piątek, 18 lipca 2014

Dwie siostry





Wiosna na uczelni była ciężka i prawie zupełnie zapomniałam, że lubię swoje maszyny do szycia i nawet lubię czasem coś uszyć. ;) Ale na szczęście przyszło w końcu lato i po ostatnim egzaminie (piątka z matematyki! wciąż nie mogę w to uwierzyć...) mogłam się się wyspać i pomyśleć o ważniejszych ;) rzeczach.

Kilka lat temu urodzinowy prezent w postaci maszyny Janome 525s sprawił, że wróciłam do szycia. Co więcej, okazało się, że praca z nowoczesnym urządzeniem, w przeciwieństwie do tortury na starym łuczniku, może sprawiać niekłamaną przyjemność! Dość powiedzieć, że przez dobre dwa lata, gdy siadałam do mojej janomki, na jej widok wzbierała we mnie czułość i możliwe, że raz czy dwa posłałam nawet w jej kierunku całusa. ;) I właśnie pod koniec okresu miodowego uszyłam sobie letnią sukienkę:




Model 107 z Burdy 6/2011, oryginalnie miał kieszenie, ale wtedy uznałam, że nie umiem szyć kieszeni; uszyty z bardzo taniej gniecionej etaminy od (nie)słynnego sprzedawcy z Allegro o obcojęzycznym nicku, bo niezbyt wierzyłam we własne siły i szkoda mi było kupować coś porządniejszego; jednak całość wyszła bardzo sympatycznie i choć na wieszaku wygląda jak worek, na figurze sukienka układała się bardzo przyzwoicie. Na tyle, że pojechała nawet ze mną na wakacje, gdzie okazało się, że lepiej nie wkładać jej na deszcz, bo staje się przezroczysta. :D W każdym razie wykrój uznałam za wart zachowania i powtórzenia kiedyś na innej tkaninie.

Upłynęło kilka lat, zanim znów po niego sięgnęłam. Zachęcił mnie fakt, że był już skopiowany, bo nie znoszę odrysowywać wykrojów z Burdy. :) Ale ponieważ odrobiłam lekcje z dopasowywania szablonu do figury, postanowiłam poprawić go nieco, zmieniłam mianowicie linię ramion i zaszewki na biuście. Efekt? Nawet na wieszaku wygląda zgrabniej:




Tym razem nie oszczędzałam na tkaninie. Wprawdzie to "tylko" bawełniana popelina, ale bawełna jest bardzo dobrej jakości, trzyma formę i nawet gniecie się w bardziej przyzwoity sposób (o ile można mówić o moralności zagniotków ;)). Nigdy nie dałam za bawełnę aż 35zł za metr, ale co tam, raz się żyje. :) A sukienka i tak kosztowała poniżej 40zł. Warto było? Warto! 

Uszyła ją tym razem Janome Horizon MC8900 QCP, moja największa  i na razie ostatnia maszyna, sprowadzona do domu dokładnie 5 lat po pierwszej janomce. Kiedy ją kupowałam, wiedziałam już co nieco o maszynach do szycia i szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby było w Polsce wiele osób lepiej ode mnie zorientowanych w rynku maszyn domowych. ;) Horizon to także dowód, że uwierzyłam we własne siły i w to, że będę umiała wykorzystać tak potężne narzędzie. Choć ta nowa sukienka też nie doczekała się kieszeni - ale tym razem nie uszyłam ich po prostu z lenistwa. :)




A czemu o tym wszystkim piszę? Bo czasem warto zrobić podsumowanie - okazuje się wtedy, że nic nie stoi w miejscu. Choć moje zamiłowania wciąż mogę określić zwyczajnym "lubię szyć", to jednak zmienia się podejście, od radości że udał się ciuch przechodzimy do satysfakcji że powstał, owszem, ciuch, ale dokładnie taki, jaki wymyśliliśmy w głowie (jak w reklamie "udało się? nic się nie udało, to ciężka praca, właściwe modelowanie, porządny materiał itd, itp... ;)). Dobrze jest mieć swoją przestrzeń, gdzie jest miejsce na własną ewolucję (a może rewolucję?), to nie musi być szycie, ale cokolwiek co da nam poczucie własnych kompetencji. I tej przestrzeni każdemu czytelnikowi życzę z całego serca!

P.S. Zdjęcia na modelce pojawią się w jednej z kolejnych notek. 


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wewnętrzne życie spódnicy





Od kilku miesięcy miałam ochotę na spódnicę w kratę. Przede wszystkim miała być kolorowa, w soczystych barwach połączonych w możliwie ekstrawagancki sposób - wymyślałam ją w ciemny, listopadowy wieczór, więc nie brałam pod uwagę żadnych ponurych beżo-brązów, niezależnie jak bardzo społeczeństwu pasują do jesiennych dni.:) Okazało się, że jak zwykle znalezienie odpowiedniej tkaniny było niczym mission impossible, więc kiedy kilka tygodni temu znalazłam wreszcie na Allegro tanią wełnę z jedwabiem w całkiem radosną czerwoną kratkę, dałam sobie spokój dalszym poszukiwaniom. 

Włókna wełniane mogą wydawać się kiepskim pomysłem na ciepłą wiosnę, ale to nieprawda. Wełna potrafi bowiem nasiąknąć wilgocią a jednocześnie do pewnego stopnia sprawiać wrażenie suchej, dzięki czemu odprowadzając pot z powierzchni ciała nie pozostawia uczucia, że chodzimy w mokrych ciuchach. Duża część specjalistycznych tekstyliów chłodzących (przeznaczonych na przykład na ubrania sportowe) opiera się na tym samym efekcie - pozbywania się wilgoci! Jednak są to włókna najczęściej syntetyczne i nienajtańsze, a my tu mamy malutki, w stu procentach naturalny odpowiednik za cenę znacznie bardziej przyzwoitą. :)
O jedwabiu nie ma co wspominać. Szlachetne włókno - kameleon. Wiadomo, że noszenie jedwabiu to czysta przyjemność.

I z takiej właśnie mieszanki powstała spódnica:




Kiedy tkanina dotarła do mnie pocztą, okazało się, że ma luźny splot, więc nawet nie próbowałam jej kroić bez wcześniejszego prania. Nie zawsze dekatyzuję tkaniny naturalne, decyzję podejmuję na podstawie pełnego składu, wyglądu i "chwytu". Jednak luźno tkana wełna gwarantuje, że po praniu będzie jej mniej i tym razem też tak było - ubyło ponad 10cm z 2 metrów (i mam nadzieję, że po drugim praniu już nic się nie zmieni). Wadą rzadkich splotów jest również skłonność do spektakularnego strzępienia ciętych krawędzi, a w tym wypadku wyglądało to na tyle dramatycznie, że decyzja mogła być tylko jedna - lamujemy wszystkie zapasy szwów. :) I tym sposobem prosta z pozoru spódniczka nieoczekiwanie zyskała interesujące życie wewnętrzne:


 


Zdjęcia na modelce wyszły fatalnie i w ogóle nie widać, że baleriny były zielone, i wykończone czarną lamówką, i czarną kokardką, i że idealnie pasowały do odcienia zielonego na spódnicy oraz do czarnej lamówki w talii. ;(((



 




Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że środek spódnicy jest ciekawszy. :) I zauważam u siebie wyraźną tendencję do skupiania się na wykończaniu ubrań, aż czasem mam wrażenie, że już nawet owerlok nie dałby mi satysfakcji, jedynie szwy francuskie i lamowanie! Czy warto dopieszczać tak ubrania, nawet jeśli mają służyć jedynie do wypraw po ziemniaki do warzywniaka?


piątek, 4 kwietnia 2014

Portki co miały być legginsami albo jak Aire kupowała flizelinę :)





Mój post o urodzinowym kubku z Teslą spodobał się pewnej pani z Kristoffa i pojawił się na facebookowej stronie firmy. Bardzo mi miło z tego powodu. :) 

A tymczasem wracamy do spraw bieżących. A właściwie zaległych. Szycie tych spodni zaplanowałam na pobyt w Szwecji - kiedy pakowałam się na wyjazd, brałam tylko te tkaniny, których przeznaczenie było ściśle określone, a ową kwiecisto-dżinsopodobną kupiłam w Tesmie* specjalnie na spodnie. A właściwie legginsy. I powstałyby legginsy, gdybym była równie zmyślna podczas pakowania wykrojów! Niestety, tutaj doznałam zaćmienia umysłu, ale jak można myśleć rozsądnie, kiedy jeszcze na godzinę przed wyjazdem trzeba jechać na uczelnię po ostatnie zaliczenie u doktora P.? Zaliczenie się udało lepiej niż się spodziewałam, ale wykrój został w Polsce. Trudno. Trzeba było brać taki fason, jaki wypadł z walizki. 

A wypadł burdowy model  na spodnie z elastycznego materiału i było nawet zastrzeżenie, że należy szyć wyłącznie z elastycznych tkanin. Super! Idealne dopasowanie posiadanych zasobów do projektu!...

... ale zaraz... czy pakował ktoś do walizki flizelinę? guziki? suwaki? FLIZELINĘ???

...
...
...

Szwecja to nie jest dziki kraj i można tu kupić wszystko co potrzebne do szycia, przynajmniej w moim mieście. Naprawdę. :) Ale nie wiedzieć czemu uparłam się, że nie kupię flizeliny stacjonarnie. Nie i koniec. Kupię przez internet w fajnym szwedzkim sklepie i na decyzję zupełnie nie wpłynął fakt, że przy okazji mogła wpaść do koszyka wspaniała, biała bawełna z wyprzedaży. :) Zamówiłam i ustawiłam czas oczekiwania na kuriera na jakieś 2-3 dni. 
Resztę poniekąd znają bywalcy Facebooka.
Najpierw okazało się, że szwedzki sklep wysyła z Niemiec. Bo to tak naprawdę niemiecki sklep.  A potem okazało się, że według firmy kurierskiej tak naprawdę nie mieszkam tam, gdzie mieszkam, a poza tym dwa razy odmówiłam przyjęcia przesyłki! Co jest absolutnie niemożliwe, bo nawet przez sen bym tego nie zrobiła, nie ten poziom uzależnienia! Dzień za dniem upływał, a ja próbowałam się dogadać w trzech językach co jest nie tak z moją przesyłką i dlaczego mnie nie ma, choć wydaje mi się, że jestem. Już nie wspomnę, że niesamowicie rozwinęłam zasób przekleństw, sarkastycznych uwag i komentarzy pełnych jadu (większość padała do ściany, bo jednak jestem grzeczną dziewczyną).
I kiedy już zniecierpliwiona poszłam do sklepu stacjonarnego i kupiłam flizelinę... kurier w końcu przyjechał. I tym sposobem miałam flizelin dwie. :)
Co do suwaka to sprawa była banalna. Poszłam do szmateksu i w ciągu minuty znalazłam taki o odpowiedniej długości i kolorze. Tak dla odmiany. ;)

Oto są spodnie:





Nie wiem, czemu Burda kazała szyć z tkanin elastycznych. Spodnie są za duże. Niewiele, ale jednak. Zaś samo szycie nie nastręczało żadnych trudności, moja bawełna z lycrą poddawała się wszelkim operacjom bez  kaprysów. Mimo wszystko wolałabym jednak mieć legginsy, ale co się odwlecze... nawiasem mówiąc, kiedy już skończyłam szyć i spodnie wisiały na wieszaku, pojawił się w sklepach nowy numer Ottobre, a tam... tak, tak, wykrój na legginsy. Ha, ha.









Chyba je polubiłam. Choć kiedy pierwszy raz pojawiłam się w nich publicznie, usłyszałam, że wyglądają jakby były uszyte z zasłonki. :) Ale jak wiemy, u mnie tekstylia nie muszą pełnić funkcji, do których były pierwotnie przeznaczone, więc wszystko w porządku.

Aha. Kupiłam nowy materiał na legginsy. Może tym razem się uda. :P


* podaję linka tylko dlatego, że sprawdziłam sklep osobiście i mogę go polecić z czystym sumieniem