) 

W przemyśle ocenianie różnicy odcienia tego samego koloru, a także wypracowanie powtarzalności dokładnie tego samego wybarwienia na różnych materiałach ma ogromne znaczenie. Wyprodukowane kolejne partie danego koloru muszą być identyczne! Ale czasem trudno to osiągnąć po prostu z braku odpowiednich warunków i zaplecza laboratoryjnego, jednak nie jest to niemożliwe. Sama opracowywałam recepturę wybarwienia dla poliamidu na podstawie... kartonowego wzornika. I musiałam polegać tylko na własnym wyczuciu oraz własnym oku. :) Normalnie wstępną recepturę opracowuje program komputerowy, kolejne wybarwienia testowe też ocenia komputer i przy odrobinie szczęścia powtórzenie z koloru z wełny na poliestrze jest łatwe. Ale niezależnie od metody nie zawsze efekty są idealne. I teraz powstaje pytanie, na ile możemy odbiegać od pierwowzoru, żeby można było recepturę zaakceptować? Cóż, im lepszy klient, tym mniejsza tolerancja na odchyłki. ;) 

W mojej bluzie lekką odchyłkę odcienia między ściągaczem a dresówką akceptuję, zresztą nie jest widoczna w każdym oświetleniu. A gdybym była wielkim producentem bluz? Pewnie uszyłabym najpierw bluzy a potem dała gotowe do barwienia - tak jest bezpieczniej. :)

No dopszz, nagadałam się, a teraz fotki na deser. Hmm, legginsy też mają inny odcień czerni! Widać? He, he. :D








Na Facebooku też ostatnio gadałam sobie o kolorach, że lubię kolory, choć czerń jest podstawą, i do zilustrowania moich wywodów pokazałam zdjęcie bardzo, bardzo pstrokatych materiałów:




Spieszę donieść, że z tego lewego powstała już spódnica maxi i jest noszona. Zatem na deser fotka trochę mniej czarnej ale za to bardziej pstrokatej Aire:




Spódnica ma fason, jakie już wielokrotnie już pokazywałam (gładki karczek i doszyte marszczenie), więc o szyciu nie będę się rozpisywać. Na dziś koniec, trzymajcie się i nie chorujcie na żadne choroby wirusowe, pa!



piątek, 18 października 2019

Prawie jak milion dolarów





Ostatnio dokonałam rewolucji w swoim życiu, albowiem zachciało mi się nowych rzeczy,  a wśród nich nabyłam chęci zostania doktorem. Jest to dość niecodzienne, bo jeszcze pięć lat temu, kiedy od przemiłego profesora usłyszałam, że z taką motywacją do pracy to spokojnie pójdę na doktorat, to nawet brew mi nie drgnęła, za to w wyobraźni spadłam pod biurko, zemdlałam a potem umarłam ze śmiechu, że niby co, że ja??? Noo, dobry żart, ja jestem PRAKTYKIEM, ja nie uprawiam nauki tylko szukam praktycznych rozwiązań, dlatego chciałam być inżynierem, tytuł inżyniera kocham i łechtam się nim kiedy tylko mogę. No, ale robienie inżynierki było taką kozacką zabawą, że dałam się namówić na magisterkę, a ta okazała się jeszcze wspanialszym wyzwaniem, bo w sumie na napisanie dyplomu miałam 2 tygodnie, a w pewnej chwili istniało duże prawdopodobieństwo, że będę ją pisać w szpitalu. No i skończyło się tak, że magisterkę obroniłam i tego samego dnia był ostatni dzień na złożenie papierów do szkoły doktorskiej. I ja te papiery złożyłam.

A potem poszłam wypić porządnego drinka z adekwatną do sytuacji zawartością alkoholu.

I teraz poniekąd mogę się nazywać ofiarą pana ministra Gowina, albowiem jestem pierwszym rocznikiem, kiedy obowiązują nowe przepisy o szkolnictwie wyższym, czyli nie ma już starych studiów doktoranckich, tylko są szkoły doktorskie i niby wszystko jest zapisane w ustawie, ale nikt nie wie o co chodzi, a co gorsze, nie ma już dyscypliny naukowej włókiennictwo, jest za to inżynieria materiałowa. A drugą straszną rzeczą jest ucięcie godzin dydaktycznych dla doktorantów, a ja marzyłam, że będę wbijać studentom do głowy, że DO JASNEJ ANIELKI, POLIESTER NIE JEST WŁÓKNEM SZTUCZNYM TYLKO SYNTETYKIEM. 

Bo ustawa chce, żebym na doktoracie robiła jednak naukę a nie skupiała się na dręczeniu studentów. :D





Oczywiście, pierwsze co zrobiłam po ustabilizowaniu swojej sytuacji życiowej, to uszyłam sobie spódnicę z syntetycznego zamszu. 

Szycie to ta dziedzina mojego życia, gdzie rządzę. Mogę trzymać się zasad, albo mogę je łamać, od początku do końca sama decyduję o wszystkim. Nikt mi nie może niczego narzucić. Szycie to ogromna ulga po czasie, kiedy trzeba było się dostosować do surowych uczelnianych zasad tworzenia  dzieł. Po licznych stresach szycie zawsze uosabia dla mnie wolność.

Zamsz, który kupiłam, to w zasadzie dwustronna dzianina - od spodu jest jasnoszary dżersej, a z wierzchu zamsz i wiecie co - nie mam pojęcia, jak się taki materiał robi. :D Tzn coś tam można zauważyć, że to są dwie warstwy dżerseju, jedna gładka, druga drapana udaje zamsz, ale jak się je łączy... może klejem albo poprzez zgrzewanie, wszystko jedno, całość z pewnością nie jest hitem ekologii, ale technicznie jest godne pochwały. I z pewnością jest tanie w produkcji, bo inaczej nie byłoby czegoś podobnego w każdej sieciówce.

Spódnica powstała z mojego wykroju, który już wykorzystałam do produkcji czarnej spódnicy z tego posta, ponieważ wciąż odczuwam chorą fascynację spódnicami z godetami, czyli nie jest wykluczone, że ten blog niedługo zmieni nazwę na Blog o Spódnicach z Godetami. 




A szyło się standardowo, czyli:
  • najpierw fascynacja "mam zajedwabisty pomysł godny haute couture"!
  • potem krojenie i gratulowanie sobie, że dodało się zawczasu na papierowym wykroju zapasy na szwy;
  • potem pierwsze szwy konstrukcyjne, luz i bajka;
  • następnie tygodniowe dylematy, czy warto te szwy przestębnować i w ogóle jak to wykończyć;
  • następnie zorientowanie się, że nie ma się pojęcia, JAK TO WYKOŃCZYĆ, bo przecież nie można normalnie tego podwinąć, musi być lamówka;
  • awaryjny wypad po lamówkę, bo ta w domu się nie nadaje;
  • dół i depresja, bo pomysł na spódnicę to z pewnością porażka, no i kto to słyszał, żeby robić ją taką szeroką, normalnie kto ma siły podwijać te 30000000 metrów dołu? KTO SZYJE TAKIE DZIWACTWA??? a poza tym  nowo zakupiona lamówka jest brzydka;
  • wszycie brzydkiej lamówki;
  • deprecha, bo wszyło się brzydką lamówkę i ogólnie poziom tego ciucha jest poniżej poziomu akceptacji;
  • czekanie dwa tygodnie na wszycie zapięcia do paska i rozmyślanie, czy kiedykolwiek uwierzę, że suwak kryty można wszyć też do wysokości paska i wtedy żadne dodatkowe zapięcie nie jest potrzebne. No wiecie, jak w spódnicach ze sklepu. 
  • wszycie zapięcia do paska i poukrywanie wystających nitek;
  • tygodniowe patrzenie krzywym okiem i w końcu decyzja o założeniu. :)




No i okazuje się, że fajnie się nosi taką zamszową spódnicę i pozostaje podziękować pogodzie, że umożliwiła mi założenie jej w tym tygodniu i lanserkę na uczelnianym kampusie.  Przy okazji zauważyłam dziwną rzecz, bo kiedy tak łaziłam po uczelni, nagle niektórzy pierwsi powiedzieli mi dzień dobry. Pewnie się zagapili, albo byli w szoku. :D




Na zdjęciach zauważyłam, że trochę widać, że spódnica nie leży w talii, tylko poniżej, więc proporcje są ciut zepsute. Niestety przez kilka miesiący od powstania wykroju zdążyłam schudnąć, a dodatkowo zamsz jest rozciagliwy i mimo zwężania nie udało się właściwie go dopasować. No, najwyżej jak znów utyję, to przynajmniej jedna rzecz będzie rosła razem ze  mną :D A tymczasem, czy wy wiecie, jak ona furkocze podczas chodzenia??? Kiecka instytucja, najpierw ją słychać, a potem przychodzę ja. :D:D







No i, podsumowując, obecnie odczuwam niecodzienne zadowolenie z siebie, czuję się jak ten tytułowy milion dolarów albo James Cameron na rozdaniu Oscarów, ale spokojnie, jak tylko napiszę jakiś naukowy tekst i moi wspaniali mentorzy po nim pojadą (a pojadą na pewno, bo muszą i powinni), to mi poziom samooceny spadnie i znów będzie normalnie. 


Najwyżej znów coś sobie uszyję.



poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Czarny dzwon i spodnie do obierania kartofli



Kiedy już wymyślę sobie jakiś krój, nieważne czy spódnicy, sukienki czy innego stwora, drążę temat do znudzenia. Bo szkoda pracy poświęconej na opracowanie wykroju, wycięcie, dopasowanie do sylwetki, jeśli efektem ma być tylko jedna sztuka ubrania, prawda? Szczególnie jeśli przypadła nam do gustu. 

Szycie (i noszenie) ciągle tego samego można nazwać nudą. Albo stylem - zależy, którą nogą z łóżka wstaniemy. :D

Spódnica Zielony Dzwonek z poprzedniego posta mocno mi się spodobała. To dopasowanie na biodrach i falujący dół. Postanowiłam zrobić jeszcze jedną taką, ale z innego materiału. Mniej lejącego. Poszłam do ulubionego sklepu po tkaninę. A tam - szok, nie ma stałego pana sprzedawcy, który zawsze rozumie, czego potrzebuję i zawsze to znajduje. Jest inny pan! No nic, postanowiłam wytłumaczyć, co chcę kupić. A więc mówię, wie pan, to ma być spódnica z klinów i ma mieć godety, ale musi być trochę sztywna, ale nie za bardzo, ma uwydatniać konstrukcję, no rozumie pan, żeby było widać krój, nie za cienka, aha, i ma być CZARNA... i w duszy sobie myślę, czy ten miły sprzedawca nie zaciął się już na terminie godety... bo inne klientki w sklepie miały dziwne spojrzenie, albowiem ja tłumaczyć swoich myśli na język zrozumiały zupełnie nie umiem. Tymczasem pan niewiele myśląc podszedł do półki, zdjął z niej belkę czarnej tkaniny i mówi "no to chyba tylko to będzie dobre, widzi pani, jeszcze lekko się rozciąga w poprzek". A mnie zatkało, bo właśnie zapomniałam powiedzieć, że fajny byłby niewielki dodatek lajkry w tym poszukiwanym materiale, i gdyby nie była gniotliwa. Jednym słowem, dostałam tkaninę, która spełniła wszystkie moje życzenia, te wypowiedziane i te przemilczane. Takie rzeczy tylko w moim ulubionym łódzkim sklepie. :)




Przed krojeniem lekko zmodyfikowałam wykrój w stosunku do Zielonego Dzwonka - panele zrobiłam mniej rozłożyste, natomiast powiększyłam i wydłużyłam godety. Chciałam w ten sposób zoptymalizować zużycie tkaniny, bo przy takim fasonie serio zużywa się jej dużo. Dałam bardzo niewielki luz na biodrach, ok. półcentymetra, bo lycra miała zapewnić komfort i dopasowanie.

No i plan był dobry, prawda? Szkoda tylko, że podczas krojenia ułożyłam panele tak, że rozciągały się wdłuż a nie wszerz. :) Spuśćmy zasłonę milczenia na to, co robiłam potem, żeby spódnica mi nie ściskała moich tłuściutkich boczków :D




 


No i w sumie jestem zadowolona, założenia spełnione a jak schudnę z kilogram, to i obawa o pęknięcie suwaka zniknie. :)


No dobrze. W ostatnim poście wspomniałam, że uszyłam spodnie warte takich okazji, jak obieranie kartofli. Wykrój z Burdy "Szycie krok po kroku" 1/2019, sam w sobie całkiem fajny, uwzględnia kieszenie, marszczenie z tyłu (na gumkę) i gładki przód (nie podkreślający wypukłego brzucha). A do tego ma wielką zaletę, że można go po prostu wyciąć z arkusza bez odrysowywania. Szycie też nie jest wcale trudne. W moim przypadku część wymierzona na przedni pasek nie zgadzała się z szerokością spodni z przodu, choć trzymałam się wymiarów podanych przez Burdę. Musiałam kombinować, żeby szwy się zgadzały. Poza tym spodnie wyszły duuuże. Za duże. Nigdy nie miałam problemu ze spodniami z Burdy, wszystko zazwyczaj pasowało na długość, szerokość i objętość, ale tym razem w środku zmieściłby się kawałek drugiej Aire, a w talii nadal byłby luz. Tak, że ten. Owszem, mogłam skroić mniejszy rozmiar, więc nie ma tematu. 

Jak je porządnie podciągnę i zjem zestaw z McDonald'sa to są prawie ok. :D Nadadzą się na spacer, nie tylko do kuchni. :)





Z tej samej Burdy zdążyłam też wykorzystać wykrój na sukienkę i tu nie będę marudzić. Tzn. za bardzo marudzić.  Niedługo pokażę, co wyszło. ;)



piątek, 5 kwietnia 2019

Zielony dzwonek




Mam wrażenie, że im więcej szyję, tym bardziej nie mam się w co ubrać. Bo to jest tak: jeśli szyję, to nie kupuję w sklepach. Ale jeśli szycie mi nie wyjdzie, to nie mam ani uszytego ciucha, ani kupionego. :)

Tylko wciąż przybywa w domu materiałów, coś niesamowitego...

Ale do rzeczy. Ponieważ, jak wiadomo czytelnikom, przechodzę w życiu okres zielony, zaczęłam szyć zielone ubrania. Proces powstawania zielonej, koronkowej spódnicy, pokazywałam na Fejsiku, cały czas czeka na ładne fotki (jeszcze jej nie wkładałam). Po tej spódnicy powstały zieloniutkie spodnie wg wykroju z Burdy, ale one nie doznały zaszczytu udokumentowania, bo po prostu nie spodobały mi się i chyba będą używane jedynie podczas obierania kartofli. A trzecim zielonym tworem jest dzisiejsza bohaterka, spódnica - dzwoneczek.

Chciałam fason, który będzie gładko leżał na biodrach, ale będzie rozszerzał się na dole. Wymyśliłam krój złożony z sześciu mocno się rozszerzających paneli. Taki właśnie dzwonek. Zanim przystąpiłam do krojenia ślicznej dzianiny punto, dopadła mnie stara choroba, pt. "musi być na dole SZEROKO", zatem dorzuciłam godety. Ale takie malutkie. :)




Papierowy wykrój to był banał do wyrysowania, co nie oznacza, że obyło się bez poprawek. Otóż, wcale nie jest obojętne, w którym miejscu panel będzie się rozszerzał. Istotny jest także materiał, z którego powstanie spódnica. U mnie użycie stosunkowo ciężkiej dzianiny spowodowało, po pierwsze, że część karczkową muszę skrócić, a po drugie, zapasy na szwy są zbędne, bo wszystko ładnie się dopasuje.  Ale to wyszło podczas przymiarek. Nie wiem, czy wszyscy prawdziwi konstruktorzy potrafią przewidzieć z całą dokładnością wygląd gotowego ubrania zanim wyrysują pierwszą linię na papierze. Ja nie umiem i zawsze mam na koniec element zaskoczenia. I bardzo pracuję nad tym, żeby zaskoczenie nie wiązało się z rozczarowaniem.





Na wieszaku spódnica prezentuje się bardzo smętnie, jej dzwonkowatość znika, ale w sumie można było się tego spodziewać, punto przy całym swym ciężarze jest bardzo lejące i miękko się uklada. Godety właściwie nie robią różnicy, więc ewidentnie miały być jedynie wsparciem psychologicznym dla projektantki. ;)

A czy wiecie, jak trudno kupić zielony suwak? No, w Łodzi trochę za tym pochodziłam. Tutaj jest wszyty zwykły suwak (nie kryty), w sumie nawet chciałam, żeby był bardziej widoczny. Tak jakoś sobie uwidziłam.




Zdjęcia powstały w Piotrkowie Trybunalskim, który odwiedziłam ostatnio przejazdem. Trochę było chłodno, więc niestety nie czułam się na siłach pozbywać się kurtki, zresztą byłam tuż po okrutnym przeziębieniu. Wiem, trochę się powtarza stylówka z poprzedniego posta, ale ja zawsze robię zdjęcia "przy okazji", nigdy nie próbowałam bawić się w profesjonalne sesje i ostatnio właśnie tak się ubieram.









I patrzę sobie na te fotki i mrugam oczami, bo nie wiem - czy przypadkiem spódnica nie wymaga wyrównania na dole? :>  Jak sprawdzam na wieszaku, to raz wydaje się krzywa, a raz ułoży się tak, że żaden rąbek nie wystaje... Panele i godety mają różne promienie krzywizny i mogą różnie pracować, ale sama nie wiem. Chyba i tak to zostawię, jak jest, no, chyba że w gdzieś zrobi się ewidentny dziób.

A w ogóle, fason bardzo mi przypadł do gustu, więc już powstała kolejna panelowa spódniczka... Ale o tym następnym razem! :)





czwartek, 21 marca 2019

Prosimy o wiosnę!





Dzień dobry! 
Pouzupełniałam zaległości w blogosferze i widzę, że się pozmieniało! Zrobiło się bardzo ambitnie w dziedzinie szycia: nawet jeśli człowiek dopiero zaczyna, to zaraz musi uszyć płaszcz i wygrać w jakimś konkursie (a uczestniczyć we wszystkich, a już na pewno w internetowych wyzwaniach). A u mnie tymczasem po staremu. Ciągle szyję takie same spódnice. :)




Spódnica z panterkowej dzianiny welurowej ma fason, jaki pokazywałam na blogu wielokrotnie. Nic nie poradzę, że w takim wyglądam całkiem korzystnie, poza tym szyje się go całkiem prosto i szybko, pomijając oczywiście mordercze marszczenie. Nigdy nie pozbędę się tego napięcia w żołądku towarzyszącego marszczeniu, żeby tylko fałdki wyszły równo, żeby nic się nie popsuło! Bo prucie szwów na rozciągliwym welurze to coś, co mogłabym ewentualnie polecić jakiejś nielubianej osobie. ;) Reszcie radziłabym używać sprawdzonych wykrojów w celu maksymalnego wyeliminowania pomyłek. Ale co ja mówię, teraz szyjący są ambitni i nie boją się niczego, chyba tylko ja zostałam po staremu leniwa... ;))




Materiał kupiłam w łódzkim Jazz&Silk, właściwe wcale go nie planując, bo na co komu takie chimeryczne coś (oj, nie jest najłatwiejszy w obróbce...), ale wzór panterkowy mnie przekonał. Cały zimowy sezon przechodzę fazę koloru zielonego i wzorów zwierzątkowych, więc wiadomo - nie mogłam przejść obojętnie nad takim drukiem. ;) Kupiłam półtora metra i zużyłam praktycznie wszystko, więc sami się domyślcie, ile poszło na marszczenia...

...których objętości na żywo praktycznie nie widać! Materiał jest ciężki i lejący. Choć ostatnio zaczęłam się zastanawiać poważnie, czy nie przesadzam z przesadną sutością sukienek i spódnic, to tutaj uważam, że mniej marszczeń wyglądałoby źle. Za biednie, zbyt tandetnie.










Wiecie, co trzeba zrobić, żeby w końcu na nowo przekonać się do robienia sobie zdjęć i publikowania ich na blogu?

Trzeba schudnąć 8 kilogramów!. :D



poniedziałek, 16 lipca 2018

Wersejz





Na początku było słowo... nie, na początku był pomysł... Nie, też nie. Otóż pewnego dnia poszłam do sklepu z tkaninami po coś na letnią bluzkę. I wiecie, nawet coś wybrałam. Nie tak, że poszłam po jedno, a wyszłam z czymś inny, jeśli chodzi o zakupy szmat, nie rozumiem słowa "zamiast". :) Wybrałam sobie dzianinę, a potem niestety podeszłam do półki z żakardami, a tam moim oczom ukazała się mała piramida kuponów ze wzorami Versace. Czy można sobie odmówić tak szalonej tkaniny? Nie można. Zasługujemy na nią, wszystkie szyjące. :)




Wymyśliłam prostą spódnicę, bo koszt materiału nie pozwalał na wiele szaleństw. Fason lekko zwężający się do dołu plus duże kieszenie. Zastanawiałam się tylko, ile dać luzu, bo standardowy 1cm (na połowę obwodu, czyli 2cm na całość) wydawał mi się niewystarczający. Na wszelki wypadek skroiłam szersze zapasy po bokach, żeby po przymiarkach móc dodać kolejne 2cm w obwodzie. Poza tym całość konstrukcji była wykonana książkowo, nic nie kombinowałam.
 
Baaaardzo miło szyje się takie tkaniny. Ale to baaardzo. :) Przez ostatnie miesiące działałam głównie z dzianinami. Miałam chęć bawić się owerlokiem, to raz, a po drugie, brakowało mi zwykłych codziennych ubrań, które nie będą przeszkadzać w ruchu i dadzą się łatwo wyprać. Ale co tkanina, to tkanina. Z dziką przyjemnością wzięłam w obróbkę ten żakard. Mniejsza z metką, miło po prostu pracować z dobrą jakością, kiedy materiał słucha się krawcowe - nic się nie wyciągało, nic nie marszczyło, radosne kolory nie przygnębiały. ;) I tak w parę wieczorów powstała spódnica:





Większe zapasy przydały się, bo po przymiarce było mi jednak dosyć ciasno. Jednak  grubość materiału, objętość szwów i brak elastanu w składzie robią różnicę, poza tym tutaj jeszcze są kieszenie, do których wypadałoby mieć możliwość wsunąć ręce, i zwężający się dół, przez który w pierwszym momencie myślałam nad zredukowaniem chodzenia na rzecz leżenia i pachnienia (i to pomimo dwóch rozcięć z przodu). A tak przy okazji, wiecie, co kiedyś powiedziała Anja Rubik? Że jeśli chcemy dobrze wyglądać, to ubranie nie może być wygodne. Coś w tym jest, jednak po krótkim zadumaniu postanowiłam podarować sobie te dodatkowe centymetry w tyłku. Dzięki temu jest szansa, że będę mogła w tej spódnicy wsiadać do auta, a nawet siedzieć. ;D
  

Kieszenie to must have, bez kieszeni nie ma życia... :)

Obłędna faktura, żaden druk nie zastąpi efektu prawdziwej sztuki tkackiej.

Postanowiłam wysnobować się na wykończenie z wyższej półki (a jednak... marka robi coś na głowę;)) i wykończyć wewnętrzne brzegi lamówką. Prawie się udało. Okazało się, że atłasowa lamówka z moich zapasów, fabrycznie zaprasowana) jest za wąska, żeby objąć miejsca styku więcej niż dwóch warstw. Druga, niezaprasowana, też, aczkolwiek dzięki niej udało mi się ładnie wykończyć dolny brzeg spódnicy. Do szwów bocznych i tych z przodu, chcąc nie chcąc, uruchomiłam owerlok. Singerowi nawet powieka nie drgnęła, kiedy jechał po zgrubieniach. Najwidoczniej luksus go nie onieśmiela. 

Wylamowane brzegi podszyłam ręcznie i nawet było to całkiem przyjemne. Mam nadzieję, że wyszło nieźle. Trochę mi żal, że nie osiągnęłam 100% założeń.



 



 


Tak sobie myślę, że 10 lat temu, kiedy odnawiałam swoją przyjaźń z maszyną, na myśl o cięciu i szyciu takiej tkaniny pewnie bym dostała palpitacji serca. A teraz? Rachu ciachu i po strachu. Nie martwił mnie nawet fakt, że moja konstrukcja prawdopodobnie ma jakieś błędy. Pewnie ją jeszcze wykorzystam do innych projektów, a co.

No. I skoro już mamy na blogu Versace to czas na inne haute couture. Strasznie się ostatnio zakręciłam Diorem i wzorami Dolce&Gabbana. W sumie, nawet nie wiedziałam, że można dość łatwo dostać tkaniny i dzianiny najlepszych domów mody. Już pomijam fakt, że większość jest jednak droga i czasem żal je zniszczyć brakiem umiejętności. Ale może czasem można sprawić sobie mały kuponik? Bo właściwie, licząc koszta, spódnica kosztowała mnie mniej niż niejedna sieciówkowa. No to chyba nie jest to niebotyczny pułap. Jeśli zwykła, drukowana dresówka może kosztować 5 dych i jest kupowana bez wahania przez początkujące krawcowe z małym jeszcze doświadczeniem, to chyba nie cena jest tu granicą. Mechanizm wydawania pieniędzy to ciekawa rzecz. Mnie kręci wszystko - wzór, jakość, surowiec, kraj pochodzenia, marka oczywiście też. I cena. :) I czasem wysupłam z portfela znacznie więcej niż powinnam, czasem ręka ani drgnie, portfel zostaje w kieszeni. I sama nie wiem czemu :)